Kochać... jeszcze inaczej

Nie powołują się na Prousta, Gide'a czy Geneta. Nie organizują Parad Równości, nie wznoszą tęczowych sztandarów, nie wykrzykują porywających haseł w rodzaju: "Proletariusze wszystkich krajów, pieśćcie się!". Nie mają swoich stowarzyszeń, nie dysponują wpływowym lobbingiem, nie są siłą polityczną, społeczną, ani żadną inną. Jeszcze nie. Ale... z czasem - kto wie?

Kim są? Sami siebie nazywają jedną literą - "A", od słowa - "aseksualiści". Niektórzy z nich walczą już o uznanie własnej odrębności, jako czwartej orientacji seksualnej, na tych samych zasadach, co hetero-, homo- i biseksualiści.

Reklama

Aseksualiści nie uprawiają miłości fizycznej - nie z powodu tłumienia popędu płciowego, czy względów moralnych dotyczących wyznawania jakiejś wysublimowanej abstynencji seksualnej, czy też swoistego rodzaju pruderii. Stają się dobrowolnymi aseksualistami, jakby w sposób naturalny, bo, jak deklarują, nie odczuwają pożądania seksualnego, a jedynie przyjemność budowania wzajemnych związków w oparciu o miłość pozbawioną kontaktów fizycznych.

Po raz pierwszy oficjalnie ujawnili się w 2004 roku po publikacjach wyników studiów na ich temat w periodykach The Journal of Sex Research i The New Scientist. Studiów prowadzonych pod kierunkiem profesora Anthony Bogaerta, w których okazało się, że 1 proc. dojrzałych fizycznie ludzi "nigdy nie odczuwa pożądania seksualnego wobec kogokolwiek" (a według obserwacji na szczurach i owcach ten wskaźnik sięga 12 proc.).

Debata trwa. Temat jest delikatny wobec wszechobecnego seksu, w którym wydajemy się być zamknięci, jak owe poczwary w nieodzownym do przeżycia kokonie. Czy aseksualizm jest odrębną orientacją seksualną, czy tylko prostym sposobem zachowania, bardziej lub mniej tłumiącym popęd seksualny?

Jeśli przyjąć pierwszą hipotezę, zauważają uczeni seksspece, to aseksualizm równa się śmierci freudowskiej psychoanalizy, bazującej na założeniach teorii popędów. Ale czy tacy "czyści" aseksualiści rzeczywiście są wśród nas? Swoich patronów mogliby znaleźć. Choćby duńskiego filozofa Kierkegaarda, który miał ostrą awersję do wszelkich przejawów fizycznej płciowości, czy Mahatmę Gandhiego. Ten z kolei, według relacji jego żony, miał rzekomo zaledwie kilka zbliżeń seksualnych podczas długiego, blisko 80-letniego życia; bądź też, z innych powodów, Andy Warhola, autora ostentacyjnej deklaracji, że cały ten seks to największe nic wszech czasów ("the biggest nothing in all the times").

Kobiety i mężczyźni spod znaku "A" mają jeszcze duże kłopoty w organizowaniu się, w spotykaniu i poznawaniu sobie podobnych. Wielu z nich żyje w ukryciu, poczuciu winy, czasami cierpiąc, nie wiedząc, jakie jest ich miejsce pośród seksualnego spektrum gatunku ludzkiego. Mają dosyć słuchania powtarzanych w koło porad, że nadejdzie dzień, kiedy spotkają kogoś, kto potrafi ich odblokować.

Dowiedz się więcej na temat: miłość | seks | kochać

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje