Ja broczę krwią - strona 2

Wielki, groźny, liryczny, nieznośny,wspaniały, gderliwy, pełen pychy...W końcu nie umiałjuż tych masek zdjąć.Grę przyjął jako życie i tą grąswoje życie zabijał.

Łomniccy wynajmują mieszkanie na drugim piętrze kamienicy przy ul. Kingi w Krakowie. Kiedyś mama była nauczycielką, teraz jest robotnicą u Wedla. Ojciec pracuje na poczcie. Dorabia, rysując portrety niemieckich urzędników pocztowych. Jan sprzedaje papierosy obok getta. Tadeusz nosi cement na kolei w Płaszowie, przygrywa w kościołach na ślubach i z chłopcami z AK drukuje instrukcje obsługi broni. Dręczą go czyraki.

Reklama

- Przyniosłem mu na kolej zupę - opowiada Jan Łomnicki, reżyser. - Mieszał cement z wapnem do podkładów kolejowych, ale wlał za dużo wody. Majster popatrzył i powiedział ze wzgardą: "Cóżeś taką srakę zrobił?". Tadeusz się wściekł, że byłem świadkiem jego upokorzenia.

Pociąg zatrzymał się w Płaszowie. Tadeusz patrzy: towarowy, okna zakratowane, obciągnięte drutem. Słychać jęki, błaganie o wodę. Odjechał w stronę Oświęcimia.

Po ojca Niemcy przyszli nocą 17 kwietnia 1942 roku. Został po nim niedokończony portret niemieckiego urzędnika z poczty. Jan i Tadeusz wieszają portret i walą gwoździami między oczy Niemca. I jeszcze raz, jeszcze raz...

Dostali kartkę z Oświęcimia, ojciec miał ładne pismo, jedno zdanie wydrapała obozowa cenzura. W maju 1942 roku Niemcy zawiadomili o rozstrzelaniu ojca. Tego dnia mama poszła z Janem ulicą Kingi, przed siebie. Długo nie wracała.

Tadeusz pisał w pamiętniku w dniu imienin taty, w 1944 roku: "Dzień wspomnień, dzień łez i tęsknoty (...). Jestem sam jeden jak ognik błędny".

Kiedy więc dwadzieścia lat później Łomnicki buduje postać Artura Ui, oprawcy, Hitlera - myśli o pociągu w Płaszowie.

O paczce z czekoladą, którą pod koniec wojny dostali z Hiszpanii. Cieszyli się: - Od tatusia! Pewnie uciekł i przedostał się na Zachód!

O nożu pneumatycznym, jakich używa się w rzeźni. Dobijano nim rannych na bloku jedenastym, gdzie zginął ojciec.

O dowódcy plutonu egzekucyjnego, Gerhardzie Palitzschu, którego Jan chciał odszukać i zabić.

Wywołuje także z pamięci obraz wracających z Rosji pobitych Niemców. Wtedy, pod koniec wojny, nienawidził ich i... współczuł im. "Widzę wśród nich ludzi zupełnie niewinnych - zanotował -noszących jeno oznaki złamanego krzyża".

Przeczytał fragmenty Kariery Artura Ui Jackowi, synowi z pierwszego małżeństwa (pierwsza żona, tancerka, odmawia rozmowy): "Ten pomiot niemal świat zagarnął w łapy! / Ludy go starły, lecz niechaj do głowy / Triumf przedwczesny ludom nie uderza - / Płodne wciąż łono, co wydało zwierza". - Ja się będę bał ciebie na scenie - wyszeptał dwunastoletni Jacek.

Jaka cisza we Współczesnym. Artura Ui zdobywa Trust Kalafiorowy. To ryczy, to znów szlocha. Usta wykrzywione grymasem wyrzucają - jak karabin maszynowy - owe "kalafiory" i "ogórki". ("Małpi talent" - powiedział ktoś podczas próby). Ręka wędruje na genitalia. Charkot, chrząknięcia, bulgot, syczenie. W ułamku sekundy Ui domalowuje sobie czarny wąsik. "Prrosty syn Brronxu" miota się po scenie w białym skórzanym płaszczu i obiecuje "ochronę" każdemu miastu, "gdzie tylko jest handel warzywem". W ostatniej scenie zbiega do publiczności, zrzuca płaszcz, zmazuje wąsik. Jest zmęczonym człowiekiem, który słowami Brechta przestrzega świat przed wciąż odradzającą się zbrodnią. Publiczność szaleje.

Łomnicki, uczeń Osterwy, wyłamał się z jego szkoły - mówią w Warszawie. Jeszcze niedawno podawał tekst miękko i wysokim głosem. Teraz - gwałtownie. Ten typ ruchu... - mówią - dotąd w Polsce tego nie było. I zawsze spod roli przebija on, jakby chciał powiedzieć: "To ja, Łomnicki, wam to pokazuję".

W roku 1964 zaproszono Współczesny z Karierą Artura Ui na festiwal Teatru Narodów w Londynie. Ale wdowa po Brechcie i spadkobierczyni praw autorskich, Helena Weigel, udaremniła występ, zarzucając polskiej inscenizacji, że nie jest wierna wskazówkom autora. To był pretekst.

W tym samym czasie Karierę... wystawiał Berliner Ensemble; rolę Ui grał Ekkehard Schall, zięć Heleny Weigel.

Niemieckie przedstawienie pokazywało karykaturę ludobójcy, Schall od pierwszego aktu do ostatniego przypominał Hitlera. Polskie - jak pisze Łomnicki - akcentowało cierpienie i kabotyństwo potwora. "Finał był u nas stanowczo lepiej pomyślany".

Irena Łomnicka spóźniała się przez Tadeusza do pracy, chodziła niewyspana. - Dla mnie było go dziesięć razy za dużo - opowiada. - Ciągle czegoś dociekał, nie wytrzymywałam tego napięcia. On wyrywał mnie z mojego świata. Ja zawsze żyłam "do wewnątrz".

Ojca Ireny, rosyjskiego prawnika, wysokiego rangą urzędnika sowieckiej służby bezpieczeństwa, aresztowano w Moskwie w roku 1937 i rozstrzelano. (- Tadzik śmiał się, że wziął sobie za żonę córkę ubeka - wspomina Irena). Jej matkę, polską komunistkę, zesłano do łagru pod Workutę. Pięcioletnią Irenę umieszczono w domu dziecka pod Saratowem. W roku 1951 przyjechała z matką do Warszawy. Śliczna, drobna, rudawa.

- Tadeusz nauczył mnie języka, polskiej historii i poezji - mówi. Mieszkali na Nowym Świecie. Z Kameralnej przynosili na obiad kurę w rosole. Wpadał podchmielony Marek Hłasko. Tadeusz kupił sobie metronom i uczył się roli do taktu. Jak wyjeżdżał, zostawiał jej listy - po jednym na każdy dzień rozłąki. Raz trzasnął o blat patelnią, poszło o Roosevelta. Kupił jej na imieniny lustro w rzeźbionej ramie. Nadszedł Październik, ale oni nie rozmawiali o polityce. Jeździli do jego matki do Krakowa. Pokazywał Irenie balkon i ławkę pod balkonem. - Tam mieszkała Halina Mikołajska, a na tej ławce czekałem na nią godzinami - objaśniał z łagodną twarzą. - Mikołajską poznał w roku 1945 w studiu. - Nie przychodziła na randki, a potem mówiła lekko: zapomniałam.

- Bez przerwy się rozwodziliśmy, ja tęskniłam za spokojem - wspomina Irena Łomnicka. Podczas rozprawy rozwodowej w roku 1960 sędzina zażądała szczegółów na temat rozdźwięku między nimi. - Na ślubie wystarczyło powiedzieć "tak", dlaczego teraz nie wystarczy "nie"? - Irena była zirytowana, bo cisnęły ją buty. Rzuciła sądowi: - Ja chciałam szafę dwudrzwiową, on trzydrzwiową; ja chciałam kubki, a on szklanki...

Wakacje 1961 roku spędził w Rytrze, z Teresą Sobańską. (Spacery nocą, on wciąż mówi o Goethem, ona potakuje, jest zakochana). Potem przyszło siedem ostrych lat, tak je nazywa Teresa.

Poznali się w radiu, była asystentem reżysera w teatrze dla dzieci. Łomnicki zabierał się właśnie do Artura Ui. - Wertował, drążył, przedzierał się przez tysiące materiałów, tytan pracy - opowiada Teresa Sobańska-Dąbrowska. - Zaspałam na egzamin wstępny na socjologię. Wściekł się, nie mógł tego pojąć, nie rozmawiał ze mną dwa tygodnie. Przedtem obłożył mnie książkami z tej dziedziny, sam je przeczytał i chciał przedyskutować. Czułam się, jak przed profesorem. U niego to była pasja, chęć zgłębienia tematu, mnie zależało przede wszystkim na nim. Jeśli potem studiowałam filozofię, to bardziej dlatego, aby zaspokoić jego ambicje.

Próbował rolę. - Trzeba było okazywać zachwyt, inaczej zamykał się w sobie, wściekły był, trzaskał drzwiami. Potem się nauczyłam, że jeśli chcę mu na jakiś drobiazg zwrócić uwagę, to muszę go najpierw przez dwadzieścia minut chwalić. Szukał bezgranicznej akceptacji. Zakochiwał się w młodziutkich kobietach, bo chciał bezwzględnie dominować.

Ślub wzięli tydzień przed premierą Kariery Artura Ui. - Powiedział, że jego nowa żona jest arystokratką. Rzeczywiście nosiła arystokratyczne nazwisko - wspomina Jerzy Markuszewski - a jemu to imponowało.

W dzień Teresa chodzi na palcach (mąż pracuje). Zrezygnowała z radia, bo on "chce ją mieć w domu". Odbiera telefony, umawia spotkania, przyrządza chude mięso z sałatą. Wieczorem życie nabiera rumieńców (mąż gra). Po spektaklach Kariery Artura Ui spacerują bez końca po uśpionej Warszawie, bo on długo w nocy nie może odzyskać spokoju.

Atmosfera na ich 38 metrach kwadratowych przy placu Dzierżyńskiego (dziś Bankowy) - raz jak balsam, po chwili jak wzbierający wrzód. Przed każdą premierą narasta napięcie. Po premierze szaleją na bankietach. Lecz gdy musnąć Łomnickiego nieostrożnym słowem, dobry nastrój warzy się w sekundę.

- Wciąż był w napięciu, gotów do odporu - mówi Teresa. - Wprawdzie publiczność oklaskiwała Artura Ui, lecz nie na tym mu zależało. Odczuwał niedosyt akceptacji ze strony środowiska teatralnego. Jakby między środowiskiem a nim była ściana.

Ktoś bliski Łomnickiemu wspomina, że miał kompleks niedouczenia, niedowartościowania i kompleks Erwina Axera.

"Prostak, nieuk i bydlę" - gromił siebie w pamiętniku młodziutki Łomnicki. Parę lat po tej notatce, w roku 1949, Erwin Axer angażuje go we Współczesnym. Pracują razem do roku 1974. W swojej książce "Spotkania teatralne" Łomnicki nazywa Axera "wielkim redaktorem repertuaru teatru".

Przyznaje, że boleśnie odczuwał "lukę edukacyjną" dzielącą go od Axera. Latami słuchał go i uczył się. "Czego się dowiadywałem, to było moje: o historii teatru przedwojennego, o warszawskiej ulicy, o garsonierze Kazimierza Rudzkiego, o (...) Leonie Schillerze, o krajach, nawet o cesarzu Franciszku. A Czechów, Einstein, Arystoteles, Eckermann!". Jeśli mieli ze sobą spory, dodaje Łomnicki, to wynikały one z różnicy smaku.

- Łomnicki jako Arturo Ui zatykał dech - mówi Jerzy Markuszewski. - Ale jednocześnie przekraczał normy estetyczne, obowiązujące w środowisku Axera. Był nielubiany, bo chwilami był nie do zniesienia, genialny i prostacki - także w życiu.

Teresa: - Naprawdę szczęśliwego zobaczyłam go w Leningradzie w roku 1963, gdy zagrał tam Artura Ui. Rosyjscy artyści go wielbili. Przez dwa tygodnie trwał nieustanny bankiet na jego cześć. Każdy chciał go podejmować u siebie w domu. A on był wreszcie pogodny i rozluźniony.

Przystanęli przed komisem. Łomnicki kupuje Teresie dżersejowy kostium przetykany srebrem, strasznie drogi. Gdy trzeba płacić domowe rachunki - piekli się. W restauracjach ma gest. Na 25. urodziny Teresy przynosi z Desy porcelanowy serwis i aryston - mechaniczny instrument z XIX w. w pięknej, inkrustowanej skrzyni.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Fragment książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia". Wśród bohaterów siedemnastu niezwykle ciekawych, bardzo osobistych portretów są m.in. słynni aktorzy Tadeusz Łomnicki, Gustaw Holoubek i Halina Mikołajska, reżyserzy Konrad Swinarski i Janusz Warmiński, filozofowie Tadeusz Kotarbiński i Klemens Szaniawski, para wybitnych socjologów Maria i Stanisław Ossowscy, redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego" ks. Adam Boniecki.

Jedni za swoją niezgodę na PRL zapłacili bardzo wysoką cenę (np. Mikołajska, związana z KOR, przez lata miała zakaz występów), inni z różnych powodów ulegali socjalistycznej iluzji. Wszyscy, za sprawą swej pozycji, byli uwikłani w "labirynt historii".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje