Agata z Sieradza

Samotność wcale nie jest taka straszna jak ją malują. Poznałam ją kilka lat temu i najwyraźniej przywiązała się do mnie, bo do dziś jesteśmy nierozłączne. Niewiarygodna sprzeczność, a jednak...

Dzięki niej bliżej poznałam siebie i odkryłam w sobie mrowie nowych wartości , których nie widziałam w odległych czasach przesytu.

Reklama

Samotność to dziś moja muza, dzięki niej zachwycam się sobą i nie wstydzę się własnych myśli. Nie muszę już dzielić się z nikim swoimi marzeniami i nie tłumaczę się z błędów, bo moja samotność rozumie mnie lepiej niż ten, który mnie opuścił.

Doprawdy zadziwiające, ale ja nie czuję się samotna z moją samotnością. Choć żyję w pojedynkę nie brak mi przyjaciół. Nie popadam w nostalgię, gdy widzę zakochanych w parku, nie ogarnia mnie apatia, kiedy inni opowiadają o swoich wspólnych planach na przyszłość. Dlaczego? Bo nauczyłam się cieszyć z tego co mam. Nie wspominam, nie rozpamiętuję, nikogo nie obwiniam i nie próbuję nic naprawiać. Czekam cierpliwie, bo być może tym razem uda mi się wyciągnąć szczęśliwy los w loterii życia. Wierzę w to i czasami żyrafią szyją udaje mi się nawet podejrzeć kolorową przyszłość. Czy ja oby na pewno żyję w pojedynkę? Przecież mam rodzinę, mam przyjaciół...i mam moją samotność...

Odkąd odszedł staram się żyć aktywnie, nie odmawiam babci, kiedy prosi o pomoc, nie poddaje się lenistwu, gdy błagalnym wzrokiem spogląda na mnie rower. Przede wszystkim jednak poświęcam się pracy i już nie męczy mnie, jak dawniej, mało słoneczne biuro.

Jaka jest więc moja recepta na szczęście w pojedynkę? W drodze do własnego przeznaczenia omijam doły i kroczę zawsze wydeptaną ścieżką optymizmu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje