Imperium piękna Heleny Rubinstein

Kiedy umierała, jej majątek liczył 100 milionów dolarów, a założona przez nią firma kosmetyczna znana była wszędzie tam, dokąd kosmetyki mogły tylko dotrzeć. Ta bizneswoman z przełomu XIX i XX wieku i najbogatsza kobieta na świecie pochodziła z Polski.

Mały słoiczek z kremem do twarzy, a na nim inicjały HR. Miłośnicy luksusowych kosmetyków doskonale wiedzą, co oznacza ten symbol - Helena Rubinstein. To imię i nazwisko kobiety, która musiała mieć coś wspólnego z kosmetologią. W uproszczeniu - tak. Ale to "coś wspólnego" oznacza dokładnie, że jako pierwsza kobieta na świecie stworzyła kosmetyczne imperium, którego produkty opanowały rynki Australii, Europy i Ameryki.

Reklama

Ładna historia

Helena Rubinstein lubiła ładne historie, dlatego na starość postanowiła uporządkować wspomnienia ze swojego życia. Zaczęła pisać pamiętniki. Można się z nich dowiedzieć, że Chaja - tak nazywali ją rodzice - urodziła się w bogatej rodzinie polskich Żydów w Krakowie, w grudniu 1872 roku. Augusta i Horacy Rubinsteinowie byli bardzo zamożnymi ludźmi, mieli dwupiętrową kamienicę na krakowskim Kazimierzu, przy ulicy Szerokiej 14, w której mieszkali razem ze swoimi ośmioma córkami: Chają, Pauliną, Różą, Reginą, Stellą, Cześką, Mańką i Erną. Ojciec trudnił się eksportem, a sztukę traktował jako hobby, kolekcjonując antyki i książki o malarstwie, rzeźbie i architekturze...

Brzmi bajkowo, myślimy, że ona to miała szczęście. Niestety to tylko połowiczna prawda. Helena podkolorowała historię swego życia tu i ówdzie, żeby przyjemniej się ją czytało. Czasem tylko "wyrywało jej się", że życie w tamtych czasach było naprawdę ciężkie. A jak bardzo było ciężkie? Mieszkali w jednym pokoju wspomnianej już kamienicy, pieniędzy brakowało na wszystko, bo ze sprzedaży nafty i jaj nie jest łatwo utrzymać tak liczną rodzinę. Chaja jako najstarsza, pomagała ojcu w sklepie, a gdy przyszedł czas na zamążpójście, rodzice chcieli wydać ją za zamożnego wdowca. Nie spodobało jej się to, więc uciekła na drugi koniec świata. Postanowiła popłynąć do Australii, do wuja.

A zaczęło się tak niepozornie...

Każdy wielki interes zaczyna się od czegoś małego, niepozornego i trzeba mieć dużo szczęścia oraz włożyć w niego mnóstwo pracy, żeby do czegoś dojść. Tak też było i w tym wypadku. Helena, wyjeżdżając do Australii, zabrała ze sobą kilka słoiczków z kremem, który zrobili dla jej matki bracia Lykulscy. I właśnie te słoiczki zapoczątkowały wielki sukces.

Mieszkając u wuja na farmie, jakieś 100 km od Melbourne, pomagała w sklepie i opiekowała się dziećmi. Cały czas smarowała twarz kremami z Polski i chroniła skórę przed słońcem. Nie chciała dopuścić, żeby jej skóra stała się taka jak u Australijek - czerwona i wysuszona. A Australijki podziwiały jej delikatną, mleczną cerę. Postanowiła pomóc tym kobietom i zatrudniła się u miejscowego aptekarza. Przygotowywała krem na podstawie receptury otrzymanej z Polski. Nazwała go "Krem Valaze".

Valaze okazał się prawdziwym przełomem w pielęgnacji, a Australijki zachwycały się jego właściwościami. Wkrótce zaczęło spływać do niej tysiące zamówień na jej krem. Ponieważ sama go robiła, napełniała słoiczki i naklejała etykiety, nie mogła nadążyć z ich realizacją. Poprosiła więc o pomoc doktora Lykulskiego, który przyjechał z Polski, żeby zająć się produkcją Valaze.

Dowiedz się więcej na temat: bizneswoman | krem | firmy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje