Dzięki farmacji

Jestem farmaceutką, mam więc trochę pojęcia o medycynie, lekach itp. Okazało się jednak, że alergia i astma dostarczyły mi tylu niespodzianek, że moja wiedza nie na wiele się zdała.

A zaczęło się od tego, że Wojtek, mój syn, zachorował na zapalenie płuc. Miał zaledwie siedem tygodni. Lekarz przepisał penicylinę. Mimo dodatniego testu wykonanego testarpenem, lekarka zleciła wykonanie zastrzyku, twierdząc, że rumień jest wynikiem wkłucia donaczyniowego. Zabrałam dziecko do domu, ale niepokojące objawy zmusiły mnie do wezwania pogotowia. U Wojtka pojawiła się postępująca opuchlizna na przegubach kończyn i bardzo nasilił się kaszel. Przybyły lekarz stwierdził reakcję uczuleniową i zastosował domięśniowo hydrocortison. Po leczeniu przeciwuczuleniowym objawy ustąpiły. Ale syn niedługo cieszył się zdrowiem.

Reklama

Infekcje powtarzały się co miesiąc, były określane jako obturacyjne zapalenie oskrzeli. Inny pediatra zlecił Histaglobinę - szczepionkę uodporniającą. Po zastosowaniu pierwszego z serii zastrzyków u dziecka pojawiła się wysoka gorączka oraz pokrzywka na całym ciele i kurację przerwano. Do innych objawów mogących świadczyć o alergii dołączyła się wkrótce nietolerancja mleka i białka jaja kurzego. Byłam prawie pewna, że mam w domu alergika. Usunęłam z domu pościel naturalną, wełniane dywany, wyściełane fotele. Przestrzegałam czystości w mieszkaniu, ale mimo to sytuacja niewiele się poprawiła. Dziecko dochodziło do zdrowia na początku tygodnia, a już pod koniec tygodnia znowu było chore.

Lekarze w przychodni próbowali różnych metod. W wieku jednego roku syn przyjął prawie wszystkie możliwe antybiotyki. Przy okazji okazało się, że nie może przyjmować żadnych penicylin, ani sulfonamidów. Lekarze rozkładali ręce. Zażądali zabrania dziecka ze żłobka.

Zrezygnowałam z pracy. Zastosowałam leczenie klimatyczne. Jednak infekcje pojawiały się równie często i ciągle każdy katar, mimo starannej pielęgnacji, kończył się zapaleniem oskrzeli. Kiedy dziecko w wieku ok. dwóch lat po raz kolejny zachorowało na zapalenie płuc i w wyniku niewydolności oddechowej nastąpiło niedotlenienie lekarze zalecili hospitalizację. Zaordynowano antybiotyki domięśniowe i Wojtuś pozostał w szpitalu. Stan jego zdrowia ulegał poprawie z każdym dniem. Antybiotyk miał otrzymywać przez dziewięć dni.

Po tygodniu lekarka postanowiła obejrzeć pośladki dziecka. Jakie było jej zdziwienie, gdy na ciele dziecka nie stwierdzono śladów po zastrzykach. Okazało się, że pielęgniarka w wyniku zamieszania w grafiku ze zleceniami nie podawała antybiotyku! Wojtek wyzdrowiał jedynie na skutek podawania leków rozkurczających oskrzela. Nie było śladu obturacji oskrzeli. Lekarz prowadzący po konsultacji z grupą lekarzy poinformował nas: Wojtek choruje na astmę. Wywiad nie wskazywał na początku na obciążenia rodzinne. Jednak skłonieni przez lekarzy do intensywnych poszukiwań znaleźliśmy podstawy do przypuszczeń, że nasze dziecko może mieć astmę atopową.

Skierowano syna do przyszpitalnej poradni alergologicznej. Zrobiono badania, w tym również immunologiczne. Rozpoznanie potwierdzono. Jednak specjaliści powiedzieli, że na testy skórne jest jeszcze za wcześnie. Zostaną zrobione, gdy syn skończy cztery lata. A tymczasem zalecono nam eliminowanie wszystkich możliwych alergenów środowiskowych. Zaczęliśmy podawać Zaditen. Jednak jedynym efektem po roku kuracji był "wilczy apetyt" Wojtka oraz, oczywiście, nadwaga. Wprowadzono następnie Intal, ale syn nie potrafił prawidłowo używać spinhalera.

Sytuacja nie była wesoła - trzeba było podawać coraz większe dawki leków rozkurczających oskrzela. W końcu zdecydowano się na steroidy. Była poprawa, ale 2-3 razy w roku zdarzały się zaostrzenia tak duże, że dziecko musiało przebywać w szpitalu. W końcu zrobiono testy skórne. Wykryto odczyn dodatni na 11 spośród 13 testowych alergenów wziewnych i 5 alergenów pokarmowych. Wyeliminowaliśmy z diety czynniki alergizujące, dostosowaliśmy wymogi pielęgnacyjne. Stan zdrowia syna uległ nieznacznej poprawie. W końcu lekarze alergolodzy podjęli decyzję o odczulaniu, bo najostrzejsze objawy obserwowane były w okresie pylenia drzew i traw. Stosowany przez pięć lat Polinex, razem z terapią cromoglikanem i steroidami wziewnymi przyniósł po dziesięciu latach trwałą remisję choroby u syna.

Nigdy nie robiono nam badań genetycznych i nie wiedzieliśmy z mężem, które z nas dostarczyło Wojtkowi genów usposabiających do wystąpienia alergii. Cztery lata temu samo się wyjaśniło - zaobserwowałam u siebie pierwsze jej objawy. Po powrocie z wycieczki do parku, w czasie ciepłej i wietrznej pogody, pojawiła się dokuczliwa, swędząca, czerwona pokrzywka na całym ciele. Zastosowałam dostępne leki: maści i wapno. Objawy powoli ustąpiły. Pierwsze duszności wystąpiły u mnie kiedyś podczas pracy. Dookoła wtedy kwitły drzewa, w tym również lipa.

Pomocy udzielono mi w sąsiedniej placówce medycznej. Dostałam zastrzyk. Duszności ustąpiły. Poszłam do lekarza. Odpowiedział mi, że ten jednorazowy epizod nie stanowi jeszcze wskazań do podejmowania kuracji. Ja też szybko o tym zapomniałam. Pół roku później zachorowałam na zapalenie oskrzeli. Lekarz zastosował Biseptol. Po pierwszej tabletce poczułam ucisk w gardle i narastającą opuchliznę. Skórę miałam gorącą i zaczerwienioną, wargi obrzmiałe i zniekształcone. Przestraszyłam się i wezwałam pogotowie. Gdy po 15 minutach przyjechał lekarz, gardło miałam tak spuchnięte, że nie mogłam mówić, na dłoniach czułam mrowienie, pojawiły się dreszcze.

Dostałam domięśniowo 500 mg Hydrocortisonu i leki doustnie. Zmieniono lek przeciwbakteryjny. Po 10 dniach wyzdrowiałam, jednak kaszel w nocy utrzymywał się i nie pozwalał mi spać. Wypiłam wszystkie możliwe syropy przeciwkaszlowe. Kiedyś omyłkowo, nie zapalając światła, napiłam się syropu mojego syna - Salbutamolu, rozpoznałam go po charakterystycznym truskawkowym smaku. Ku mojemu zaskoczeniu, tamtą noc przespałam spokojnie.

Coraz częściej, gdy podnosił mnie w nocy uporczywy kaszel, który budził też moją rodzinę, sięgałam po aerozole Wojtka. Skutkowało. Zgłosiłam się do lekarza, ale jak na złość w czasie dnia nie miałam problemów z oddychaniem. Lekarz powiedział mi, że jestem osobą przewrażliwioną i zapisał mi Oxazepam. Tak było do zimy. Kiedy temperatura na zewnątrz obniżała się i wychodziłam z ciepłego pomieszczenia zaczęłam mieć kłopoty z oddychaniem - nawet w dzień. Znowu zwróciłam się do lekarza. Zapisano mi Diprophyllinę i Salbutamol w tabletkach i zalecono zrobić badania.

Korzystając z uprzejmości lekarzy prowadzących mojego syna, wykonałam spirometrię oraz testy skórne i badania immunologiczne. Lekarz, do którego poszłam na konsultację, z dużym prawdopodobieństwem stwierdził początki astmy, wydał stosowną opinię, zaproponował sposób leczenia, po czym skierował pod opiekę poradni rejonowej. Otrzymywałam Pozitan, potem Cromogen w aerozolu i Beclocort forte. Jednak reagowałam skurczem oskrzeli, prawdopodobnie na gaz wytłaczający. Zalecono mi wtedy na 10 minut przed zastosowaniem obu aerozoli stosować Berotec.

Jednak wcale nie czułam się dobrze. Mimo stosowania leków ściśle według wskazań lekarza ciągle w nocy męczył mnie kaszel, czasami budziła mnie duszność. W końcu zniecierpliwiona moimi częstymi wizytami pani doktor postanowiła zastosować Encorton doustnie. Ten środek bardzo dobrze znosił wszystkie objawy, jednak kiedy próbowałam stopniowo zmniejszać dawki zgodnie ze schematem, stan ulegał pogorszeniu. Tym wahaniom samopoczucia towarzyszyło rozdrażnienie i niecierpliwość. Częściej też zdarzały się infekcje górnych dróg oddechowych.

Będąc w nie najlepszej formie, zasmarkana i rozdrażniona, spotkałam koleżankę ze studiów, też farmaceutkę. Zwierzyłam się jej ze swoich kłopotów ze zdrowiem. Dzięki niej skorzystałam z konsultacji lekarzy Kliniki Pulmunologii AM. Po wykonaniu stosownych badań zostałam poddana terapii nowymi preparatami, w których - mimo że są lekami wziewnymi - zrezygnowano z zastosowania gazu wytłaczającego. Stopniowo i bardzo powoli odstawiałam Encorton, jednocześnie włączając Becotide. Mimo, że nie wierzyłam w powodzenie tej zamiany, to udało się całkowicie odstawić Encorton. Nie wróciłam do niego i mam nadzieję, że nigdy nie będzie mi potrzebny.

Na moje problemy z astmą nocną zaproponowano mi Serevent w postaci proszku do inhalacji, nowy lek rozkurczający oskrzela, działający dwanaście godzin. Po 2-3 tygodniach stosowania Sereventu, ustąpił całkowicie nocny, napadowy kaszel. Nareszcie mogłam uzupełnić niedobory snu, które miałam od wielu miesięcy. Od ponad roku żyję normalnie, pracuję spokojnie. Już tylko sporadycznie przydaje mi się Ventolin, tylko kiedy przedawkuję wysiłek fizyczny. Uwierzyłam, że mimo dokuczliwej przypadłości jaką jest astma można w miarę normalnie żyć. Postęp w naukach farmaceutycznych i doskonalenie metod terapeutycznych gwarantują chorym trzymanie choroby w ryzach.

M.Z., Warszawa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje