Śmiej się - strona 6.

Robin: O ile pamiętam, musieliście dwukrotnie kręcić scenę, w której z psa robi się miazga.

Reklama

John: Tak. Pierwsze zbliżenie, które nakręciliśmy, było dziełem Charlie Crichtona, naszego reżysera, który artystycznie udekorował plan małymi kawałkami wnętrzności wziętymi od miejscowego rzeźnika. Kiedy pokazaliśmy tę scenę widowni, z wrażenia zaparło im dech. Instynktowna reakcja na tę okropność wzięła górę nad zdolnością do śmiechu z abstrakcyjnego pomysłu. Zastąpiliśmy więc ociekającego krwią psa ujęciem komicznego, absolutnie nieprawdopodobnego psa, którego uwiliśmy ze słomy, bez żadnego ketchupu. Widownia wyła ze śmiechu. Myślę, że nie śmialiby się gdyby pokazywane psy nie były tymi okropnymi, ujadającymi, dziwacznymi stworzeniami, których i tak nikt nie uważa za prawdziwe psy. Bardzo trudno przewidzieć, co do ludzi trafi.

Robin: Poza tym każdy człowiek odbiera wszystko po swojemu, więc jeśli nawet większość będzie się śmiała, to i tak kilku się obrazi.

John: Owszem. Nie wiem dlaczego, ale niezwykle trudno zdobyć się na rozsądny i miły ton głosu, kiedy trzeba bronić dowcipu przed oskarżeniami, że jest okrutny i gruboskórny. Nawet jeśli godzinę wcześniej cała widownia pokładała się ze śmiechu.

Robin: Zwróciłeś uwagę na to, że można stracić część sympatii dla bohatera, nie tracąc jej całkowicie?

John: Bardzo ciekawe. Zamieniam się w słuch.

Robin: Ludzie często sądzą, że pomagają komuś, kto ma kłopoty, poprzez obdarzenie go całkowitą sympatią. Moje doświadczenie mówi mi, że zwykle nie jest to prawdą. Wyjątki to chwile skrajnego kryzysu. Troska o kogoś to umiejętność udzielenia wsparcia przy jednoczesnej gotowości do krytyki i sprzeciwienia się mu, kiedy jest to potrzebne. Wiemy przecież, że oznaką zdrowia jest umiejętność śmiania się z siebie, a to przecież nie oznacza, że nie darzymy siebie samych sympatią, prawda?

John: Pewnie. Kiedy byłem w twojej grupie terapeutycznej, mówiłeś, że gdy ludzie zaczynają się z siebie śmiać, od razu czują się lepiej.

Robin: Tak wynika z mego doświadczenia. Jeśli mamy się czegoś nauczyć i zmienić na lepsze, to musimy stanąć z boku i spojrzeć z dystansu na swoje zachowanie, traktując siebie mniej serio. Tego dystansu nabieramy właśnie dzięki humorowi. Podobnie jest z dokuczaniem. Kiedy dokuczasz komuś, często robisz przytyk do tych aspektów jego zachowania, które są problematyczne i na które ów ktoś powinien zwrócić uwagę. Jeśli robimy to z autentyczną miłością, osoba ta przyjrzy się sobie i w wyniku tego się zmieni, gdy jednak brakuje w tym sympatii, nasze aluzje odbierane są jako napastliwość. Człowiek, którego one dotyczą nie będzie umiał dostrzec śmieszności swojego zachowania ani wziąć do serca krytyki, a także nie potrafi się zmienić, bo będzie to dla niego zbyt bolesne.

John: Interesujące. Wszyscy komicy wiedzą, że są śmieszniejsi, jeśli darzą swoją ofiarę sympatią, więc znieczulenie serca, jak mówi Bergson, może być chwilowe. Dobrze. Teraz wyjaśnij mi trzecią i ostatnią część jego definicji. Henri Bergson nazywa śmiech sankcją społeczną, mając na myśli reakcję grupy społecznej. Nigdy tego naprawdę nie zrozumiałem.

Robin: Dlaczego?

John: Wiem, że rzeczywiście śmiejemy się więcej, gdy jesteśmy w grupie. Śmiech jest zaraźliwy, to jasne. Wiem też, że śmiech umacnia spójność grupy. Pomyśl o politykach, którzy wprowadzają słuchaczy w dobry nastrój, dowcipkując o opozycji. A wiesz może, której grupie ludzi najlepiej wychodzą dowcipy?

Robin: Nie.

John: Sprzedawcom. Wiedzą, że szybko nawiążą kontakt z kupującym, jeśli go rozbawią. Zawsze jednak martwi mnie to, że ta przyjemna, sielankowa spójność grupy dokonuje się zwykle kosztem grupy innych. Istnieje bowiem jeszcze jeden rodzaj komizmu, który zacząłem sobie w ostatnich latach bardzo cenić. Jego wykładnia brzmi: "Tak, to śmieszne, a jest takie, bo widzę, że zachowanie to jest też moim udziałem, udziałem nas wszystkich, ponieważ jest nieodłącznie związane z ludzką naturą. Tacy właśnie są ludzie". To zdecydowanie najlepszy rodzaj śmiechu, a kiedy tak się śmiejecie, nie ma obcych. Przyznam, że trochę tego nie rozumiem.

Robin: Spróbuję ci pomóc. Czy pamiętasz, do jakich wniosków na temat zdrowia psychicznego doszliśmy pod koniec pierwszego rozdziału?

John: Że najmniej zdrowi ludzie to paranoicy, którzy potrzebują innych ludzi, żeby ich obwiniać i nienawidzić, a najzdrowsi przyjmują postawę "afiliacyjną"*.

Robin: Tak. Wydaje mi się, że można spojrzeć na humor w taki sam sposób jak na wszystkie inne ludzkie zachowania. Znaczy to, że każdy dowcip lub śmiech można umieścić na skali między najbardziej paranoicznym a najbardziej afiliacyjnym humorem. Weźmy na przykład najobrzydliwsze dowcipy rasistowskie. Jedna grupa wyraża nimi wrogość wobec innej grupy, więc dowcipy te plasują się na najdalszym, paranoicznym końcu skali. Z kolei opisane przez ciebie żarty, w których ludzie przyznają, że śmieją się ze słabości powszechnych u wszystkich ludzkich istot, znajdują swe miejsce na najbardziej zdrowym krańcu. Słabości są bowiem częścią kondycji każdego człowieka.

John: Nie już wtedy nie ma obcych. Ten humor mówi: "Czy to nie komiczne, że wszyscy tacy jesteśmy, pomimo naszych aspiracji?"

Robin: Nie zapominajmy też, że dowcipy opowiada się z różnymi intencjami, różnie się też go odczytuje, inaczej słyszy

John: Otóż to, niektóre obraźliwe dowcipy są naprawdę bardzo zabawne. To, jak je odbieramy, może zależeć od intencji nadawcy, czy opowiedziane zostały głównie dlatego, że są agresywne, czy też ze względu na ładunek komizmu. Straszne jednak byłoby, gdybyśmy je wszystkie cenzurowali z tego tylko powodu, że paranoicy wykorzystują je w niezdrowy sposób. Przecież w taki sposób można potraktować każdy humor.

Robin: Zgadza się. Przypomnij sobie, jak obserwowaliśmy reakcje ludzi na humor Basila Fawlty'ego. Niektórzy śmieją się z niego tak, jakby jego zachowanie nie miało z nimi zupełnie nic wspólnego - jakby byli innym gatunkiem! Inni zaś potrafią przyznać się do tego, że czasami reagują podobnie jak on i to właśnie ich bawi. Ta druga postawa jest dużo zdrowsza i razem z dowcipami wywołującymi myśl: "Czyż ludzie nie są śmieszni?" mieści się na najzdrowszym krańcu skali.

John: Muszę przyznać, że twoja koncepcja jest dla mnie odkrywcza. Pamiętam, jak Jonathan Miller powiedział, że prawdziwy humor stwarza niezwykłą bliskość i teraz widzę, dlaczego. Najlepszy humor podkreśla podobieństwa, a nie różnice między ludźmi.

Robin: Sądzę, że to jego największa wartość. Humor daje nam nie tylko przyjemność i dobre samopoczucie, ale w każdej chwili przypomina o ograniczeniach, którym wszyscy podlegamy po prostu dlatego, że jesteśmy istotami ludzkimi. Przypomina nam też, jak łatwo o tym zapomnieć!

Strony: 1 2 3 4 5 6

Fragment książki "Żyć w tym świecie i przetrwać"

Wydawnictwo Jacek Santorski & co

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje