Nie boję się jutra

W kraju mogłam wykorzystać wszystko to, czego nauczyłam się w Stanach. Odtąd wiem, że w nowym środowisku zawsze dam sobie radę - rozmowa z Henryką Bochniarz

Dlaczego w Polsce biznes wciąż jest tak słaby?
Henryka Bochniarz: Dlaczego słaby? To przede wszystkim biznes w ciągu ostatnich 20 lat zmienił radykalnie Polskę, a dziś współtworzy 2/3 PKB i daje zatrudnienie większości Polaków. Owszem, chcielibyśmy być silniejsi.

Reklama

Niestabilność prawa, zagmatwanie podatkowe i ogromna biurokracja to jedne z najczęściej wskazywanych przez przedsiębiorców barier w rozwoju gospodarki. Chociaż mówimy o nich od dawna, to niewiele się w tej kwestii zmienia. Decydenci nie chcą słuchać naszych argumentów. Szkoda, że ciągle nie przebiła się w Polsce instytucja wysłuchań publicznych. Wtedy prawo byłoby lepsze.

Może problem tkwi w tym, że przedstawiciele władzy nie są rozliczani ze swoich działań.
Nasza demokracja i system polityczny są bardzo młode. Brak nam kultury politycznej, w związku z czym do polityki trafiają często przypadkowi ludzie. W Stanach nie ma błyskawicznych karier. Trzeba przejść kolejne szczeble. Jeśli ktoś nie potrafi dobrze działać w komitecie rodzicielskim, który jest w USA bardzo silny, nie ma szans, żeby został radnym w swoim okręgu. Mówiąc pół żartem, pół serio, u nas bywa tak, że gdy się wsiądzie do autobusu i spotka kolegę, można zostać ministrem.

Można to przeskoczyć?
Nie sądzę. Do tego potrzeba czasu. Muszą wykreować się nowe elity polityczne. To nie przypadek, że w demokracjach dużo starszych niż nasza, są specjalne ośrodki naukowe, które przygotowują do służby publicznej.

Pobyt w Stanach nauczył Panią tej właściwej ekonomii?
Pobyt w Stanach był niewątpliwie dobrym ćwiczeniem. Pierwszy raz zetknęłam się z tym, jak działa wolny rynek. Mimo że skończyłam handel zagraniczny, a mieliśmy przecież większy niż przeciętnie dostęp do literatury i możliwość kontaktu chociażby z prasą zagraniczną, te doświadczenia były niczym w porównaniu z tym, z czym zderzyłam się za oceanem. Postanowiłam z tego skorzystać i nauczyć się jak najwięcej.

I co Pani zrobiła?
Zaczęłam od nauki obsługi komputera, a potem przerobiłam całą literaturę, żeby móc uczestniczyć w debatach, które się odbywały. Zgłosiłam się, żeby uczyć studentów. Uważałam, że to najlepsza metoda dotarcia do wiedzy. Wykładałam politykę rolną w krajach Europy Środkowej, ale aby być ich partnerem, musiałam to sprzedawać mając ich wiedzę na temat gospodarki. Nigdy nie pracowałam tak ciężko jak wtedy. Nie miałam ani rodziny, ani znajomych, a w moim departamencie spora część osób nie miała pojęcia, gdzie właściwie leży Polska.

To dzięki temu doświadczeniu przeszła Pani "na swoje"?
Odejście z instytutu naukowego w 1990 roku było bardzo trudną decyzją. W tamtych czasach posiadanie takiej pracy dawało ogromne poczucie stabilizacji - trudno było stracić etat. Pracownicy wielkich firm państwowych przychodzili na szóstą, wychodzili o czternastej i nie zadawali sobie więcej pytań. Pensje może nie były rewelacyjne, ale pracowało się na pół gwizdka. A poza tym wszyscy mieli po równo. Jak to mówił Jacek Kuroń, "cienka zupka dla każdego".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje