Katarzyna z Wrocławia:

Miałam wiele powodów, żeby siebie nie lubić. Jako pięcioletnia dziewczynka przeżyłam coś, co rzuciło cień na całe moje życie i sprawiło, że walka z odrzuceniem jest do dziś nieodłącznym elementem mojej codzienności...

Znajomy moich rodziców na okraszonych wódką imieninach zaciągnął mnie do pustej kuchni i tam zrobił coś czego nie robi się małym dziewczynkom... Wyparłam to z pamięci na wiele lat ale ani moje ciało ani moja psychika o tym nie zapomniały. Problem z nadwagą mam odkąd sięgam pamięcią a moje ciało nie przypomina i nigdy nie przypominało ciała modelki. Ba! Nie przypomina nawet ciała tzw. "przeciętnej" kobiety. Ze szkoły podstawowej zapamiętałam epitet "słoń morski". To była ksywa, jaką raczyli mnie moi koledzy. Kiedy reszta dzieciarni szalała na szkolnych dyskotekach a latem pluskała się nad jeziorem - ja w samotni mojego pokoju płakałam do poduszki... Trudno mi było lubić siebie.

Reklama

Nie pomagały mi w tym również moje emocje, które sprawowały nade mną całkowitą kontrolę. Ciągłe napięcia i presje psychiczne z którymi trzeba było walczyć męczyły mnie i zniechęcały do zwykłej aktywności. Zadawałam sobie pytanie dlaczego tak jest, że moim rówieśnikom wiele spraw przychodzi łatwiej niż mnie. Nie znajdowałam odpowiedzi... Kiedy dorosłam i z dziecka stałam się kobietą niewiele się zmieniło.

Uwikłana w toksyczny związek z mężczyzną który nie oferował mi nic prócz bólu i wykorzystania brnęłam w jakąś czarną odchłań, z której trudno było znaleźć wyjście.

W końcu jednak udało się.

Udało mi się polubić siebie. Pomógł mi w tym pewien niezwykły człowiek, który choć był kilka lat ode mnie młodszy, pokazał mi co jest w życiu ważne. Nie ma go już wśród nas - w wieku osiemnastu lat zginął tragicznie w Alpach, ale w moim sercu jest dla niego szczególne miejsce. On nauczył mnie odnajdywać w ludziach ich niepowtarzalność i uświadomił , że ja również jestem wyjątkową osobą a ludzie będą mnie lubić wtedy, kiedy ja sama polubię siebie.

I wiem, że jestem dzisiaj swoim najlepszym przyjacielem. Zaraz później jest nim mój mąż. Uciekłam bowiem z toksycznego układu z mężczyzną, który traktował mnie jak tanią dziwkę i przez blisko sześć lat wiodłam samotne życie z dala od wszystkiego co znałam, w innym zupełnie mieście. Tam znalazłam pracę, tam kupiłam mieszkanie. Tam walczyłam o własne normalne życie bo zrozumiałam, że nikt za mnie tego nie zrobi. Owszem, ktoś mi je spieprzył już na wstępie. Nie prosiłam o to. Ani na to nie zasłużyłam. Mimo to stałam się ofiarą tzw. wykorzystania seksualnego i ten fakt odcisnął się na mnie jak pooperacyjna blizna. Jestem naznaczona. Jestem skrzywdzona. Ale żyję.

Kiedy uświadomiłam sobie ten fakt postanowiłam, że będę dla siebie dobra. Pomyślałam, że tylko tyle mogę dla siebie zrobić. Zatroszczyć się o siebie najlepiej jak potrafię i przynajmniej samej siebie nie krzywdzić. Wtedy zaczęłam dostrzegać w sobie to co pozytywne. Niepowtarzalne. Jedyne. Właściwe tylko mojej osobie. Dowiedziałam się, że mężczyzna, który tak mnie skrzywdził gdy byłam małą dziewczynką umiera na raka. Postanowiłam mu wybaczyć. W ten sposób przywróciłam sobie wolność . Kiedy natomiast facet od którego uciekłam zadzwonił do mnie któregoś dnia i powiedział, że właśnie zmarł jego ojciec a ja byłam jedyną osobą do której mógł zadzwonić - zrobiło mi się go żal i też postanowiłam mu przebaczyć. Sposób w jaki żył krzywdził głównie jego samego - ja byłam tylko produktem ubocznym. Inaczej nie potrafił - zrozumiałam to niedawno. A ja sama odpowiadam za to w jakie związki wchodzę.

Robię to przecież świadomie i dobrowolnie. Nie jestem już pięcioletnia dziewczynką, której ktoś złamał wolę. Sama o sobie decyduję.

To pomogło. Pojawił się w moim życiu człowiek o którym mogłam powiedzieć, ze na pewno mnie nie skrzywdzi. Kiedy polubiłam i pokochałam siebie, kiedy się ze sobą pogodziłam - spotkałam człowieka, który chciał mnie polubić i pokochać a nie wykorzystać.

Jesteśmy dziś parą najlepszych przyjaciół. Jesteśmy dziś małżeństwem. Mamy rocznego synka, który jest największą naszą radością.

Lubię siebie i lubię swoje życie. Wiem, ze jest tylko jedno i to ode mnie zależy jakie będzie. Tak jak w piosence, którą słyszałam dziś rano w radiu" wszystkim nam brakuje szczęścia, masz to na co godzisz się" a życie będzie jaśniejsze gdy dostrzeżesz w nim to co dobre jest...

Za co najbardziej siebie lubię? Myślę, że za silę jaką mam w sobie. Siłę do tego by wciąż, każdego ranka zaczynać od nowa. Lubię też siebie za świadomość. To ważne by ją mieć. Świadomość tego, że człowiek jest naprawdę wolny wtedy, kiedy potrafi przebaczyć i naprawdę szczęśliwy kiedy zrozumie, że kluczem do akceptacji innych jest akceptacja siebie.

Tekst jest pracą konkursową na temat "Lubię siebie...".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje