Taki zawód - II

Razem z wydawnictwem Świat Książki zapraszamy do lektury z serii INTERIA.PL Czytadło na weekend. Dzisiaj opowiadanie Manueli Gretkowskiej "Taki zawód".

2

Reklama

- Nie mówiłeś o tej pacjentce, sądziłem, że przerwała terapię - zdziwił się Michał, od lat superwizor Jacka. Był jego cotygodniowym lepszym i mądrzejszym "ja" rozgrzeszającym z sesji.
- Nie było co opowiadać, terapia rozwijała się pra­widłowo. Po buncie stopniowo zaprzestała oporu i wresz­cie od dwóch miesięcy robimy postępy. Prawdę mówiąc, idzie nam znakomicie, wyjątkowo dobrze pracuje.
- Ładna?
- A dlaczego pytasz?
- Słyszę ekscytację w twoim głosie.
Na pewno się nie mylił. Michał miał psychologiczny słuch porównywalny do maestrii stroiciela fortepianów. Jacek zawahał się, czy przyznać mu rację, ale superwizja polega na absolutnej szczerości, inaczej nie ma sensu.
- Tak, coś w tym jest - potwierdził.
- Coś więcej?
Jacek zastanawiał się, czy jest dla niego aż tak prze­zroczysty.
- Co do niej czujesz? - Michał mocnymi dłońmi bardziej chirurga niż psychiatry dodawał sobie do kawy słodzik, rozsypując go na potężne, przedwojenne biur­ko. Miniaturowy dom wariatów pozamykanych w szu­fladach i kartotekach.
- Rozczula mnie - przyznał.
- Rozczula... uhm... Ciekawe słowo, co się za nim kryje?
- Myślisz, że projektuję na nią swoje tęsknoty? - Jacek westchnął, superwizor miał fisia na punkcie przeciw-przeniesienia.
- Słyszę, że nie chcesz o niej mówić. Co cię blokuje? Jackowi zrobiło się duszno, doleciał do niego ciężki zapach wody kolońskiej Michała. Jego sztywny garnitur i biała koszula przypomniały mu strój dyrektora liceum. Miał wrażenie, że jest na własnej wywiadówce. Chciał już wyjść z gabinetu. Wstał otworzyć okno.
- Marzyłem zawsze o córce - wyznał, siadając z po­wrotem w fotelu. Michał uniósł brwi.
- Córka jest lojalna - Jacek wyliczał. - No, kobieta najbliższa mężczyźnie, na zawsze.
- Bezwarunkowa akceptacja, tak?
- Wrodzona - Jacek się uśmiechnął.
- Opowiadasz Annie o niej? Zazwyczaj opowiadasz jej o pacjentach, a o tej...
- Julii. A o niej nie.
- Chcesz ją mieć tylko dla siebie?
- Chyba tak.
- Coś w tej pannie za mocno cię dotyka. Zastanów się nad tym, moim zdaniem, pakujesz się w kłopot.
- Przesadzasz, trzymam dystans i dobry kurs.
- Sam najlepiej wiesz, dokąd płyniesz. Ale tu, my­ślę sobie, może lepszy byłby twardy grunt pod stopami. Jacek przewrócił stronę notatnika.
- Został jeszcze ten narcyz - przeszedł do omawia­nia następnego pacjenta.
- Nadal taki destruktywny?
- Sądzę, że ta jego hipochondria to zwykła obrona przed nieuchronnym rozpadem fałszywego self...

Pobrać się w Nowy Rok? - Jula przymierzała ten dzień do siebie jak białą suknię. Im bliżej ślubu, tym wesel­ne kiecki na wystawach bardziej pęczniały, nadymały się bufkami. Przechodziła na drugą stronę ulicy ze stra­chu, że się z nimi zderzy przez szybę i wpadnie pod lawinę koronek i tiuli. Zanim by ją odkopali, zadusiła­by się od małżeńskiego szczęścia. Chociaż zamiast ber­nardyna mógłby ją wylizać przystojniak z GOPR-u. O czym ja myślę? - stanęła przed witryną księgarni. Gdyby mogła to opowiedzieć terapeucie, natychmiast bez czekania na jutrzejszą sesję. Ufała mu, bo znał przyszłość. Przewidział jej obawy. Najpierw go wyśmia­ła, później musiała przyznać rację. Dźgał ją pytaniami, popędzając w stronę prawdy. Tak, w Tomku drażniły ją cechy jego matki. Despotki krygującej się za wachla­rzem cnót i zalet. Bywał jej kopią. Edypalna rywalka - powiedziałby terapeuta.

Pierwsza runda z mamuśką będzie polegała na ogło­szeniu: ślubu nie będzie albo dużo później, gdy będzie nam pasowało. I powie jej to syn. Jula go przekona. Można się nie pobierać z miłości, prawda? Matka, na­mawiając do ślubu, straszy nim. Że już wystrugany z drzewa osikowego, trzeba tylko pocałować się do krwi przed ołtarzem i wbić go zgodnie z tradycją w samo serce. Opustoszałe fabryki mijane po drodze do szkoły przenosiły swoją widmową produkcję do głowy Juli. Wrzeciona nawijały z hukiem jeden wątek wyszarpany razem z nitkami włosów: Ślub! Ślub!

- Mam wrażenie, że podświadomie sabotujesz jej zwią­zek - Michał przerwał Jackowi relację z terapii Julii.
- Nie sądzę, wydobywam to, co ona sama czuje.
- Nie ma pod tym przesadnego lęku o nią?
- Co masz na myśli? - zapytał.
- Jesteś o nią zazdrosny.
- Coś mi próbujesz wcisnąć.
- Ryzyko minimalne w porównaniu z tym, co mo­żesz sugerować swojej pacjentce - Michał nie ustępo­wał.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje