Ciężkie jest życie idiotki

"Jestem idiotką, ale na szczęście nie od dzisiaj" - myślę, że to jedno z najbardziej treściwych zdań, jakie kiedykolwiek usłyszałam. Autorka tego powiedzenia, jedna z moich serdecznych przyjaciółek, dała mi nim intelektualne zajęcie na kilka miesięcy.

Nieważne jakie mamy wykształcenie, iloma językami władamy i jakie stanowisko zajmujemy, bo tak naprawdę każda z nas jest idiotką, chociaż raz w życiu na nią wyszła, ewentualnie kilka razy tak właśnie się czuła. Nie wspomnę już o sytuacjach, w których po prostu za taką została uznana.

Reklama

Niestety większość tych sytuacji nieodłącznie związana jest z facetami. Najgorszy, klasyczny przykład tego zjawiska pojawia się, gdy na kimś zależy Ci tak strasznie, że nie widząc świata poza nim, zapominasz o sobie, swoich obowiązkach, ambicjach i małych radościach. Koleżanki starają Ci się wytłumaczyć, że będziesz tego żałować, ale dopiero po pewnym czasie dochodzisz do wniosku, że miały rację, a Ty dobrowolnie i samodzielnie zrobiłaś z siebie idiotkę. Ale co tam - z tym łatwo jest sobie poradzić. Wieczór z kumpelami, wino i paczka papierosów (czekoladek - wersja dla niepalących). Rano problem znika, choć straty są - głowa niemiłosiernie boli. A potem szybkie doprowadzenie się do porządku, nowy ciuch i... wyruszamy na polowanie. Tym razem będzie lepiej.

Trochę gorzej, jak to on zrobił z Ciebie idiotkę. Jeszcze długo będziesz tego żałowała, ale przynajmniej zyskujesz pewność, że następnym razem nie dasz się tak łatwo zrobić w przysłowiowego konia. I tysiąc razy zastanowisz się, zanim pozwolisz facetowi zawładnąć swoim życiem. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce zazwyczaj wygląda to znacznie gorzej...

Chyba najbardziej przykrym, długo i boleśnie rozpatrywanym przypadkiem pełnej kompromitacji jest fakt, że zdarza nam się to raz na kilka miesięcy. Szczęściary kompromitują się na tyle często, że większości przypadków po prostu nie pamiętają, albo już są tak uodpornione, że nie uważają ich wcale za gafy. Im to nie przeszkadza, ale my na ogół nie mamy o nich dobrego zdania. Głównie dlatego nasze porażki tak zaczynają nas dołować - patrząc na "uodpornione" wiemy, czym może się to skończyć. I godzinami zjada nas sumienie: "można było powiedzieć coś innego", "źle się ubrałaś na to spotkanie", "gdybyś nie postanowiła rozbujać bioder na widok tego faceta, prawdopodobnie sterta papierów na sąsiednim biurku pozostałaby na swoim miejscu" itd. itd. Zresztą każda z Was wie, jak bardzo uciążliwe może być własne sumienie. Nie mówiąc już o koleżankach, które każde potknięcie potrafią Ci wytknąć w najmniej odpowiedniej na to chwili.

Pal licho, jeśli jakąś wpadkę zaliczyłaś na imprezie, ale w pracy to na pewno Ci jej nie wybaczą. Szczególnie męska część załogi, która tylko czeka, żeby udowodnić, że do pracy nie wystarczy sama głowa, bo w perfekcyjnym wykonywaniu obowiązków służbowych koniecznie musi ją wspierać jeszcze zawartość rozporka.

Dobra, dobra, oni swoje a my swoje - zresztą tak jak od wieków. Najlepszym sposobem jest schowanie sumienia na dno szafy, czarujący uśmiech słodkiej... tu musimy coś wymyślić, bo na takie wychodzić nie chcemy... kobiety z klasą, mężnie stawiającej czoła przeciwnościom losu. Na drugi dzień do pracy w krótkiej spódniczce, żeby nasza osoba od razu inaczej się kojarzyła. Dwa błyskotliwe pomysły i kawa dla naszego szefa. W końcu jeszcze nie było takiego mężczyzny, co by z nami wygrał. Może nie zawsze jesteśmy mądre i zdolne, ale nadal seksapil to nasza broń kobieca...

Eks-blondynka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje