Przezroczyści

Były hutnik spod Krakowa, staruszek z Mazur, młoda Romka z okolic Nowego Targu, grafik - gej. Cztery różne osoby, jedna wspólna przypadłość - "Przezroczystość". Mało kto postrzega ich najpierw przez pryzmat zdolności i osobowości, a dopiero później przez pryzmat wieku, uprzedzeń rasowych i orientacji seksualnej...

Pan Waldemar ma 68 lat. W rodzinnej miejscowości koło Olsztyna na Mazurach, mówią na niego po prostu "Waldek". Kiedyś miał żonę i pracę, mieszkał w wynajętym domu. Kiedy przeszedł na rentę, myślał, że w końcu odpocznie od roboty, nacieszy się życiem...

Niewidoczni?

Reklama

Ale zdarzyło się nieszczęście. Żona Waldka zmarła na raka, a on został sam. Z rentą w wysokości 500 zł miesięcznie. Bez kogoś, kto utrzymałby gospodarstwo domowe w całości. - Nigdy nie byłem dobrym organizatorem, więc jak zabrakło Janiny (żony - przyp. red.), wszystko się posypało - mówi starszy mężczyzna.

Próbował się czymś zająć, znaleźć pracę, w końcu był murarzem, więc coś tam potrafił. - Ale starego nikt do roboty nie weźmie. Ma młodych, co zrobią taniej i szybciej. A, że gorzej, kogo to dziś obchodzi? - wzdycha Waldek. Pracy nie było, a renta nie starczała na czynsz i leki, które musiał zażywać na serce. Wyprowadził się na stancję do pobliskiego miasta. Mieszka tam już od dwóch lat. Wynajmuje malutki pokoik na poddaszu, żywi się u księży w przytułku dla bezdomnych, albo w MOPSie. Pieniądze, które zostaną po opłaceniu czynszu, idą na leki.

- Czasami człowiek myśli, że lepiej byłoby nie doczekać tej starości. Bo stary nikomu nie jest potrzebny. I żyje tylko dlatego, że musi. Ludzie przechodzą obok, a jak na ciebie patrzą, to tak, jak byś był przezroczysty - mówi z wyrzutem mężczyzna.

Pani Anna ma 81 lat. Pochodzi z Krakowa. Fizycznie jest sprawną osobą, porusza się bez problemu, ale ma inne zmartwienia. Niedowidzi i niedosłyszy, często łapie się na tym, że nie rozumie wielu rzeczy, nawet będąc w zwykłym sklepie, do którego dotarcie jest już nie lada wzywaniem.

- Młody starego nie zrozumie, nie wytłumaczy i nie pomoże, co najwyżej może się śmiać, że ktoś nie da rady wejść po schodach, bo właśnie padał deszcz i jest za ślisko. To mi się zdarza co kilka dni - uśmiecha się starsza kobieta, która, jak podkreśla, tylko pogodą ducha broni się przed niezrozumieniem ludzi. - Życie dziś jest coraz trudniejsze dla staruszków, bo świat poszedł bardzo do przodu. Ledwie nauczyłam się korzystać z przenośnego telefonu, a co dopiero inne rzeczy. Ktoś powinien pamiętać, że starzy ludzie też żyją, a nie są eksponatami w muzeum - ironizuje. Bo, jak mówi, tylko trochę ironii jej jeszcze zostało. To dobra broń przed światem.

Nieefektywni?

Praca, nawet nie taka, w której można się realizować, ale często jakakolwiek, jest dla wielu osób celem bardzo trudnym do osiągnięcia. Z wielu przyczyn. Na przykład z powodu sześćdziesiątki na karku.

- Jakbym wiedział, że te sto tysięcy to tak mało na życie, to bym nie wziął odprawy. Jak człowiek ma mniej pieniędzy, to je umie wydawać. Jakoś to wszystko idzie wtedy łatwiej, sprawniej, a i odłożyć coś można. Jak dostanie za dużo, to przepływają przez palce jak woda - mówi były hutnik spod Krakowa. Pana Wiesława po raz pierwszy spotkałam przed ponad rokiem, kiedy stracił pracę. Nie chciał wtedy rozmawiać. - Później napisze pani, że jestem nieudacznikiem, bo przepuściłem sto tysięcy - mówił. - A to nie tak, że wydaliśmy z żoną te pieniądze, one po prostu rozeszły się szybciej, niż się spodziewaliśmy.

Mężczyzna dostał blisko 100 tys. zł odprawy w krakowskiej Hucie im. Sendzimira, w której w 2009 i 2010 przeprowadzono zwolnienia grupowe. Zakład się wówczas modernizował, a zbędni pracownicy odchodzili, za sporą odprawą, która zależała głównie od czasu przepracowanego w zakładzie.

Pan Wiesław mieszka na obrzeżach krakowskiej Nowej Huty w 45-metrowym mieszkaniu spółdzielczym. Przepracował w hucie ponad 30 lat swojego życia. Dziś jest, jak o sobie mówi, panem pod sześćdziesiątkę. Jak odchodził z pracy, dostawał prawie 3 tys. na rękę. Żona nigdy nie pracowała. Dzieci już na swoim. Z odprawy się ucieszył. - Żona powiedziała: "Bierz, a później coś znajdziesz. Później cię zwolnią, bo mają młodszych i lepszych", więc złożyłem wniosek - opowiada pan Wiesław.

Pieniądze szybko się rozeszły. Na początek trzeba było wykupić mieszkanie - bo jak długo można mieszkać w nie swoim? Później przyszła kolej na urządzenie. Po 10 tysięcy dla dzieci i jakiś lepszy samochód, bo ten opel, którym jeździli, to potrafił się zepsuć na środku skrzyżowania w mieście... I tak ze stu tysięcy po pół roku zrobiło się 10 tys. zł. Wtedy przyszedł czas na działanie.

- Człowiek łatwo się do dobrego przyzwyczaja, ale trzeba myśleć o przyszłości - zauważa pan Wiesław. I opowiada, że kiedy pieniądze z odprawy się rozeszły, przypomniał sobie, że trzeba poszukać pracy. Zapisał się do pośredniaka, ale tam pojawiała się jedna oferta miesięcznie i, w dodatku, zanim się dodzwonił do jakiegoś pracodawcy, była już nieaktualna.

- Szukałem w gazetach. Dzwoniłem, umawiali mnie na wizyty - opowiada mężczyzna. - Ubrany, jak na jakieś święto, chodziłem na te spotkania. A tam mówili o rzeczach, których nie rozumiałem, krzywo patrzyli, żem taki stary. Raz, czy dwa, to mi nawet w biurze powiedzieli, że się nie nadaję, bo lata nie te i źle się prezentuję... I to do jakiej roboty - stróża nocnego, albo zwykłego chłopa na budowie...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje