I ty możesz zostać feministką!

Nie, dziękuję, powiedziałam, gdy siedzący obok pan podsunął mi półmisek wędlin. Podsuwał dalej. Nie jem mięsa, jestem wegetarianką, przyznałam nieopatrznie, chcąc skończyć te nagabywania. I wtedy się zaczęło.

Wegetarianka, powtórzył pan, obracając to słowo w ustach jak smaczny kąsek, który zaostrza apetyt. Już wiedziałam, co dalej nastąpi. To co zawsze. Niewinne pytania, którymi weźmie mnie w krzyżowy ogień, żeby wykazać, że błądzę. A ryby pani je? Nie. A jajka? Już inni podnoszą głowy znad talerzy, już trwa dyskusja z tezą, jak u Pospieszalskiego. Warto rozmawiać, ale wynik rozmowy znamy z góry. Wyjdzie na to, że cały ten mój, pożal się, Boże, wegetarianizm nie ma sensu, prędzej czy później się złamię, stracę zdrowie, świata nie zmienię, a tak naprawdę jestem hipokrytką, no bo proszę, zgrabnym pytaniem mój rozmówca przygważdża mnie do ściany: Ale buty ze skóry to się nosi? Mistrzowskie zagranie, po którym to ja, która nie jem mięsa, muszę się tłumaczyć, że nie bronię zwierząt dość mocno, a nie on, który ich losem w ogóle się nie zajmuje.

Reklama

Na podobnej zasadzie obrywa się ostatnio feministkom. W kwietniu w "Gazecie Wyborczej" ukazał się tekst o samotnych matkach, które walczą o przywrócenie funduszu alimentacyjnego. Tzw. alimenciary głosowały na PiS, niektóre nawet z jego list startowały. Niestety PiS nie wywiązał się ze złożonych obietnic. Funduszu nie ma. Ale nie PiS obrywa, lecz feministki, bo pomagały za mało.

Alimenciary feministek nie lubią i mówią o tym głośno i wprost, ale chyba mają prawo od nich wymagać? W ostatnich "Wysokich Obcasach" wezwane do odpowiedzi feministki przypominają, że starały się pomóc. "Feministki były, robiły, zakładały, organizowały. Ile? Tyle, ile mogły" - mówi Kazia Szczuka.

Dowiedz się więcej na temat: Prawo i Sprawiedliwość | feminizm

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje