Marzena z Wyszkowa:

Kiedyś, za czasów mojej nauki w liceum, zyłam sobie całkiem beztrosko. Byłam uśmiechniętą dziwczyną, miałam wielu znajomych, miałam przyjaciół, miałam chłopaka. W pewnym momencie to wszystko się skończyło, zupełnie jakby ktoś przebił balon wypełniony moją chęcią do życia. Wszystko prysło jak mydlana bańka. Zaczęło sie od problemów zdrowotnych o podłożu niezidentyfikowanym. Tułałam się od lekarza do lekarza, a każdy stawiał inną diagnozę. W koncu usłyszałam: depresja reaktywna. Rzeczywiście - przestałam jeść, nie wychodziłam z domu, moi wspaniali znajomi się ode mnie odsunęli, nawet kochający chłopak nie był tak bardzo kochający... Byłam przerażona, nie wiedziałam zupełnie co to znaczy. "Depresja..." - wzdychałam do siebie. Nigdy bym nie przypuszczała ze mnie to spotka. Owszem moja rodzina nie była przykładna, ojciec pił, po czym rodzice się rozwiedli, ale przecież jest wiele takich rodzin... "Dlaczego ja?" - pytałam.

Reklama

Tak zaczęła się moja walka. Początkowo rozłożyłam ręce, i liczyłam ze stanie się cud który wyzwoli mnie od cierpienia duszy. Brałam wiele leków, ale żaden z nich nie był w stanie przywrócic mi chęci do normalnego funkcjonowania. Były miesiące, gdy nie wychodziłam z domu, nie wychodziałam gdyż paraliżował mnie irracjonalny lęk, bałam się kazdego nadchodzacego dnia, każdej nadchodzącej godziny, każdego następnego oddechu. Trudno opisac to słowami. Nie wielu było ludzi którzy potrafili zrozumieć co czuję, i wcale im sie nie dziwie. Nie życzyła bym takiego stanu nikomu, nawet najgorszemu wrogowi.

Nadszedł w końcu dzień w którym stwierdziłam, ze nie mam już po co żyć, że każdy następny dzień jest taki sam, że każda chwila wypełniona jest lękiem i niepewnością, że nie potrafie funkcjonować bez pomocy bliskich, że nie radze sobie z samą sobą. Wtedy moja starsza siostra podarowała mi książkę: "Przebudzenie" Antonego de Mello, która odmieniła moje zycie, a raczej ja, dzięki niej je odmieniłam. Uświadomiłam sobie że mogę być szczęśliwa dla samego faktu bycia szczęśliwą, że nikt nie jest w stanie dac mi tyle radości ile ja sama mogę sobie jej ofiarować. Zaczęłam pracować nad sobą, nad sposobem swojego myślenia. Zaczęłam siebie akceptować a to wielki krok ku szczęsliwemu życiu. Pokochałam siebie taką jaką byłam, z problemami i lękami. Wszystko stopniowo zaczeło dochodzić do normy, czesciej się uśmiechałam, przebywałam z ludzmi, po prostu żyłam. Walczyłam z chorobą kilka lat, i jestem dumna że dałam sobie z nią radę, że pokonałam coś, co wydawało mi się nie do pokonania. Teraz z czystym sumieniem moge stwierdzic że jestem szczęśliwa, mimo problemów i rozterek, chce mi się żyć.

Największym szczęściem jest szczęście na które sami sobie zapracujemy, które sami w sobie zasadzimy - wtedy zbierzemy najobfitsze plony. Musimy naprawde zapragnąć zmiany, by ta się w nas dokonała. Wiara czyni cuda, uwierzcie.

Pozdrawiam.

Praca została nagrodzona w konkursie "Wtedy odnalazłam szczęście"

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje