Anna z Warszawy:

Znowu jesień, znowu zima - nie znoszę ponurych, pochmurnych dni, chłodu, pluchy i braku wystarczającej ilości światła. Działa to na mnie bardzo przygnębiająco, co zapewne nie pozostaje bez wpływu na ogólny stan zdrowia i tzw. "poczucie czucia".

Reklama

Jesienią i zimą bawię się w szamana i zaklinam swoje dobre samopoczucie na wszelkie możliwe sposoby. Pewnie, że najlepiej byłoby wyprowadzić się na ten czas do Egiptu albo Seszele i przeczekać ziąb, grypę, katary?.,ba cóż kiedy pracodawca nie może zrozumieć moich wygórowanych wymagań i nie daje podwyżki od prawie roku. Cóż poradzę na to, że mimo globalnego ocieplenia nadal najlepiej w naszym kraju zimą czują się morsy. Brrrr? na samą myśl o kąpieli w lodowatej wodzie przy temperaturze powietrza sporo poniżej zera, cebulki włosowe chowają się głębiej, zęby dzwonią tak jak dzwony w kościele na Anioł Pański, a nogi wprawione zostają w dziwne drżenie (co gdyby nie fakt, że jest zimno - mogłoby nawet ułatwić naukę stepowania).

Jak co roku postanawiam bohatersko, że nie dam się grypie i opracowuję swój "biznes plan" dla zdrowia. Problem w tym, że czasu mam mało, wolę mam silną (robi ze mną co chce) - więc koniec końców udaje mi się zrealizować wszystko poza codziennymi ćwiczeniami. Wzdrygam się na samą myśl o wysiłku fizycznym przy otwartym oknie. Otwieram jednak okno, opuszczam pomieszczenie (aby mnie nie zawiało ma się rozumieć) i mam głęboką nadzieję, że zawieje ewentualne wirusy i bakterie. Przez cały okres jesienno-zimowy w ramach profilaktyki przez duże "P", "raczę się" kroplami homeopatycznymi, a jak już zachoruję też się raczę. Krople są na spirytusie (co stanowi niewątpliwą zachętę dla wszystkich sceptycznie nastawionych osobników płci męskiej). Mój "osobisty", jak sam deklaruje, w homeopatię nie wierzy ale krople w ramach profilaktyki chętnie wypija. Aby bakteriom i wirusom za wesoło nie było i się mnie nie czepiały - zjadam codziennie dwa grejpfruty. Jest to czynność niezwykle pracochłonna, stanowiąca doskonały trening cierpliwości. Ja rzeczonej cierpliwości nie posiadam, nie ma więc czego trenować -a zatem grejpfruty pracowicie ze skóry i gorzkich błonek (błeeeee) obiera "osobisty". Ja przychodzę na gotowe i dobrze mi z tym!

Ponieważ sporo podróżuję komunikacją miejską, którą oprócz ludzi, zupełnie gratis i na gapę śmigają również wszelkie wirusy - staram się trzymać z daleka od wszystkich kaszlących, kichających i prychających. Bywam również niemiła, gdyż zdarza mi pouczać tych co kaszlą, a nie zakrywają ust, że są nieodpowiedzialnymi egoistami i nie myślą o innych, którzy może nie mają czasu chorować. Bywa, że odsuwam się w drugi koniec autobusu lub tramwaju. Wiem, że grypa to nie dżuma, ale po co ktoś ma na mnie kichać?!

Zdarza się niestety, że profilaktyka zawodzi i jakaś "franca" vel wirus mnie dopada. Nie jestem łatwym przeciwnikiem, nie poddaję się bez walki. Rozpoczynam fazę ostrej walki, co pod względem ilości broni przypominać może manewry wojskowe NATO.

Moczę nogi w ukropie (woda jest tak gorąca, jak tylko mogę wytrzymać) z garścią soli, nacieram stopy maścią rozgrzewającą i pakuję w grube wełniane skarpetki (aby ich nie "przewiało" po kąpieli we wrzątku). Wypijam litry herbaty z sokiem malinowym i cytryną. Proporcje są nieco zaburzone bo wychodzi 1 cała cytryna na szklankę herbaty - język mi od tego z reguły sztywnieje, ale bójcie się wirusy! Następnie sięgam po moją tajną broń: płukanie gardła i czosnek. Płuczę gardło wodą z solą i wodą z cytryną - zamiennie, co pół godziny. Można wytrzymać, choć po 5 takiej rundzie człowiek czuje się tak - jakby był wrogiem własnego języka. Nie wnikam jak się czują wtedy wirusy i bakterie - mniemam, że niezbyt dobrze i w sumie o to chodziło. Czosnek.. naturalny antybiotyk, olejki eteryczne...ale ten zapach (brrrr)i pieczenie w jęzor! Nie ma się co oszukiwać - trzeba pocierpieć, ale skuteczność gwarantowana. Domownicy też muszą się poświęcić dla dobra ogółu i znieść czosnkowy "zapach", który wzmaga się z każdą kolejną kanapką posypaną siekanym czosnkiem (1-2 ząbków na kanapkę), aplikowaną w ramach leczenia. Nie ma lekko: albo my wirusy albo one nas!

Dla odważnych jest jeszcze "herbata po góralsku" czyli herbata pół na pół z wysoko procentowym alkoholem (ja wlewam rum choć wiem, że górami ma niewiele wspólnego, ale za to procenty i aromat niczego sobie). Pić należy oczywiście gorące! Po tym napoju człowiek poci się tak, jakby siedział w saunie przez 20 minut i zapomniał się ochłodzić. Mając zamiar zastosować taką kurację, należy naszykować sobie min. 3 zmiany piżam (mniej po prostu nie ma sensu) i leżeć w łóżku, aby proces "wypacania" choroby przyśpieszyć. Najtrudniej przełknąć mi jednak mleko z masłem i miodem. Nie cierpię mleka, a miejsce masła jest na kanapce - więc jakoś trudno mi zrozumieć zasadność tej mieszanki, ale co tam: od czasu do czasu ulegam błagalnym prośbom mojej mamy i wlewam w siebie to "cudo" domowej apteczki. Jak widać sposobów jest wiele. Łatwiej jest zapobiegać, niż leczyć. Myśl o nadchodzącym lecie też robi swoje, a szczypta optymizmu i uśmiechu każdego dnia z pewnością podnoszą odporność. W ten sposób można wygrać batalię o zdrowie i pokonać wirusy (czego sobie i Wam życzę).

Praca nagrodzona w konkursie "Żeby nie zachorować..."

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje