Bez sentymentów

Najsłynniejsza polska socjolog, legenda walki z komunizmem, doradca stoczniowców Sierpnia ´80 tym razem przygląda się sobie. Nie złamali jej ubecy, w więzieniu pisała doktorat. Twarda była nawet w osobistym życiu.

Kiedy kończyła związek, najbardziej interesowało ją, czy w finałowej kłótni użyła wystarczająco błyskotliwej riposty. Kobieta z marmuru? O tym, że nie ma ochoty zostać kombatantką, o podróżach, marzeniach i o tym, jak dobrze być kobietą opowiada Jadwiga Staniszkis.

Reklama

Sierpień 1980. Z samolotu lądującego na gdańskim lotnisku wysiada piękna kobieta w eleganckim kostiumie i na bardzo wysokich obcasach. To Jadwiga Staniszkis, doktor socjologii. Młoda pani naukowiec bada socjalizm, publikuje na Zachodzie. Jeden z opozycjonistów uprosił ją, by została doradcą Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Za chwilę powstanie z niego Solidarność.

Styczeń 2008. Z InterCity relacji Warszawa-Gdańsk wysiada kobieta w czerwonej sukni, krótkiej kurtce z efektownym futrzanym kołnierzem, zawadiackim kaszkiecie i sznurowanych trzewikach na obcasie. To profesor Jadwiga Staniszkis, wykładowca uniwersytetów: Warszawskiego, Harvarda, Michigan, wyższych uczelni Chin, Japonii i Tajwanu. Laureatka tzw. polskiego Nobla za badania nad procesami transformacji Polski i świata. Za chwilę pojawi się w gdańskiej stoczni, by promować swoją autobiografię Ja. Próba rekonstrukcji.

Twój Styl: Czy Pani wie, że stoczniowcy wciąż pamiętają Panią taką, jaką zobaczyli w Sierpniu - młodą, piękną i modnie ubraną.

Jadwiga Staniszkis: Włożyłam wtedy najlepszy kostium i buty na obcasie, bo postanowiłam nie udawać innej, niż jestem. Stoczniowcom spodobało się, że jadąc do nich, ubrałam się jak na święto. Tak naprawdę wcale nie chciałam wtedy jechać na Wybrzeże. Pisałam książkę, w której udowadniałam, że komunizm jest niezniszczalny, bo nawet kryzysy wykorzystuje dla wzmocnienia władzy. Myliłam się! Bałam się też pretensjonalności. Tego, że wśród robotników będę jak kwiatek do kożucha. Taką panienką z dobrego domu, która udaje, że jest "swoja", a w dodatku nie za bardzo może im doradzać, bo się po prostu nie zna na związkach. Miałam świadomość, że dzieli nas przepaść, bo choć moje życie było trudne, to nie tak beznadziejne jak życie robotników. Bałam się różnic językowych, tego, że nie uda nam się porozumieć.

Paradoksalnie stoczniowcy zaakceptowali mnie w tej mojej odrębności. Dziś spotykam czasem na targu staro-ci w Gdańsku jakiegoś biednego robotnika emeryta, który sprzedaje poniemieckie kieliszki do jajek i mówi: "Pani profesor, pamiętam panią". Kto inny mówi, że przechowuje taśmę z nagraniem wykładu, z którym przyjechałam do Gdańska. Myślę, że stoczniowcy szanują mnie. Nie godziłam się, by w sierpniowych porozumieniach cichcem pojawił się zapis o kierowniczej roli partii. W proteście opuściłam wtedy grupę ekspertów.

W stoczni została Pani do końca strajków, spała w ubraniu na złączonych krzesłach. Jednak podpisywanie porozumień tylko obserwowała. Nie było Pani żal?

Nie. Cieszę się, że stałam w tłumie. Widziałam, jak osaczano Wałęsę. On, choć głęboko wierzący, chował krzyżyk pod marynarkę, czuł, że nie powinno się włączać do tego symboli religijnych. Ktoś podszedł, wyciągnął mu ten krzyżyk, kto inny wcisnął do ręki długopis z papieżem...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje