Daria Widawska: Jutro albo pojutrze

Kochający rodzice, świetny mężczyzna u boku, cudowny synek. W pracy też układało jej się coraz lepiej. Nagle zachorowała. I wtedy uświadomiła sobie, że w życiu nie da się wszystkiego kontrolować.

Spotykamy się w jej ulubionej kawiarni W Biegu, na rogu Marszałkowskiej, przy placu Zbawiciela. Później zdradzi mi, że mieszka w pobliżu. Spodobała jej się ta część Warszawy. Uwielbia miejskie życie. Knajpy, kina, teatry - wszystko na wyciągnięcie ręki. Nie przeszkadza jej uliczny hałas, tłok, ruch. Zresztą wystarczy przejść się kilka kroków, żeby znaleźć się w jednym z trzech parków. Cisza, zieleń. Jest gdzie spacerować z dzieckiem. Synek Darii, Iwo, skończył właśnie rok, stawia pierwsze kroki i wymaga sporo uwagi.

Reklama

Odrosną...
- Ekipa serialu "39 i pół" wyjechała na trzy tygodnie do Zielonej Góry na zdjęcia, ja nie biorę w nich udziału - tłumaczy Widawska. - Mam więc teraz dużo wolnego czasu, nie tylko na spacery. Zaczęłam nawet gotować, choć tego nie znoszę. Wczoraj naszła mnie ochota i pierwszy raz w życiu zabrałam się za lepienie pierogów ruskich. Oczywiście już po godzinie miałam dosyć - opowiada.

W trakcie rozmowy dużo się uśmiecha, poważnieje, dopiero gdy pytam o chorobę. Trzy miesiące spędziła w szpitalach. Ale teraz czuje się i wygląda świetnie. Wąskie dżinsy podkreślają jej szczupłą figurę. Buty na obcasach, skórzana kurtka do pasa, obcisła bluzka w biało-czarną kratkę. Na głowie zawiązana kolorowa chustka, w sposób, w jaki robiła to Romy Schneider. Kilka tygodni temu Daria obcięła swoje piękne rude włosy. Były osłabione po wyczerpującym leczeniu.

- Odrosną - rzuca beztrosko. Zamawia cappuccino i szarlotkę na ciepło. - Zjemy na pół - proponuje. - W czasie choroby dużo schudłam, ale jak będę sobie dogadzać, szybko wrócę do dawnych kształtów.

Z rozrzewnieniem wspominam kinderbale, które organizowała dla mnie mama. Przygotowywała dekoracje, kwiaty z krepiny, wymyślne smakołyki. Kiedyś tato poczęstował zaproszone dzieci gumą do życia, a potem tygodniami bez słowa pretensji wydłubywał ją z dywanu? Byłam ich ukochaną córeczką. Rodzice poświęcali mi wiele uwagi, dawali ogromne poczucie bezpieczeństwa, starali się jak najlepiej mnie wychować i wykształcić. Dwanaście lat uczyłam się gry na fortepianie.

Nikt mnie nie zmuszał

Wracałam z podstawówki, jeszcze w butach jadłam obiad podstawiony pod nos, za chwilę już śpieszyłam się do szkoły muzycznej. Chodziłam na dodatkowe angielski i rosyjski, występowałam w Zespole Pieśni i Tańca "Fregata" i biegałam na zbiórki harcerskie.

Nikt mnie do niczego nie zmuszał. Co prawda, dzień miałam wypełniony od rana do wieczora, ale nie przypominam sobie, żebym czuła się nadmiernie obciążona. Miałam sporo sprytu, więc zawsze potrafiłam dokładnie wyliczyć, kiedy mogą mnie zapytać, a kiedy nie muszę się specjalnie przygotowywać do lekcji. Był czas i na koleżanki, i na podwórko.

Rodzice nie trzymali mnie pod kloszem, dawali dużo swobody. Ufali mi, a ja starałam się ich nie zawieść. Jak obiecałam, że przyjdę do domu o określonej godzinie, to byłam. Wiedziałam, że oni świetnie mnie rozumieją, więc nigdy nie przechodziłam okresu buntu. Wciąż mam bliskie kontakty z rodzicami. Mieszkają w Gdyni, ale kiedy ich potrzebuję, rzucają wszystko i są ze mną.

Dowiedz się więcej na temat: Gdynia | 39 i pół | rodzice

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje