Tam cię zmielą jak w młynku do kawy - strona 2.

To, co nas w Holoubku czaruje,czego usiłujemy szukać w oczach,głosie, inteligencji, jest poezją.Odrywa nas od powszedniości,budzi jakieś przeczucia,unosi na wyższe piętro.

Zrozumiał przestrogę: nie wystarczy uniesienie, trans, maligna; do publiczności dociera się za pomocą techniki.

Reklama

Powtórzył tę lekcję wiele lat później. Próbował w Teatrze Dramatycznym rolę Leara w 1977 roku. Nad bezwładnym ciałem króla stoi córka Kordelia, młoda Joanna Szczepkowska, i z egzaltacją rozpacza. Przy słowach: "Twoje pukle białe..." osiąga szczyt patosu. Holoubek wstaje z podłogi, otrzepuje się i mówi: - Joaśka! Pukle białe to znaczy, że on jest siwy po prostu. Nic więcej!

W 1949 roku Woźnik dostaje dyrekcję Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego w Katowicach; Holoubek dołącza do jego zespołu. W mrocznym od pyłu powietrzu, pośród ziejących ogniem kominów, w plątaninie szyn dusi się i chce z tej brzydoty uciekać. Ale teatr już go wessał.

Jest starym ptasznikiem w Mieszczanach, Łatką w Dożywociu, Królem w Mazepie, Filonem w Balladynie, Doktorem Rankiem w A/orze, Fantazym. Lecz gra też w socrealistycznym szmelcu. Jest Feliksem Dzierżyńskim w filmowym epizodzie. (- Ten Dzierżyński ma złe spojrzenie - zauważył wysoki funkcjonariusz na pokazie filmu dla partii). Nosi peruki, sztuczne wąsy, brody, siwiznę i bogate kostiumy. Objeżdża z teatrem województwo od Częstochowy po Bielsko-Białą. Nieopalone sale, podpita widownia, powrót do domu po północy.

Żona Danuta Kwiatkowska, koleżanka ze studiów, gra w Śląskim Norę, Balladynę... - Wielki talent tragiczny, który został całkowicie wymazany w Warszawie - powie o niej Holoubek po latach. W 1951 roku rodzi im się córka Ewa.

Holoubek zbiera świetne recenzje, dostaje państwowe nagrody. Gruźlica daje mu o sobie znać ciągłą ekscytacją i gorączką.

List do Bohdana Korzeniewskiego, kierownika artystycznego Teatru Narodowego w Warszawie: "Stalinogród, 28 X 53 (...) Zawsze pragnąłem i pragnę pracować pod Pana kierownictwem. Wydaje mi się, że moje coraz bardziej nikłe nadzieje na teatr twórczy, o zamierzonej i realizowanej idei artystycznej, urzeczywistniłyby się przy Pana pomocy. Zrobię wszystko, żeby się stąd wyrwać. Nie będzie to łatwa sprawa. Spodziewam się wielu trudności ze strony (...) tutejszych władz. Jedynym argumentem, którym mogę operować, są względy zdrowotne".

Partia zgadza się na przeniesienie Holoubka do Warszawy. "Stalinogród, 17 V 54 (...) I jeszcze jedna prośba, już moja osobista i bardzo gorąca. Powiem prosto: bardzo bym nie chciał grać Stalina, Panie Dyrektorze. (...) Nie chciałbym wchodzić tą rolą do Warszawy".

Do angażu w Narodowym nie dojdzie z powodu dymisji Korzeniewskiego.

W 1954 roku Holoubek obejmuje na dwa sezony kierownictwo artystyczne Teatru Śląskiego. Partia naciska, żeby wstąpił w jej szeregi. Odmawia. Partia krytykuje go za wybory repertuarowe, jej zdaniem rozbieżne z potrzebami społeczeństwa. Zaprosił do Katowic Tadeusza Kantora, powstała piękna inscenizacja Czarującej szewcowej Lorki. Formalistyczna - uznała partia. Holoubek odchodzi ze stanowiska i jedzie do Zakopanego, by leczyć gruźlicę.

"Zatraciłem się w teatrze bez reszty - podsumował w swej książce pracę w Katowicach - przesłonił mi wszystko inne. (...) Dopiero po upływie wielu lat, kiedy zdobywana wiedza kazała mi szukać odpowiedzi na sens uprawiania teatru, na jego pożytek, zatrzymałem się w tym ślepym biegu. Stanąłem, żeby spojrzeć za siebie i stwierdzić, że wszystko (...) było tylko pasją, spalaniem się, pławieniem w ekstremalnych przejawach życia (...). Nie szukałem ani przyczyn, ani nie przewidywałem skutków tych bezustannych wybuchów emocji. Szafowałem nimi spontanicznie, bez żadnej kontroli, a więc niewątpliwie głupio".

Gdy angażuje się w Warszawie w Ateneum jesienią 1957 roku, koledzy żegnają go słowami: - Tam cię zmielą następnego dnia jak w młynku do kawy!

Poszedł do fryzjera w hotelu Bristol. - Kto pana strzygł? - fryzjer patrzy z niesmakiem. - Fryzjer w Krakowie... - Z tą głową nie da się nic zrobić! - i wypraszają go z zakładu.

Poszedł do restauracji aktorów w SPATiF-ie. Próbuje się odezwać. - Ty lepiej nic nie mów - ostrzega go Halina Mikołajska - bo nie masz zielonego pojęcia o tym, co tu się dzieje w Warszawie...

"Warszawski tygiel był największy i bulgotał najgłośniej - pisał w książce. - Nie ulec jego miazmatom, nie dać się wciągnąć w grę podwójnej moralności, podwójnej buchalterii intelektualnej, było sztuką trudną".

Dyrektor Ateneum Janusz Warmiński spaceruje z nim nocami po moście Poniatowskiego i prowadzi interesujące rozmowy, lecz w całym sezonie nie znajduje dla Holoubka roli. - Aleksandra Śląska, żona Warmińskiego, informowała go, że jestem komikiem - wspomina aktor.

Przenosi się do Polskiego. Dostał garderobę w piwnicy. Nie odpowiadają na jego "dzień dobry". W tym teatrze o silnych przedwojennych tradycjach, ostrych hierarchicznych podziałach jest nikim. Gdy próbują Trąd w pałacu sprawiedliwości, Holoubek dostaje kostium Custa przeszyty z innych kostiumów. Coś dziwnego dzieje się na próbie generalnej. Dyrektor Stanisław Witold Balicki każe sprowadzić krawca i uszyć dla Custa garnitur z najlepszej wełny. Z elegancką kamizelką w paski.

Andrzej Łapicki: - Środowisko starszych aktorów nie było zachwycone jego olśniewającym debiutem w Trądzie... bo zaczął im nagle zagrażać.

Wiosną 1959 roku Balicki informuje Holoubka, że wprawdzie widziałby go w Fantazym, ale Fantazego powinien grać Jan Kreczmar, więc w następnym sezonie nie będzie dla niego roli. - Dał mi do zrozumienia, że siła tej ekipy jest taka, iż nie dopuszczą do obsadzenia mnie - wspomina Holoubek. Złożył wymówienie.

Nazajutrz wczesnym rankiem pukanie do drzwi, Holoubek w piżamie. Dyrektor Teatru Dramatycznego Marian Meller przyniósł osobiście formularz angażu. - I proszę sobie wpisać pensję, jaką pan chce...

Jego pierwszą rolą w Dramatycznym jest Goetz w sztuce Diabeł i Pan Bóg Sartre'a. - Postanowiłem się zemścić na Balickim, który powiedział mi, że nie powinienem grać wielkich ról - opowiada - bo jestem chory na płuca, a w Teatrze Polskim trzeba głośno mówić... I wykrzyczałem tego Sartrea strasznie energicznie i z temperamentem.

Prof. Edward Krasiński: - Pamiętam go z czasów Custa, Goetza. Nerwowiec, taki nasz buntownik, aktor pokolenia, które miało wtedy 20, 30 lat. Dotąd przystosowywał siebie do postaci. Od roli Custa (ma wtedy 35 lat) odrzuca sztuczne wąsy i peruki, ściera szminkę, rozstaje się z zewnętrznym rynsztunkiem aktora - nawet gdy gra królów, nawet gdy o przyciemnienie włosów do roli Poety w Lawie prosi go Konwicki - i nagina, podporządkowuje sobie bohaterów.

Pisał Andrzej Kijowski w 1960 roku: "...Zagra każdą rolę z wyjątkiem amantów i hetmanów, każdą rolę, w której będzie chociaż cień dwuznaczności, paradoksu, groteski lub tragizmu, w każdej z tych ról będzie jeden i ten sam. Lecz nie jest to jedność maniery, jest to jedność psychologiczna, która zostaje zachowana we wszystkich wcieleniach. (...) Swoją własną, najbardziej własną i najbardziej intymną problematykę znajduje na scenie, w grze (...); zadaje sobie i tym, co patrzą na niego, to proste pytanie: kim właściwie jestem?".

Droga do Custa trwała dwa lata, wiodła przez bezczynność i pustkę choroby. Zakopane, Sanatorium Pocztowców na Antałówce, późna jesień 1955 roku. Pacjent jest w ciężkim stanie, nie nadaje się do zabiegu. Zaraził żonę. Zagrożoną córkę umieszczono w prewentorium dla dzieci, spędzi tam dwa lata. Podczas odwiedzin rodzice będą z nią rozmawiać z odległości, zabronione przytulanie.

Gustaw Holoubek leży w śpiworze na balkonie. Liczy kawki, reguluje oddech, patrzy na ośnieżone szczyty. Podają mu eksperymentalnie streptomycynę. To się przyplątało na początku wojny. We Wrześniu zaciągnął się na ochotnika do piechoty. Miał szesnaście lat.

Wychował się na książkach Sienkiewicza, których lektura była dla niego i jego pokolenia - jak napisał wiele lat później - polską książeczką do nabożeństwa. "My, którzy z tego dzieła czerpaliśmy bezkrytycznie i z pełną wiarą w spisywaną prawdę, zostaliśmy zaszczepieni chorobą. Chorobą o początkowo łagodnym przebiegu, ale pozostawioną bez leczenia, w skutkach tragiczną. Przecież nie skądinąd, a przede wszystkim z Sienkiewicza, z jego kodeksu patriotyzmu wzięła się u nas wiara w naszą mocarstwowość, w niezwyciężoną siłę naszego oręża, w posłannictwo w obronie wiary i wszystkiego, co szlachetne, przed najazdem wszelkiego autoramentu barbarzyńców. To z tego powodu nie trzeba nas było namawiać, abyśmy w roku trzydziestym ósmym wyszli na ulicę pod pomniki naszych bohaterów z transparentami i krzykiem: 'Prowadź, wodzu, na Kowno i Zaolzie'. Abyśmy potem w trzydziestym dziewiątym z radością, w cudownym poczuciu niezagrożenia, my, szesnastoletni, zarzucili karabiny na ramię i poszli na wojnę...".

Z Krakowa wyruszyli na wschód. W Jarosławiu stoczyli pierwszą bitwę z patrolem niemieckim. Dotarli do Lwowa. Uchodzili przed armią radziecką. Za Sanem wpadli w ręce Niemców. Holoubek trafił do obozu jenieckiego koło Magdeburga, potem do obozu w Toruniu. Głód i mróz. Zwolniony wiosną 1940 roku jako małoletni, wrócił do domu z gruźlicą. Pielęgnowała go matka. Do końca wojny pracował w krakowskiej gazowni. "Każdą słabość przeżywałem w panicznym strachu" - pisał.

W 1946 roku leczył się w sanatorium PCK na Chramcówkach. Trzy lata później nastąpiło pogorszenie. "Odpędzałem ten koszmar od siebie tygodniami, miesiącami, kiedy płynącą ze mnie krew kryłem przed oczami najbliższych, kiedy każda noc była przerażającą walką między nadzieją a rozpaczą, a dzień paniczną ucieczką do ludzi, do bycia wśród nich do upadłego, za wszelką cenę". Operacja.

Kiedyś w dzieciństwie przeżył po przebudzeniu chwilę olśnienia. Odczuł wielką radość z zimowego poranka, z własnego istnienia, z urody życia. Dobiegając osiemdziesiątki, tak opisze ten moment: "W tej jednej chwili niezawinionego uniesienia powiek zostaliśmy skazani na wieczną pamięć o piękności świata. Choć całe życie będzie temu przeczyć. Choroby, ciemnota naszego umysłu, brzydota i nikczemność ludzi, rozpaczliwa odległość Boga i codzienna bliskość zła - na tym jednym śladzie, na tym jednym porażającym skurczu pamięci oprzemy cały sens istnienia, nieustającą tęsknotę do miłości".

Kiedy więc leży teraz na balkonie i liczy kawki, nagle postanawia, że nie umrze. Pewnego dnia lekarka oznajmia po badaniu: - Stał się cud. - I obejmuje go płaczącego.

"Rodzice rozeszli się w 1961 roku, miałam dziesięć lat. Nie pamiętam ojca z dzieciństwa, nasze kontakty były ograniczone. Mam taką fotografię z Katowic: on siedzi na leżaku w ogrodzie, ja na jego kolanach... Potem co roku spędzałam z nim miesiąc wakacji. Przez to dzieciństwo... Nieudane... Tkwiła we mnie bariera, trudno mi było przełamać nieśmiałość.

Widziałam każde przedstawienie Dejmkowskich Dziadów, przemykaliśmy się z synem Kazimierza Dejmka na widownię. Gdy ojciec mówił Wielką Improwizację, ciarki mi chodziły po plecach. Byłam z niego dumna. Właśnie wtedy brakowało mi go najbardziej. Chciałam z nim mówić o Dziadach, o teatrze, tyle rzeczy chciałam od niego usłyszeć! Teatr mnie pasjonował, a jednocześnie się go bałam. Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu. Jeździłam konno, uciekałam od rzeczywistości, zatracałam się w galopie. Tato mówi z przestrachem: 'Ty chyba nie zostaniesz dżokejem?'. Skończyłam archeologię śródziemnomorską.

W 1975 roku poszłam na przesłuchanie do teatru dla dzieci Guliwer. Jestem aktorem lalkarzem. Ojciec był raz na moim przedstawieniu. Gdybym go zapraszała, to by przychodził częściej.

Chodziłam na wszystkie sztuki, w których grał.

Mało rozmawialiśmy. Może gdyby ode mnie wychodziła inicjatywa... Ale nie chciałam się narzucać, wydawało mi się, że zabieram mu czas. Nie było między nami otwartości. Bałam się, że pomyśli: 'Ona jest jakimś nieudacznikiem'. Zawsze mówiłam, że wszystko idzie mi świetnie. Takie nazwisko ciąży. Bo czym ja jestem w porównaniu z ojcem?

Kiedyś mi powiedział, że za mało czasu nam, dzieciom, poświęcał. Że ma wyrzuty sumienia. Nie czuję żalu do ojca. Bardzo go kocham".

Od 1963 roku Holoubek gra w Teatrze Narodowym pod dyrekcją Kazimierza Dejmka. Najbardziej narodowy reżyser z najbardziej narodowym aktorem - pisano potem. Połączyła ich - jak mówi aktor - ta sama religia artystyczna. Upodobanie do ascezy, odrzucenie wszelkiego baroku, pogarda dla efekciarstwa, szacunek dla słowa i teatru, niechęć do mód.

Mowa jest głównym środkiem wyrazu w teatrze i nie zastąpią jej żadne eksperymenty - powtarza Holoubek. Dejmek formułuje swój lapidarny program: aktorzy muszą się uczyć istotnie mówić, a publiczność - istotnie słuchać. Gdy reżyseruje Elektrę w Dramatycznym (1973), przemawia wściekły: - Czy tu jest dyrektor, który mógłby zwrócić uwagę aktorowi Holoubkowi, że po polsku nie ma słowa rypaczka tylko rybaczka i nie szółwiem, ale żółwiem!

Holoubek: przedmiotem dociekania twórców stają się procesy fizjologiczne. Kuper kury w momencie składania jajka - przekrwienie, ból, krwawienie... Niby dlaczego nie pokazywać Hamleta mającego kłopoty z prostatą? Awangarda zamienia duchowość w szok. Lecz widz bardziej potrzebuje ładu i piękna niż drastyczności.

Dejmek: - Awangarda to łupież; dziesiąta woda po Piscatorze i Brechcie; monstrualne huby, które zagłuszają autora i aktora... Dejmek będzie brnął w swój program wierności reżysera wobec tekstu; będzie stawał się w swej sztuce hermetyczny. Omszała klasyka - napiszą w końcu o jego Teatrze Polskim z przełomu lat 80. i 90. O Teatrze Ateneum Holoubka mówią dziś, że to muzeum.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Fragment książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia"

Świat Książki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje