Fortepian we mgle

- Diemrich! - wykrzyknął Kuno Konrad Rescher w przedziale drugiej klasy oświetlonym niebieską lampą. - Tutaj kończy się Siedmiogród. Ale Banat się nie zaczyna. Źle, kiedy coś się kończy, a nic się jeszcze nie zaczęło. Patrzcie, oto słynny zamek Diemrich! - wołał drobny, stojący przy oknie mężczyzna. Na zewnątrz szalała noc. Było ciemno, choć oko wykol.

Clemens udał zainteresowanie. Z wysiłkiem otworzył oczy i podszedł do wujka. Zobaczył z przerażeniem swoją postać koślawo odbitą w szybie, złudzenie optyczne nadawało jej groteskowe kontury.

Reklama

Głos wujka przeszedł w falset: - Konradyno, Kunegundo, Kunolfie, moje umiłowane dzieci, i ty, Clemensie, spójrzcie! Zamek, tam na górze, królewska twierdza graniczna, teraz w takiej ruinie!
Młodzi ludzie wyrwani ze snu zaczęli przecierać oczy, a wołający po nocy wspiął się na palcach, żeby pociągnąć w dół okno. Pęd powietrza zatrzepotał zasłoną i potargał włosy dziewcząt. Wszyscy zadrżeli z zimna. Ojciec potrząsał dziewczynkami, które drzemały mocno do siebie przytulone: - Konradyno, Kunegundo! - Spróbował obudzić chłopca: - Kunolfie, mój jedyny, ukochany synu! - Ściągnął z niego koc. Syn usiadł.

Jedna z dziewcząt burknęła: - Przecież on wie, że my nie znosimy tych pokręconych imion. - Same mówiły o sobie Kuny i Kony. Odwróciły się do niego plecami i wtuliły w miękko wyściełany kąt siedzenia.

Ojciec włączył górną lampę; żółte światło rozlało się po przedziale. - No, ruszcie się, chłopcy! Żywa historia! - Ale Kunolf, który sam zajmował jedno siedzenie, położył się z powrotem, podciągnął koc pod sam nos i odwrócił się do ściany.

- Jak to?! - zawołał ojciec niemal z rozpaczą. - Nikogo nie interesuje Diemrich ze swoją legendarną twierdzą? Własne dzieci nie chcą słuchać moich opowieści?

Dziewczyny zarzuciły fartuszki swoich sukienek-chłopek na głowy. Konradyna wysyczała: - Żaden normalny człowiek nie mówi "Diemrich", ani u nas w Banacie, ani u babci w Schäßburgu. Wszyscy mówią "Deva". - I włożyła sobie palce do uszu.

- Na pewno? Macie rację? Jak zwykle? - powiedział ojciec do zamaskowanych głów córek. - Lecz raźno przez wszechświat myśl pomyka śmiała i nie ma siły, co by ją spętała. Do tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego roku w tym kraju każda miejscowość miała niemiecką nazwę. Cesarstwo Austrii! - Zafrasowany machnął ręką w huczącą czerń za oknem. - Tam, chłopcy i dziewczęta, jest zamek. Pozostały z niego jedynie podziemia, lochy, w których sławny reformator Franz Davidis oddał Stwórcy swą pobożną, acz rozdartą duszę. W każdej epoce wsadzano za kratki niewinnych ludzi. Ten wielki człowiek pozostanie uosobieniem prawdziwego Siedmiogrodu, homo transsilvanicus, mieszanki Węgra i Sasa. Do tego mówił po łacinie, a nawet po rumuńsku, językiem chłopów; próbował wszystkich wyznań, które wtedy były w modzie: katolickiego, luterańskiego, kalwińskiego i unitariańskiego. Tylko u nas, w Siedmiogrodzie, nie palono unitarian na stosie!

Clemens padał ze zmęczenia. Ale uprzejmie stał przy oknie obok wujka, wlepiając wzrok w ciemność.

W ostatnim czasie starał się unikać konfliktów. Wiele rzeczy, które od dawna mu się zdarzały, miały dwuznaczny posmak, były trudne do zinterpretowania, uwikłane w fatalne okoliczności. Podczas tej niekończącej się jazdy z siedmiogrodzkiego miasteczka Schäßburg na banacką wieś Gnadenflor nie dawał swobody swoim myślom, zmuszał je do nagłych przeskoków. Próbował na przykład wydedukować, do jakiego gatunku należała roślina, której Pan Bóg kazał wyrosnąć nad Jonaszem, by dawała cień jego głowie. Podejmował się zawiłych zagadnień dotyczących życia codziennego, by tylko odegnać od siebie przykre myśli. Udało mu się nawet rozwiązać tajemniczą zagadkę, dlaczego posmarowana kromka chleba zawsze spada masłem w dół.

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zapytał wuj.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje