Śmiej się - strona 3.

John: Typowy psychiatra: zamiast patrzeć na scenę, patrzy na widownię.

Reklama

Robin: Twoje przedstawienia widziałem wcześniej, za to zachowanie widowni było niezwykle ciekawe w świetle tego, o czym mówimy. Na początku wszyscy czuli się trochę niepewnie. Nie wiedzieli, czy mają się spodziewać kolejnego poważnego przemówienia, czy skeczu w stylu Monthy Pythona. "Wszyscy się orientują" - powiedziałeś - "że wy, psychiatrzy, jesteście kompletnie stuknięci". Widziałem, jak szczęki im opadły z wrażenia. Nie mieli pojęcia, czy powinni przyjąć to w dobrej wierze, potraktować jako żart i okazać się równymi facetami. Nerwowe parsknięcia nagle ucichły, kiedy dodałeś: "A cudowne jest to, że wam w ogóle nie przeszkadza, iż jesteście stuknięci. Co więcej, wam się to podoba! Pozwala wam bowiem zrozumieć swoich pacjentów, co w efekcie powoduje, że oni mogą zrozumieć siebie. Taka odwaga! Taki altruizm! Jak ja to podziwiam!" Kiedy to powiedziałeś, na twarzach widzów można było dostrzec sprzeczne emocje, od oburzenia aż do śmiechu. Widziałem ich grymasy, gdy zastanawiali się, czy lepiej udawać bardziej dostojnych i normalnych niż zwykle, czy trochę stukniętych. Wyraźnie było widać, że niektórzy próbowali obu postaw na raz - ale czy to możliwe? W jednej chwili powracali do sztywnej i uroczystej pozy, z powagą na twarzy próbując "zrozumieć", co naprawdę chcesz powiedzieć. W następnym momencie znowu ich zaskoczyłeś, więc wybuchnęli śmiechem. Przyszło mi wtedy do głowy porównanie z psem, który czai się na bażanta i usiłuje stać bez ruchu, ale z tyłu ktoś łechce go piórkiem.

John: Prawie tego nie pamiętam. Zawsze improwizuję takie rzeczy i potem nigdy nie jestem pewien, co naprawdę powiedziałem.

Robin: A to jest bardzo otwarty styl, prawda? Chyba dlatego umiesz przełączać na niego innych ludzi. Z tego właśnie powodu oglądałem to z takim zafascynowaniem,- bo widownia cały czas próbowała przybrać styl zamknięty. Mogłaby wtedy mieć wygodne, jasno określone stanowisko wobec tego, co powiedziałeś: być za albo przeciw, zgadzać się albo krytykować, wyrażać zadowolenie albo dezaprobatę, jedno albo drugie. Twoje paradoksalne połączenie krytyki i uwielbienia wywołało jednak wybuchy śmiechu i zniweczyło ich plany, musieli więc przetrwać to i odłożyć zastanawianie się na później.

John: Tak, oczywiście. Przypomniałem sobie właśnie, że robiłeś dokładnie to samo w naszej grupie. Siedzieliśmy wszyscy, usiłując zrozumieć to, co powiedziałeś. Walczyliśmy z naszymi ciasnymi, niespokojnymi, rozgorączkowanymi umysłami, pragnąc, żeby dotarła do nich choć jedna z twoich złotych myśli, a ty niespodziewanie rozparłeś się w fotelu i oświadczyłeś: "Czasami się zastanawiam, czy jest coś pożytecznego w tym psychiatrycznym nonsensie... Ale na szczęki opadły! Teraz widzę, że kiedy byliśmy oszołomieni, ale nie nieszczęśliwi, umieliśmy przyjąć coś nowego. Nie moglibyśmy jednak tego zrobić, gdyby nasze myśli krążyły tak jak zwykle - małymi, ciasnymi kółeczkami.

Robin: Jak sądzisz, czy właśnie dlatego "Video Arts" posługuje się humorem przy robieniu filmów szkoleniowych dla kadry zarządzającej?

John: Prawie każdy z nas był nauczycielem, więc mogliśmy się przekonać, jak wzbudzanie śmiechu pomaga utrzymać zainteresowanie słuchających, trzymając ich w napięciu, chociaż wiedzieliśmy, że i bez tego można przekazać informacje o faktach. Powoli jednak zaczęliśmy dostrzegać, że jeśli chcemy zmienić postawę i zachowanie ludzi, czyli wywołać reakcję o silnym zabarwieniu emocjonalnym, humor bardzo nam pomoże w osiągnięciu tych zmian.

Robin: O to właśnie mi chodzi. Chcę podkreślić, że humor pomaga nam nabrać elastyczności, gdy sztywno trzymamy się jakiejś postawy emocjonalnej. Kiedy się śmiejemy, stajemy się wolni, swobodni, otwarci, gotowi podążyć w jakimkolwiek kierunku. Jak tenisista przeskakujący z nogi na nogę, gdy czeka na piłkę.

John: Kiedy w zeszłym roku przeprowadzałem wywiad z Dalajlamą, zadałem pytanie o humor, gdyż widząc go nie byłem pewien, co powiedzieć. Cóż, nie spotkałem wielu dalajlamów w rodzinnym Weston-super-Mare. Nie wiedziałem, czy mam zagaić: "O, jakie ładne sandały! Gdzie pan je kupił?" albo "Czy to najlepsze z pana dotychczasowych wcieleń?" Po prostu patrzyłem na niego i po chwili obaj zaczęliśmy się śmiać i śmialiśmy się przez dwie minuty. Do dziś nie wiem, z czego, ale było to naprawdę cudowne.

Robin: Na zdjęciach Dalajlama zawsze wygląda na człowieka o dużym poczuciu humoru.

John: Zapytałem go więc, dlaczego buddyści tybetańscy tak często się śmieją, a on po prostu odparł: "Żarty są czasami pożyteczne, bo wtedy umysł się trochę otwiera. Pomagają w tworzeniu nowych pomysłów. Jeśli myślisz zbyt poważnie, twój umysł się zamyka".

Robin: No widzisz! Przecież on ci powiedział to samo, tylko w cudownie prosty i jasny sposób. A co ty sądzisz o śmiechu?

John: Mam kilka spostrzeżeń, ale trudno znaleźć jedno wyjaśnienie obejmujące wszystko, począwszy od gry słów, dowcipów, przez farsę i bufonadę, a na komedii obyczajowej i satyrze kończąc.

Robin: Czy natknąłeś się na jakąś teorię, która przypadła ci do gustu?

John: Prawie wszystkie twierdzą, że coś jest śmieszne, bo dwa punkty odniesienia, naturalnie dosyć odległe, są nagle postawione obok siebie w sposób, który zdaje się je na chwilę łączyć.

Robin: To doskonale pasuje do teorii Darwina o dwóch sprzecznych koncepcjach!

John: Całkowicie. Przyjrzyjmy się teraz wszystkim typom humoru.

Robin: Tamta teoria na pewno wyjaśnia grę słów, to dokładnie pasuje do jej zasad.

John: Sądzę, że wyjaśnia niemal wszystkie żarty, jakie znam. Na przykład ta historyjka o kobiecie, która badała zachowania seksualne. Zapytała pewnego pilota, ile razy w roku odbył stosunek. Pilot odparł: "Pięć". Kobieta, wiedząc co nieco o pilotach, wyraziła zdziwienie, na co pilot, zerkając w kalendarz, wyjaśnił: "Przecież jest drugi stycznia!".

Robin: Tutaj więc dwa punkty odniesienia to ogólnie przyjęta skala roku oraz właśnie rozpoczęty rok bieżący, które się nagle zderzają... W dodatku żywimy obawę, że nasz pilot z jakichś przyczyn nie może sprostać stereotypom, wkrótce jednak okazuje się, że pasuje on do nich aż nadto.

John: Działa tu jeszcze jeden istotny czynnik. Ludzie przeważnie bardziej niż z gry słów śmieją się z dowcipu o pilotach, bo więcej jest w nim emocji. Jest tu i ciekawość seksualna, i zmieszanie i może niepokój o intymną naturę pytania, i wiele innych.

Robin: Im więcej zaś nagromadzonych emocji, tym więcej śmiechu.

John: Masz całkowitą rację. Arthur Koestler ujął to chyba najlepiej. Powiedział, że w każdym żarcie puenta burzy cały ciąg emocji sygnalizowanych przez pierwszą część dowcipu. Dowcipy pobudzają emocje widowni i oczywiście niepokój z nimi związany... a potem w puencie okazuje się, że te nie były właściwe emocje i nagromadzona energia znajduje ujście w śmiechu. Dlatego właśnie ludzie tak śmieją się z dowcipów seksualnych, chociaż zwykle nie są śmieszne. I także dlatego opowiada się zwykle kawały o niepopularnych osobach albo jakichś oryginałach. Nawet jeśli dowcip taki jest rzeczywiście śmieszny, do ciągu uczuć dołącza się nasza uraza wobec tych osób i śmiejemy się jeszcze bardziej.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Fragment książki "Żyć w tym świecie i przetrwać"

Wydawnictwo Jacek Santorski & co

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje