O poszukiwaniu prawdy...

O poszukiwaniu prawdy, bolesnych rozstaniach, a nawet kłótniach z taksówkarzami. Czyli: kompletny bezradnik na temat jak funkcjonować w społeczeństwie.

Im więcej wiem, tym mniej rozumiem. Dni sobie płyną, mijają lata, zdarzenia odciskają w sercu swoje stempelki i tatuują duszę... Wydaje mi się, że czegoś po drodze się uczę, że zaczynam pojmować o co w życiu chodzi. Jak szalony naukowiec co od rana do nocy ślęczy nad rozwikłaniem zagadki, czasami mam wrażenie, że jestem całkiem blisko, tuż, tuż od wielkiego odkrycia. I kiedy mam już ochotę zakrzyknąć: eureka!, nagle gubię wątek, plączą mi się kawałki misternej układanki. Coś, co miało sens, w mgnieniu oka staję się tylko zbiorem chaotycznie rozrzuconych elementów...

Reklama

Wszystkiemu winne są trzy wymiary i czas. Gdyby nie możliwość podróżowania w przestrzeni w asyście tykających zegarków, łatwiej byłoby ustalić przynajmniej jakieś trwałe punkty odniesienia, jakieś uniwersalne prawdy, których wszyscy mogliby się trzymać. A tak, to masz! Jeden widzi świnię, dugi wieprzowinę. Jeden słyszy symfonię, drugi kakofonię. Jeden czuje ból wieczny, drugiego tylko coś wiecznie pobolewa. Kto ma rację? Trudno dociec. Ot, kwestia różnicy perspektyw.

Nie piszę tego bez przyczyny. Inspiruje mnie fakt, że oto po raz kolejny przyszło mi się z kimś rozstawać, zmieniać kurs, opuszczać znaną mi sytuację. Źródłem tego zamętu jest właśnie wspomniana wcześniej rozbieżność w widzeniu rzeczywistości i niezgodność wzajemnych oczekiwań. Tym razem nie chodzi wcale o miłość, lecz o rozpad układu czysto zawodowego. A jednak każde pożegnanie ma w sobie coś z trzęsienia ziemi: w obu przypadkach pozostają jedynie dym i zgliszcza. Nie ma powrotu do stanu sprzed katastrofy. Teraz tylko nieprzespane noce w laboratorium własnego sumienia i gorączkowe poszukiwanie nowej formuły. Może jednak kiedyś wpadnę na ten genialny wzór? Wzór na harmonię absolutną w pożyciu z otoczeniem.

W gruncie rzeczy nie znoszę konfliktów. Wypalają mnie do żywego i wpędzają w dojmujące poczucie winy. Jestem z tych co to dziarsko stawiają na swoim, a potem umierają po cichu z głową w poduszce, torturowani przez wątpliwości. Nic dziwnego - zostałam wychowana na miłą, grzeczną dziewczynkę. Kiedy więc przychodzi mi otwarcie walczyć o swoje, mam z tym niejaki problem. Ktoś jest wobec mnie nie fair - instynktownie "daję w mordę", po czym natychmiast przepraszam i obiecuję, że to się już więcej nie powtórzy.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje