Moja nowa filozofia
Uwielbiam gości. Lubię ich rozpieszczać. Czuję się za nich odpowiedzialna. W gruncie rzeczy wciąż jestem tą samą Basią - harcerką z Jaworzna, która organizowała życie całego zastępu - mówi Basia Trzetrzelewska.
- Uwielbiam gości. Lubię ich rozpieszczać. Czuję się za nich odpowiedzialna. W gruncie rzeczy wciąż jestem tą samą Basią - harcerką z Jaworzna, która organizowała życie całego zastępu i śpiewająco zdobywała kolejne sprawności - uśmiecha się piosenkarka.
It´s that girl again (to znów ta dziewczyna)
- Od zawsze byłam przedsiębiorcza i zdyscyplinowana. To cecha po ojcu - mówi Basia. Jej rodzice byli tzw. prywatną inicjatywą. Prowadzili cukiernię w Jaworznie.
- Gdyby mój tata żył w dzisiejszych czasach, byłby pewnie bogaty i szczęśliwy. W latach 60. prowadzenie własnej firmy wymagało heroizmu i stalowych nerwów - tłumaczy. Basia wspomina, jak po szkole pomagała mamie sprzedawać ciastka i lody. Czasem w sklepie pojawiał się urzędnik z inspekcji handlowej i liczył, ile gałek lodów sprzedały. Potem zawsze fiskus nakładał na cukiernię rujnujące "domiary".
Ojciec był absolutnym legalistą. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że można oszukać wrogą mu administrację i ocalić chociaż część pieniędzy. Wieczorami dopadał go stres. Wtedy zaglądał do kieliszka.
- Jak większość ludzi w tamtych trudnych czasach - kwituje Trzetrzelewska. Dla czwórki dzieci bywał bardzo surowy. Sporo wymagał. - Bardzo dobrze się uczyłam - mówi artystka. - Zależało mi na tym, by ojciec mnie pochwalił. Wiedział, że mam predyspozycje do nauk ścisłych. Chciał, żebym została lekarzem. Ale ja marzyłam o tym, by śpiewać...
Basia miała 15 lat, gdy na przeglądzie piosenki harcerskiej wypatrzył ją menedżer najpopularniejszego polskiego girlsbandu Alibabki. - Boże! Jak ja uwielbiałam ten zespół! - wykrzykuje Trzetrzelewska z entuzjazmem. - Znasz piosenki "Grajmy sobie w zielone" czy "Kwiat jednej nocy"? Musisz to znać! Coś pięknego!
Ale ojciec nie chciał nawet słyszeć o tym, by jego nastoletnia córka rzuciła szkołę i została szansonistką. - Dopiero gdy skończyłam liceum, udało mi się go ubłagać, by pozwolił mi wyjechać z Alibabkami na dwumiesięczne tournee. To miała być przygoda wakacyjna. Dwa miesiące przeciągnęły się do półtora roku - śmieje się Basia i znów dolewa mi herbaty.
Everybody´s on the move (wszyscy są w ruchu)
- Z Polski wyjechałam z miłości - mówi otwarcie Basia. Ale najpierw było krótkie małżeństwo, którego owocem jest Mikołaj, syn piosenkarki. Jeszcze w Warszawie poznała Johna - idealistę, który chciał żyć, zajmując się dziećmi z rozbitych rodzin. Razem wyjechali najpierw do USA, gdzie Basia śpiewała w polonijnym klubie.
- Nie byłam szczęśliwa w Chicago - wspomina wokalistka. - Nie potrafiłam się tam zaaklimatyzować. Pojawiły się wprawdzie jakieś ciekawe perspektywy: kilku muzyków namawiało mnie, żeby wraz z nimi założyć zespół, ale ja za bardzo tęskniłam za bliskimi, którzy pozostali w Polsce. Gdy po pół roku przenieśliśmy się do Londynu, odetchnęłam z ulgą. Sama świadomość, że od kraju nie dzieli mnie już ocean, wystarczyła, żebym poczuła się lepiej.
Artykuł pochodzi z kategorii: Archiwum
-
Wasze komentarze


























Wasze komentarze (23)
Ja tez nie znam a raczej nie lubię tego rodzaju muzyki to nie komentuję.