Jeszczeniewiadomoco Krzakiewicza

W krakowskiej klubokawiarni Pozytywka (ul. Bożego Ciała 12) w piątek, 24 listopada odbędzie się wernisaż fotografii Przemka Krzakiewicza pod tytułem "Jeszczeniawiadomoco".

Autor lubi zaskakiwać, dlatego nie ujawnia tematu swojej nowej wystawy, która jak twierdzi, w większym stopniu będzie notatką incydentalnych zdarzeń cyberprzestrzeni, niż klasyczną scenką pejzażu miejskiego.

Reklama

Przemysław Krzakiewicz o sobie:
Urodziłem się w 1968 r. w rodzinie inteligenckiej. Od początku moje życie wiązało się z socjalistyczną gospodarką planową. Byłem bowiem dzieckiem zaplanowanym, co odróżniało mnie od większości kolegów z przedszkola. W starszakach wychowawczyni stwierdziła, że czuję się zbyt wyjątkowy. Musiałem złożyć samokrytykę, by zostać dopuszczony do uczestnictwa w dorocznych obchodach barbórkowych.

Mój rozwój postępował ręka w rękę z rozwojem Socjalistycznej Ojczyzny. W latach 80-tych przeciwstawiałem się militaryzmowi Ronalda Reagana. Czułem taką niechęć do mundurów i zielonego koloru imperialistycznej waluty, że pewnego razu demonstracyjnie zdarłem z siebie mundurek harcerski. Nauczycielki uznały to za akt ekshibicjonistyczny. Trafiłem do poradni wychowawczo-zawodowej. Bardzo bałem się, że to zamknie mi drogę do Organizacji Młodzieżowej.

Moje obawy były bezpodstawne, albowiem nasze bezklasowe społeczeństwo nie odtrącało nikogo. Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej przyjęło mnie z otwartymi ramionami. Oglądaliśmy odcinki przygód Krokodyla Gieny i śledziliśmy milowe kroki ZSRR na orbicie okołoziemskiej.

Problemy zaczęły się, gdy z kasztanów i zapałek zbudowałem replikę czołgu T72. Na nic zdały się moje wyjaśnienia. Oficerowie kontrwywiadu nie chcieli wierzyć, że swojego modelu nie chciałem wysłać poza granice Układu Warszawskiego. Stwierdzili, że jawnie dążę do ujawnienia pokojowych technologii wojskowych Naszego Kraju. Usunięto mnie z szeregów TPPR. Choć byłem zdrajcą, Ochotnicze Hufce Pracy nie odrzuciły mnie.

Zdobyłem cenne kwalifikacje. W Państwowej Fabryce Rowerów nigdy nie musiałem dotykać kasztanów i patyczków, do których czułem wstręt. Dotykałem jedynie wysokogatunkowej stali. Przygotowywaliśmy z niej wyroby dla bratnich krajów arabskich. Strzelają do tej pory. Nasza Fabryka została w latach 90. sprywatyzowana, a ja stanąłem na czele Wolnych Związków Zawodowych. Ostatniej jesieni prawie udało mi się wziąć do ręki dwa kasztany.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje