Sprawozdanie z wieczoru autorskiego

Tyle się dzieje u nas w kraju, że chciałoby się chwycić za pióro i dorzucić swoje trzy grosze, spojrzeć z innej perspektywy, zwrócić uwagę na to, co być może za mało dostrzegane, niestety, słyszę głosy, które nie pozwalają mi na to. Wiem, słysząc głosy, dostarczam Państwu dowodów, że nie mam wszystkich w domu. Kilkoro z Państwa już wyraziło tę opinię.

Bo kto to widział, żeby pisać nie po bożemu, tylko na jakieś żarty i ironię się porywać? Pisać należy prosto i dosłownie. Już zwrot "chwycić za pióro" czy przypadkiem nie jest zbyt ryzykowny? Będzie jak z tą koroną na głowie Sikorskiego, znowu mnie Państwo dopadną. Jak pan "Uważny", który po moim poprzednim felietonie napisał: "Ja nie widziałem u ministra Sikorskiego korony, to jak mogłaby spaść z Jego głowy? Czy pani naprawdę robi sobie jaja z czytelników? Redaktor powinien panią wyrzucić z pracy za takie artykuły. Sikorski w koronie od kiedy?".

Reklama

"Corona" też był czujny: "Nie wiem, czy tylko ja nie widziałem? Ale czy minister Sikorski miał koronę na głowie? Pytanie pani chyba nie do tej osoby się tyczyło". Więc z tym piórem to niebezpieczne, zaraz będzie, że nawet na komputerze pisać nie umiem, a proszę, rwę się do pisania. I to o czym? O polityce?

"Nie jestem zwolennikiem Kaczora, ale co ma do gadania w tym kraju jakieś babsko o żydowskim nazwisku. Wracaj małpo do siebie, do Izraela!" - napisał "nazi". Mocne słowa, ale i tak się cieszę, że moje nazwisko skojarzyło mu się z Izraelem, a nie z pedofilią. W wypowiedziach wielu z Państwa to był motyw przewodni. Niektórzy chcieli się tylko dowiedzieć: "Czy pani Hanna Samson to żona, siostra czy córka "znanego" oskarżonego i skazanego za pedofilię "słynnego" psychologa dziecięcego?" - zapytał "ja tylko pytam".

"Samsun" już śmielej rusza do ataku: "Jak znam was, to najpierw w miarę obiektywny tekścik, a potem stopniowo pani Samson (nie pedofilka) zręcznie zacznie szczuć przeciw niechcianej opcji politycznej. Wszyscy wiemy jakiej. Słowem komercha i manipulacja. Pożyjemy, zobaczymy". Nie do końca pojęłam, kogo "was" zna pan "Samsun", z kim w tym zbiorze jestem umieszczona, ale już czułam, że nie będzie lekko.

"Daro" też niby tylko pyta: "Czy to nie żona Samsona tego pedofila?", ale jest to pytanie retoryczne, bo "daro" wie, kim jestem: "Trzeba było lepiej pilnować męża, to może by się nie wykoleił - psycholog od siedmiu boleści. Daj se kobieto spokój". "Hj" zna mnie dobrze, przed nim się nie ukryję. Wyczuwa mnie nawet w wypowiedziach innych i wali prosto z mostu: "Samsonowa! Nie podszywaj się pod Zaniepokojoną! Znamy te numery. Drażnią cię kleryki, bo ciemnogród nie lubi zboczeńców!!!" Już wsadził mnie na jeden wózek z Samsonem, choć kilka osób wyjaśniało, że była żona, że wiele lat temu, że nie może odpowiadać za czyny innych.

Ale głosy obrońców nie wyprowadzą "jaromira" w pole: "Mąż molestował dzieci, chociaż miał je leczyć, w domu trzymał dziecięcą pornografię, trwało to wszystko kilka czy kilkanaście lat i żona nic o tym nie wiedziała - może jakaś niekumata jest czy co? Ale przecież napisała książkę, to chyba aż tak głupia nie jest? A może jeszcze pomnik należałoby jej wystawić?" Panie "jaromirze", na pomnik nie liczę. Proszę tylko o odrobinę logiki. Trzymał pornografię dziecięcą, ale w swoim, a nie w moim domu. Czy Pan zwierzałby się z tego byłej żonie?

Ale dla "słomy z butów" rozwód nic nie zmienia. "Daro" także wie swoje: "Żenadą można nazwać dopuszczenie jej do pisania felietonów". "Jaromir" atakuje dalej: "Myślę, że gdyby w Polsce ukazała się książka np. żony Hitlera (jeśli by żyła), Pol Pota, Fidela albo innego bandyty, też zostałaby gwiazdą naszych libertyńskich elyt i brylowala na "salonach", robiłaby za autorytet moralny w większości mediów - bo czyż miałaby coś wspólnego ze zbrodniami męża? Ależ skąd. Do czego jeszcze doprowadzi nas relatywizm moralny?" Na ostatnie pytanie nie umiem odpowiedzieć, ale zapewniam Pana, że nie bryluję na salonach i nie robię za autorytet moralny w większości mediów, w dodatku nie mam nic wspólnego ze zbrodniami męża ani z relatywizmem moralnym. Właśnie dlatego nie chcę odpowiadać za jego czyny.

Przy "jaromirze", który jeszcze parę razy zadaje ciosy, inne głosy nie brzmią tak ostro. Właściwie nie ma się do czego przyczepić, kiedy "liz" pisze: "Za chlebem panie za chlebem. Nowa felietonistka. Na razie wersja light, ale przecież p. Hania na pewno zaostrzy pazurki, doszuka się w PiS-ie zboczków, bo ona już wie, o czym mówi. Ostatnio w Opolu trafili następnego psychologa od pedofilii. Szkoda, że nie ma żony. Ona też mogłaby się załapać na felieton". Powinnam już do tego przywyknąć. Dlaczego piszę? Bo jestem byłą żoną, a nie dlatego, że jestem pisarką. Wydałam sześć książek, napisałam dziesiątki artykułów, ale jakie to ma znaczenie wobec faktu, że jestem byłą żoną Andrzeja S.? Żadnego.

Niektórzy w zasadzie zgadzają się, żebym pisała, ale przecież nie o wszystkim: "Pani raczej nie powinna pisać o zgwałconych czternastolatkach" - stwierdza "Kuleczka". - "Wiem, że nie odpowiada pani za cudze zbrodnie, ale niech pani zmienianie świata zacznie od swoich znajomych, a później oświeca innych. Mniej publicystki, więcej pracy!!!" Pracuję, pani "Kuleczko", pracuję, i to dużo. Ale nie staram się zmieniać swoich znajomych. Nie wpadło mi to do głowy.

"Jan Matejko" też nie chce, żebym próbowała zmieniać świat: "Żona dewianta, która naprawia świat, atakując uczciwych ludzi takich jak Jacek Kurski, czyli lumpenliberalizm w czystej postaci." "Dr Penderscu" ma dla mnie więcej zrozumienia: "Rozumiem, że za problemy seksualne swojego męża nie może do końca odpowiadać, ale to jeszcze nie jest powód, żeby czynić z niej wyrocznię." No cóż, nie pretendowałam do roli wyroczni, pisząc satyryczne felietony. I jestem zdania, że nie mogę odpowiadać nie tylko do końca, ale nawet w części za czyjeś problemy, których nie ja jestem przyczyną.

Znany już nam "daro" ciągle nie ma pewności, czy jestem żoną, czy nie, ale na wszelki wypadek o tym przypomina: "Miernota, ale to tylko kobieta (psycholog o nazwisku Samson? Już taki był, czyżby to żona?)". "Cytryna" dołącza do chóru tych, którzy są przeciw temu, żebym cokolwiek pisała "Dałaby sobie spokój ta baba. Miast uszy po sobie i wstydzić się za małżonka, ona mimo wszystko chce zaistnieć. Głupoty wypisuje." Niestety, mam poczucie, że w Państwa świadomości już zaistniałam i to nie z powodu wypisywania głupot. Tym wypisywaniem chciałabym tylko odzyskać własną tożsamość, którą, łącząc mnie z byłym mężem, Państwo mi odbierają.

Nieoczekiwanie "Daro" bierze mnie w obronę, choć może to inny "Daro", bo z nick z dużej litery: "Trzeba mieć jaja, żeby tak pis-ać, a ta kobieta naprawdę ma" i nawet o mojej książce wspomina. Ale "jaromir" dalej ciągnie swoje: "Tak się kreuje kolejny "medialny pseudoautorytet". Tylko patrzeć jak nas będzie aksamitna Samsonowa ustawiać po kątach - wszak jesteśmy dla niej zbędnym śmieciem". Skąd ten pomysł? Kto jest dla mnie zbędnym śmieciem? Nie wiem.

Nie nadążam za żywym umysłem "jaromira", który pisze dalej: "Jaka terapeutka taka literatka... śmiech na sali. Męża już "wyleczyła", teraz bierze się za szersze kręgi i jak widać po komentarzach pełnych zachwytu grunt znajdzie podatny - idiotów ci u nas dostatek." Po pierwszym felietonie myślałam, że jak Państwo otrząsną się ze zdziwienia, że piszę, to zaczną po prostu czytać i komentować to, co napisałam. Ale gdzie tam!

Po drugim zaczęło się od nowa: "Szkoda, że pan Samson nie poprzestał na całowaniu!" - zauważa "Kuleczka". "Olę" też bardziej interesuje Samson, niż to, co ja piszę: "Pan Samson też jest wykształciuchem i chyba trudno o lepszy przykład przedstawiciela łże-elit." "Sesio" proponuje, żebym poświęciła trochę czasu na opisanie postępowania swojego byłego męża, bo to ciekawsze niż dylematy Kaczyńskiego. "Baster" też ma ten pomysł: "Debilizm, może lepiej napisać o mężu." Okazałam się łże-elitką, Żydówką, komuchem, a mój ojciec (?) utrwalał podobno władzę ludową. Aż dziwne, że ani słowa o moim dziadku.

Ci, którzy nie odwoływali się do koneksji rodzinnych, rozpoznawali u mnie zaburzenia psychiczne. Nawet nie musieli czytać. Wystarczyło samo zdjęcie. Kilkoro z Państwa wyraziło przypuszczenie, że piszę dla kasy. Tak, taką mam pracę. Żyję z pisania. Ale akurat w przypadku felietonów w internecie ważniejsza od pieniędzy była dla mnie możliwość kontaktu z czytelnikami. Pewnie każdy pisarz marzy o tym, żeby wiedzieć, jak ludzie odbierają jego słowa. Ja już wiem. Tym z Państwa, którzy stanęli w mojej obronie albo po prostu komentowali tekst, bardzo dziękuję. Pomogliście mi przeżyć ten wieczór autorski bez utraty wiary w sens tego, co robię.

Hanna Samson

Dowiedz się więcej na temat: sprawozdanie | głosy | żona | Samson

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje