Wierzę w znaki

Mama miała wpływ na to, że zostałaś pisarką?

Reklama

Olbrzymi. U nas w domu nie było telewizora. Ona czytała nam książki. Gdy z bratem mieliśmy cztery lata, wysłuchaliśmy Potopu. Oczywiście opuszczała drastyczne sceny. W domu było mnóstwo książek. A my mieliśmy zakaz czytania po dwudziestej. Więc czytaliśmy pod kołdrami. Ku uciesze rodziców, którzy wiedzieli, że zakazany owoc smakuje bardziej. Mama była polonistką, miała znakomite wyczucie języka. Przez całe życie powtarzała mi: "Więcej pokory wobec języka. Nie myśl, że wszystko wiesz najlepiej". A przed śmiercią powiedziała: "Nie daj sobie nic zniszczyć". Bardzo ładne przesłanie mi zostawiła.

Redagowała Twoje książki?

Unikała tego. Ale sama świetnie pisała. W mojej rodzinie ja piszę najgorzej. Moja córka i mój brat piszą lepiej ode mnie.

Co Ty mówisz?

Piszą, ale nikt tego nie może przeczytać. W tym właśnie widzę cień swojej popularności. Mam bardzo uzdolnioną rodzinę, która nie może wyjść z mojego cienia. Bo moja Dorota jest córką Grocholi. Tak widzi ją świat. I ma jeszcze gorzej: jest narzeczoną Adama Sztaby. A gdzie ona?

Zaraz, przecież informacja na obwolucie książki: "Córka Grocholi" to świetna reklama.

Ale oni tak nie chcą. O moim bracie nie mogę nawet mówić. Bo jak tylko o nim wspomnę, on jest chory.

A narzeczony?

Też musiał zmagać się z rolą: "narzeczony Grocholi". Ale on sobie najlepiej z tym radzi. Jest samodzielnym fotografem, mocno stoi na ziemi. Nie rzuca mu się na tożsamość.

A kogo widzą w Tobie czytelniczki? Piszą listy, proszą o radę na spotkaniach autorskich?

Częściej przychodzą po spotkaniu mężczyźni. I jeżeli przychodzą, to z jakimś problemem związanym z kobietą. Pamiętam śmieszną historię z Poznania. Widzę, że mężczyzna stoi z boku i czeka, aż wszyscy sobie pójdą. Wtedy on się zbliża i zadaje fundamentalne pytanie: "Czy pani mnie pamięta?". Ja nauczona ostatnim doświadczeniem, kiedy kobieta rzuciła mi się w ramiona z okrzykiem: "Kasia, tyle lat!", i przegadałyśmy trzy godziny, a ja kompletnie nie miałam pojęcia, kim ona jest, mówię asertywnie: "Nie, proszę pana, nie pamiętam". "Proszę pani - na to on - dwa lata temu w Gdańsku poprosiłem, żeby pani napisała mojej żonie, że książka Nigdy w życiu to fikcja literacka. Że nie można zbudować domu za tak niewielkie pieniądze. Bo moja żona bardzo chciała mieć dom i stawiała mi Judytę z pani powieści za wzór. A ja jej tłumaczyłem, że mamy dwupokojowe mieszkanie, że nas nie stać na dom". "I co ja zrobiłam?", pytam zaciekawiona, bo dalej nic nie pamiętam. "Powiedziała mi pani, że albo zmienię poglądy, albo moja żona zmieni męża". Słabo mi się zrobiło. Tak mogłabym dogadać przyjacielowi, ale nie obcemu człowiekowi. "Bardzo pana przepraszam - zaczęłam się tłumaczyć. - Musiałam być nieuważna".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje