Po pierwsze - nie drapać

Drapanie się jest instynktownym, atawistycznym odruchem, odziedziczonym po naszych bardzo odległych przodkach. Kiedy coś nas zaswędzi czy zapiecze - drapiemy.

Jest to biologicznie uzasadnione, bo możemy w ten sposób wyczuć i ewentualnie zabić "to coś", co spowodowało swędzenie. A w dodatku - i to jest najgorsze - dostajemy "nagrodę", bo drapiąc się blokujemy na chwilę odczuwanie przez nerwy wrażeń bólowych w podrapanym miejscu.

Reklama

Poza tym, delikatne drapanie się (i nie tylko "się"!) jest z reguły po prostu przyjemne. Ale, bo jest w tym "ale", i to duże - kiedy komar czy inny owad wstrzyknie nam pod skórę swój jad, to drapiąc to miejsce rozprowadzamy jad i zwielokrotniamy jego działanie. Swędzi wtedy coraz bardziej - drapiemy mocniej, bo na chwilę (coraz krótszą) przestaje swędzieć. To jest takie "dodatnie sprzężenie zwrotne", które w efekcie powoduje, że zamiast lekkiego swędzenia, które by minęło po minucie, gdybyśmy tego nie ruszali, mamy rozdrapaną "do mięsa", bolącą i swędzącą przez tydzień ranę, do której łatwo mogą dostać się zarazki.

Dlatego, chociaż na początku może to być trudne, warto sobie zaprogramować - raz i na zawsze - jeśli cokolwiek nas "ugryzie", nie wolno tego miejsca drapać! A nawet głaskać, czy w ogóle dotykać. Swędzenie praktycznie zawsze przejdzie po bardzo krótkim czasie i po ukąszeniu zwykle nie zostanie ślad. Warto wytrzymać.

A jeśli już zupełnie nie potrafimy swędzenia wytrzymać, to podrapmy obok swędzącego miejsca. Efekt "blokady nerwów" będzie taki sam jak przy podrapaniu swędzącego miejsca, a nie zwiększymy podrażnienia. Ale najlepiej w ogóle nie drapać i zacząć myśleć o czymkolwiek innym, a nie o swędzeniu i drapaniu. Jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy, może ugryzione miejsce posmarować np. żelem Fenistil. Trochę pomoże.

Ważne jest też jak reagujemy w momencie "dziabnięcia" przez owada. Zwykle jest to odruchowe klapnięcie dłonią, po którym z owada zostaje miazga. Tego też warto się oduczyć - robiąc to wbijamy głębiej żądło i w dodatku robimy sobie zastrzyk z jadu! Bezpieczniej dać owadowi "prztyczka" palcem (wzdłuż skóry!) - mamy wtedy dużą szansę, że strącimy go razem z żądłem. Jeśli żądło było wbite płytko, to po użądleniu nie zostanie nawet ślad.

Żądło pszczoły najlepiej wyjmować pęsetą z bardzo cienkimi końcówkami (można kupić w sklepach ze sprzętem medycznym i dentystycznym albo z narzędziami jubilerskimi) lub nożem, kartą telefoniczną lub kredytową, czy innym tego typu przedmiotem, który przesuwamy po skórze wzdłuż żądła. Ale najlepsza jest pęseta - chwytamy nią żądło przy samej skórze, silnie ściskamy i wyjmujemy. Próba wyjęcia żądła palcami kończy się zwykle wyciśnięciem sobie pod skórę zawartości woreczka jadowego. Osoby uczulone na jad owadów powinny mieć przy sobie specjalny zestaw zapobiegający groźnym skutkom wstrząsu anafilaktycznego.

Taka pęseta przydaje się też przy wyjmowaniu kleszczy. Kleszcza trzeba uchwycić przy samej skórze, mocno ścisnąć i wyjąć. Kleszczy nie wolno smarować żadnymi tłuszczami itp. Kleszcz wtedy zginie (udusi się), ale cała jego zawartość, ze wszystkimi zarazkami, dostanie się do naszej krwi.

Marek Pietrzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje