Anna z Poznania

Żyję w pojedynkę, nie ma przy mnie mojego NAJ...ale nie jestem samotna i nie rozglądam się nerwowo za moim przeznaczeniem płci odmiennej:). Już nie.

Tak ułożyło się moje życie, takim je przyjęłam i nie zmieniam go na siłę. Bywało różnie, raz "narzeczeni" byli, później odpływali w siną dal, jak to w życiu.

Reklama

Raz ja kończyłam mniej udany związek, kiedy indziej oni dochodzili do wniosku, że to pomyłka. Tak minęło 5 lat na studiach. Kiedy moje koleżanki wypowiadały sakramentalne "tak", ja szalałam z paczką przyjaciół, to na Mazurach, to na nartach lub dorabiałam do skromnego stypendium. Cały czas otoczona wianuszkiem znajomych, koleżanek i kolegów, nawet nie spostrzegłam, że ich ubywa.

Jedna para wyjechała na północ Polski, żeby tam ślubować, a później poprowadzić rodzinny interes. Inni migiem zakładali obrączki, bo dzidzia w drodze. Towarzystwo "wykruszało" się , a ja wciąż czekałam na księcia z bajki. A ten jak na złość nie pojawiał się, i to wcale nie na białym rumaku, on po prostu jakby "zapadł się pod ziemię". Kiedy skończyłam studia, byłam tak zaaferowana szukaniem pracy i "szlifowaniem języka", że zapomniałam o księciu :). Starsza siostra jednak nie dawała za wygraną i bez przerwy "podsyłała" mi kolegów szwagra. Choć to kochana dziewczyna, w roli swatki niestety nie sprawdziła się. Te zaaranżowane spotkania, ohyda.... oczyma wyobraźni widziałam co siostra plotła na mój temat, oczywiście w dobrej wierze, potencjalnemu "narzeczonemu".

Po dwóch spotkaniach odpuściłam i na dobre zajęłam się pracą. W życiu jak pech to pech, jeśli jeszcze wierzyłam, że mój los odmieni się wraz z pracą i mój NAJ ...pojawi się, szybko miałam się przekonać, że na pewno nie w pracy. Trafiłam do typowego "babińca" , co prawda jako szefowa, ale... 6 kobiet w dziale. Wszystkie pozostałe stanowiska też obsadzone paniami, bo to duże biuro rachunkowe. Totalna klapa.

Szukanie życiowego partnera w dyskotekach i pubach też nie wchodziło w rachubę. Tak więc zdana na życie singla, zaczęłam wykorzystywać jego uroki w pełni. Nie jestem osamotniona w "mojej niedoli", bo dwie dziewczyny z firmy to też "solówki". Tak więc stworzyłyśmy "klan singli", bez facetów, ale szczęśliwe. Wspólne zakupy, "sobotnie sabaty czarownic", kiedy często dobija do nas jeszcze jedna lub dwie "zbłąkane duszyczki". Tę facet rzucił, inna pełna rozterek, czy to właśnie ten jedyny... Im dłużej to trwa, im częściej spotykam się z dziewczynami, które na chwile przed założeniem obrączki ślubnej odkryły jego zdradę, tym przechodzi mi ochota na białą suknię i marsz Mendelsona. Moje życie choć bez księcia, nie jest nudne, a smutne tym bardziej. Latem 2 tygodnie w Chorwacji z dziewczynami, później kilka dni u znajomych w Krakowie - czy to może być nudne i jednostajne? Nie! Życie w pojedynkę oprócz i wad, bo kto wniesie ciężkie siatki na 3 piętro:), ma też dużo, bardzo dużo plusów.

Nie ma porozrzucanych skarpetek, ciągłej "walki" kto teraz usiądzie przed monitorem, marudzenia, że za dużo wydaję na ciuchy. Nie ma uciążliwej przyszłej teściowej lub już, kochanej mamusi męża, dziwnych "hobby" - w postaci zbierania płyt kompaktowych, tak, że aż piętrzą się pod sufit. Żadnych znaczków, rybek i innych dziwactw. A, że czasem zatęsknię do księcia... i tak bywa, ale jak mawia moja koleżanka "pół świata tego kwiata" :)).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje