Wszystko w porządku

Gdziekolwiek się pojawi, przywraca poczucie rzeczywistości. Nagle wszystko wokół zaczyna mieć sens, świat staje się bezpieczny i przewidywalny. To jasne, że Bożena Dykiel jest potrzebna publiczności, nie tylko jako aktorka.

W piękny, słoneczny dzień spotykamy się w kawiarnianym ogródku. Bożena Dykiel zamawia mrożoną kawę z lodami i bitą śmietaną. - Bez przesady z tą dietą - uśmiecha się promiennie.

Reklama

- Staram się różnych rzeczy nie jeść, na przykład pieczywa, ziemniaków czy makaronu, ale od czasu do czasu nachodzi mnie ochota i wtedy pozwalam sobie na dwie kromki razowca z masłem albo kilka śliwek w czekoladzie. Poczuję niebo w gębie i myślę: "Ech, życie jest jednak piękne". I o to chodzi, żeby się nie torturować, tylko umieć sobie sprawić przyjemność - mówi aktorka.

Jej głos jest charakterystyczny, nie sposób go pomylić z innym. Energiczny, stanowczy, mocny jak ona sama. Ta piorunująca mieszanka życiowej siły i ciepłych uczuć obecna jest w każdej z postaci, które Bożena Dykiel stworzyła w filmie i w teatrze, a zagrała już ponad siedemdziesiąt ról.

Od kilku lat kojarzona jest przede wszystkim z Marią Ziębą z serialu "Na Wspólnej". - Moja bohaterka miała wylew - opowiada aktorka. - Żeby to dobrze zagrać, wróciłam do sytuacji z własnego życia, kiedy opiekowałam się w szpitalu chorą mamą. I wypadłam bardzo przekonująco. Ale kiedy po zdjęciach wracałam do domu, przyłapywałam się na tym, że inaczej mówię albo że trzęsie mi się ręka. Przygotowując się do roli, zawsze sięgam do swoich najgłębszych emocji i potem trudno mi się przestawić - wyznaje..

Lubi swoją postać przemyśleć, dlatego nie cierpi dostawać scenariusza w ostatniej chwili. Była wściekła, gdy najtrudniejsze sceny śmierci bliskiej osoby w "Na Wspólnej" otrzymała mailem w przeddzień zdjęć, tuż przed północą. Nawet nie zajrzała do tekstu, wzięła tabletkę na sen i poszła spać.

Rano poczuła narastającą złość. W dodatku okazało się, że ostatnia scena największej rozpaczy ma być kręcona jako pierwsza. - Zagrałam w sumie szesnaście trudnych scen w poprzestawianej kolejności. Uratowałam dzień zdjęciowy. Dziś z aktorem nikt się nie liczy. Myśli pani, że ktoś mi za to podziękował?

A co? Nikt cię nie chciał?

Do historii polskiego teatru Bożena Dykiel weszła, a raczej wjechała na motorze w słynnym spektaklu "Balladyna" w Teatrze Narodowym. W nowatorskiej adaptacji Adama Hanuszkiewicza z 1974 roku Goplana miała jej twarz, obcisły srebrny kombinezon, czarne buty za kolana, długie blond włosy. I choć mówiła tekstem Juliusza Słowackiego, brzmiało to bardzo awangardowo. Ten spektakl przyniósł jej popularność i uznanie. Stała się gwiazdą.

- Do Hanuszkiewicza wysłał mnie słynący z surowości profesor Aleksander Bardini - wspomina Dykiel. - Byłam jego ulubienicą. Może dlatego, że zawsze dobrze śpiewałam. Na czwartym roku studiów każdy już miał jakiś angaż albo obietnicę angażu, a ja ciągle nic. No i zaniepokojony tym Bardini pyta: "A co z tobą, Bożenka?". "Kiepsko - mówię. - Dostałam propozycję, ale poza Warszawą, a ja nie chcę wyjeżdżać, tu mam mieszkanie i rodziców". A on na to: "Jesteś sporą, jasną dziewczyną, dobrze cię widać, masz świetny głos, powinnaś grać na dużej scenie. Ty byś się Hanuszkiewiczowi podobała. Idź do niego". No i poszłam. Akurat wchodził do teatru, więc ja mu się w drzwiach przedstawiam. Otaksował mnie wzrokiem - moje włosy, krótką miniówę, drewniaki, obcisłą bluzeczkę. Mówię: "Profesor Bardini mnie do pana przysłał". "A co? Nikt cię nie chciał?", spytał Hanuszkiewicz - opowiada.

Angażu nie dostała. Wkrótce potem trafiła do teatru STS. Dyrektor Andrzej Jarecki od razu dał jej jedną z głównych ról w sztuce "Cudzołóstwo ukarane" Janusza Głowackiego.

- Zaprzyjaźniłam się z Kaliną Jędrusik - wspomina Dykiel. - Odtąd przez wiele lat wyjeżdżałyśmy razem na wakacje do Chałup. STS to był cudowny, uroczy moment mojego życia w teatrze, ale krótki, bo przechwycił mnie film.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje