Kółko z łańcuszka

Moja mam działa mi na nerwy. Moja mam doprowadza mnie do szału i do białej gorączki. Dziwnym trafem najbardziej drażni mnie w niej to, czego nie lubię u siebie. Znam jej wszystkie sztuczki, bo sama je stosuję. Mnie nie oszuka. Wiem co jej chodzi po głowie. Wkurzam się, gdy ona zgaduje co chodzi po mojej. Co to ma być, do cholery? Jakieś czary-mary? Zespół scalony jakiś? Układ naczyń na stałe połączonych? Nie po to uciekam od niej pół życia, żeby ją teraz na każdym kroku w sobie odnajdywać! ...A może właśnie po to?

Pamiętam jaka była piękna... Jej bordowe paznokcie i świeżo malowane usta w tym samym kolorze. Te ruchliwe, wiecznie roztańczone dłonie i śmiech, co rozwalał ściany. Nikt nie śmiał się jak ona. Nikt. Mama była najlepsza i wszystko umiała robić. Piec pyszne bułki z jagodami i bajki na poczekaniu wymyślać... Kiedyś raz nawet uszyła sobie i mnie identyczne bluzki z zielonego materiału w kremowe kapelusze. Chodziłyśmy tak wystrojone po ulicach i cały świat był nasz. Wszyscy z drogi! Idzie królowa i mała księżniczka! Moja mama i ja...Szczęście w najczystszej postaci.

Reklama

Rysy na szkle zaczęły pojawiać się stopniowo, całkiem niepostrzeżenie. W liceum było już tak źle, że wyprowadziłam się na jakiś czas do babci. Dzisiaj już nie pamiętam dokładnie o co poszło. W książkach to się nazywa "okres dojrzewania". Totalny bunt, absolutna negacja i zwykła chęć odnalezienia własnej niezależnej drogi. Z najlepszej przyjaciółki mama stała się nagle moim wrogiem idealnym - kimś, na kim mogłam bezkarnie wypróbować wszystkie swoje działa i armaty naszpikowane rozszalałymi hormonami. Znosiła ataki dzielnie, a ja prowokowałam ją coraz bardziej. Aż pewnej nocy, kiedy po raz kolejny wróciłam nie wiadomo skąd i o której, dostało mi się prosto w twarz. Tak bez słowa. Prosiłam się o ten policzek. Płakałam z bólu i z wdzięczności. Że ktoś czuwa. Że mnie złapie, gdybym spadała. Nie przestałam znikać, chodzić jak kot swoimi ścieżkami. Ale zawsze już dzwoniłam, żeby w domu wiedzieli gdzie jestem.

Wcześnie spakowałam walizki i zaczęłam żyć na własny rachunek. Wydawało mi się, że jestem dorosła. Minęło parę lat zanim uświadomiłam sobie, że to tylko pozory. Nie wystarczy zarabiać na siebie, wyprowadzić się do innego miasta, żeby być niezależnym. Stawanie się w pełni odrębną jednostką to proces, nie zdarzenie samoistne. Niby ja podejmowałam decyzje, ale to ona - mama - całkiem niechcący, nadal pociągała za niewidzialne sznurki. Podświadomie starałam się ją zadowolić. Zabawne, że akurat wtedy miałam wrażenie, że nigdy nie było między nami lepiej. Potem wybrałam się na terapię. Z ciekawości, co u mnie w trawie piszczy. I odkryłam cuda i dziwy...

Nie bez żalu burzyłam "pomnik matki". Nie bez cierpienia przyszło mi pozbywanie się najdroższych związanych z nią złudzeń. Teraz wiem, że to część dorastania. Obalenie mitu Wielkiej Nieomylnej Rodzicielki jest w gruncie rzeczy milowym krokiem w rozwoju samoświadomości każdej kobiety. Postawieniem ważnej granicy między tym czego pragniemy dla samych siebie, a tym, czego oczekują po nas inni. Ma to szczególne znaczenie w przypadku wyjątkowo silnej więzi między matką a córką. Paradoksalnie to właśnie ostateczny akt separacji pozawala im obu zbliżyć się do siebie na nowo, zbudować dojrzalszą relację, opartą na partnerstwie, a nie zależności. Zadanie karkołomne, ale postarać się warto.

Kolejny milowy krok wydarzył się w szpitalu, dzień po narodzinach mojej córki Poli. Mama przyniosła mi kwiaty i gorący rosół z makaronem. Spojrzałam w jej zmęczone oczy i w jednej sekundzie wydarzyło się coś, czego nie zapomnę do końca. Jak za dotknięciem magicznej różyczki zniknęły wszelkie urazy. Co złe, zostało zapomniane, co bolesne - wybaczone na zawsze. Oto stoimy po jednej stronie - każda z nas inna, każda do siebie podobna... Moja mama i ja. Szczęście w postaci niedoskonałej!

Parę dni temu kochana mama przyniosła mi zdjęcie z mojego chrztu. Patrzę i ciągle nie wierzę! Z czarno białej fotografii śmieje się do mnie... Pola - nikt inny! Boże, czy to możliwe? Urodziłam sama siebie! Życie zatoczyło kolejne kółeczko z nieskończonego łańcuszka pokoleń. Przyglądam się z rozedrganym sercem na własnego klona, co turla się po dywanie i wiem już wszystko. Dziwiłam się, że krzyczy z byle powodu, że śpi jak zając, nie człowiek. A czego ja się spodziewałam? Że powiję jakąś Calineczkę, albo Czerwonego Kapturka? Jest jak ja i mam za swoje! Spłacam właśnie największy dług, który zaciągnęłam u własnej matki! I chociaż będę się starać ile sił, robić co w mojej mocy, zdaję sobie sprawę, że nieraz zawiodę. Nie ma możliwości, żeby było inaczej. Przyjdą łzy, czas rozczarowań, może nawet dni ciszy. To nic. To naprawdę nic. I tak czeka nas piękna przygoda! Byle by nam tylko miłości nie zabrakło. Resztę da się załatwić.

Z powodu przerwy urlopowej następny odcinek felietonu Anity Lipnickiej ukaże się 18 sierpnia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje