Nowa kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boi

Nina Majewska-Brown w ciągu roku kompletnie zmieniła swoje życie. Właśnie wydała swoją trzecią książkę Jak się nie zakochać i przebojem wdarła się na listy bestsellerów. Sprzedała już ponad 20 000 książek, co jak na debiutantkę jest znakomitym wynikiem. Przez kilkanaście lat pracowała w marketingu w różnych poznańskich wydawnictwach, jej ostatnim promocyjnym dzieckiem była saga o wampirach autorstwa Stephanie Meyer. Pracowała również w wydawnictwie, w którym teraz publikuje swoje powieści. Jak sama przyznaje, w tamtym czasie nawet przez myśl jej nie przeszło, że stanie po drugiej stronie i to jej książki będą promowane.

Od roku jest pisarką i blogerką, choć to zajęcie stanowi tylko dodatek do bycia mamą. Prowadzi dom, wychowuje synów i stale narzeka na brak czasu. Wolne chwile spędza, pielęgnując swoje ukochane koty brytyjskie i syberyjskie, robiąc na drutach i oczywiście czytając. Śmieje się, że to jedyne uzależnienie, które przenosi w inną rzeczywistość, a nie jest groźne dla zdrowia. Projektuje też wnętrza i dzięki jej pomysłom domy nabierają charakteru, klasy i przytulności. A to nie koniec. Na sierpień zapowiada publikację Notesu kulinarnego.

Reklama

Dokąd ją ta droga zaprowadzi?

Nina przyznaje, że pisanie stało się dla niej swoistą psychoterapią. W miarę podążania za bohaterami i ich problemami odkryła, że tworzenie powieści nie tylko rodzi odpowiedzialność za słowa, ale również zmusza do autorefleksji. Oddała literackim postaciom swoją energię i sposób myślenia, ale za to przejęła ich obawy, a praca nad książkami zmusiła ją do udzielenia sobie odpowiedzi na najtrudniejsze, a zarazem najbardziej podstawowe pytania: co sprawia, że jestem szczęśliwa? Czego się boję? Gdzie jestem teraz, a gdzie chcę się znaleźć za rok?

Dlaczego jej książki tak bardzo spodobały się czytelniczkom?      

Mieszanka humoru, wnikliwy ogląd świata i nieskrępowany komentarz rzeczywistości to mieszanka, która gwarantuje porwanie za sobą czytelnika, lecz jest trudna do skomponowania w odpowiednich proporcjach. A jej się ta sztuka udała.

Z dużą dozą humoru, ale i  bez owijania w bawełnę pisze o codziennych trudnościach i problemach, które są uniwersalne, przeżywa je prawie każda kobieta. Skupia się na iskrzących międzypokoleniowych różnicach. "Nasi rodzice, pokolenie ukształtowane i wyrastające w trudnych powojennych czasach, wyniosło z domu zupełnie inne wartości i sposoby komunikowania się niż obecni czterdziestolatkowie budujący relacje ze swoimi dziećmi. Kiedyś szacunek do rodziców był po prostu wpisany w rodzicielstwo, dziś nie jest to tak oczywiste, a rodzice coraz częściej na ów szacunek muszą sobie zapracować" - mówi Nina.  Dla wielu osób ten stan rzeczy jest nie do zaakceptowania i staje się katalizatorem rodzinnych konfliktów.

"Oczywiście moje książki są inspirowane rzeczywistością, ale trochę ją przerysowuję i nadaję wyrazisty, zabarwiony ironią i własną filozofią obraz. Z pewnością nie opisuję 1:1 sytuacji i osób. Zawsze powtarzam, że lubię słuchać i obserwować ludzi: ich zachowania, tembr głosu, styl ubierania się czy sposób myślenia są początkiem konstruowania postaci. Zresztą często bohaterowie pociągają mnie za sobą w swój świat i sprawiają, że sama nie wiem, co wydarzy się na kolejnych stronach. To niezła zabawa" - mówi autorka.

Jej najnowsza powieść Jak się nie zakochać to dalszy ciąg losów Niny (kobiety po 40, bohaterki dwóch poprzednich książek: WakacjeZwyczajny dzień). Wreszcie po traumatycznych przeżyciach zaczyna układać sobie życie i odzyskuje poczucie bezpieczeństwa.

"Ponoć pierwszą książkę pisze się o sobie albo o tym, co jest nam dobrze znane i namacalne. Dlatego moja bohaterka - wiekiem, emocjami, obawami - jest mi tak bliska, choć nie chciałabym przeżywać wszystkich sytuacji, które jej zafundowałam".

W ostatniej powieści Nina wiedzie w miarę uporządkowane życie, wychowując trójkę dzieci: Klarę, Antosia i Mariankę, i gdy już ma poczucie, że nareszcie odbija się od dna, los po raz kolejny płata jej figla. Miłość skrada się niepostrzeżenie, z najmniej spodziewanej strony i w najmniej oczekiwanym momencie... A rozum krzyczy, że to nie pora i czas!

Kilka osób zarzuciło Ninie, że pisze "książki niedokończone". "To nieprawda" - ripostuje autorka  i tłumaczy: "Z pełną świadomością zawieszam akcję i pozostawiam niedomówienia po to, by czytelnik zatrzymał się w biegu i sam spróbował dopowiedzieć albo wyobrazić sobie, co może się wydarzyć. To celowy zabieg, by w newralgicznym miejscu zadać sobie pytanie, co w życiu jest ważne, a co najważniejsze".

Czytelniczki kochają jej książki, bo potrzebują bajek, w których główna bohaterka niczym kot zawsze spada na cztery łapy? Pytana o to autorka przyznaje:

"Rzeczywiście chciałam pokazać, że z każdej katastrofy można wybrnąć, tylko trzeba chcieć. Że <<inaczej>> na początku może wydawać się <<gorzej>>, ale z nowego też można czerpać satysfakcję i radość. Jeśli same sobie nie pomożemy, nie pomoże nam nikt. I co najważniejsze, gdy czujemy, że jest bardzo źle i same sobie nie poradzimy, nie powinnyśmy wstydzić się szukać pomocy, także u psychologa lub psychiatry".

Zawsze ma pani w sobie tyle energii?

- Oczywiście, że nie. Ale przekorna natura i charakterek odziedziczony po babci sprawiają, że nie potrafię usiedzieć na miejscu. Lubię wyzwania i wystarczy, że ktoś zacznie się zastanawiać, czy coś jest możliwe, a we mnie już zapala się niespokojny ognik, który każe zmierzyć się z wyzwaniem. Żyję w przekonaniu, że skoro przysłowiowy Zenek z jednym zębem, małym zwojem i obwisłymi spodniami potrafi położyć tapetę, to ja też. Oczywiście nie jest tak do końca, ale nieustannie próbuję, doprowadzając najbliższych do szału coraz to nowymi koncepcjami.

W jednej chwili zawożę dzieci do szkoły, w sukience, makijażu i na wysokim obcasie, a już w kolejnej minucie siedzę w dresie w ogrodzie i walczę z chwastami, potem szybki prysznic, wrzucam coś do garnka, i znowu obcas i sukienka. Obawiam się, że jakiś diabeł pali w moim piecu...

Czyli taka kobieta pracująca, jak w Czterdziestolatku?

- Nie do końca. Raczej kobieta nie z tej epoki, która ponad pracę zawodową przedkłada prowadzenie domu - nie mylić z obowiązkami, które męczą i przytłaczają. Lubię pod koniec dnia klapnąć na kanapie z lampkę wina i poczuciem, że zrobiłam coś dobrego.

 A co było największym wyzwaniem?

- Sama nie wiem. Emocjonalnym: opieka i przyjaźń z ludźmi chorującymi na stwardnienie rozsiane i ich odchodzenie. Fizycznym i organizacyjnym: powołanie komitetu i wybudowanie drogi na naszym osiedlu. Życiowym: stworzenie szczęśliwej rodziny. Zawodowym: wydanie książki, choć oczywiście tego nie można nazwać zawodem.

Ale się udało. W ciągu roku pojawią się na rynku aż cztery pani książki.

- Roku i dwóch miesięcy, gwoli ścisłości. Sama jestem tym zaskoczona! Podchodzę do tego z dużą dozą pokory, nie do końca wierząc w sukces, który podobno odniosłam.

 Ma pani jakieś słabości?

- Oczywiście! Niestety w miarę upływu lat coraz więcej. Uwielbiam buty. Rzucam wszystko, by miło spędzić czas, i niestety coraz bardziej uwielbiam gotować, a co za tym idzie - jeść.

Stąd pomysł na książkę kucharską?

- I tak, i nie. Moje młodsze dziecko w wieku mniej więcej siedmiu lat niespodziewanie zapytało mnie, kiedy umrę. Zaskoczona odpowiedziałam, że na razie nic takiego nie planuję, i dopytywałam, skąd ten niepokój. Okazało się, że w opinii syna gotuję najlepiej na świecie (jak każda matka dla dziecka) i ma on prośbę, żebym, zanim kopnę w kalendarz, spisała przepisy.

I tak się stało?

- Tak zaczęło się dziać. Pierwotnie zaczęłam wszystko spisywać w zeszycie, potem w dwóch (dwoje dzieci, więc każde powinno otrzymać swój pakiet receptur), następnie okazało się, że gotuję z głowy, nie zastanawiając się nad  proporcjami i składnikami, więc musiałam zacząć wszystko przeliczać, aż w końcu uznałam, że można oszaleć. Dlatego pojawił się pomysł bloga, a wreszcie pisanego odręcznie i okraszonego rysunkami notesu.

Rzecz dosyć unikatowa.

- Myślę, że bardzo, bo każdy sam sprawi, że będzie to wyjątkowa pozycja w jego biblioteczce. Obok moich przepisów i porad, co zrobić z przesoloną zupą, jak sprawić, by pieczeń była bardziej soczysta etc., jest cała masa wolnych stron do zapełnienia ulubionymi rodzinnymi przepisami. W mojej rodzinie najważniejszą pamiątką są właśnie zeszyty z przepisami. Miałam szczęście, bo wygrałam wyścig po niemal stuletni "przepiśnik" mojej babci, zresztą przepis z niego pojawia się również w Notesie. Zaczęłam też dzielić się swoimi umiejętnościami i prowadzę spotkania i szkolenia, jak gotować szybko, smacznie i tak przy okazji.

 A nie myślała pani o nauczaniu także adeptów sztuki pisania?

- Po tym, jak wiele osób wypytywało mnie, jak napisać, wydać i sprzedać książkę, owszem. Już w najbliższych tygodniach  ruszą w poznańskim EMPiK-u  pierwsze kursy OSTRE PIÓRO. 

 Czego pani życzyć?

- Dalszych pomysłów, energii, kreatywności i oczywiście wielu czytelników oraz fanów.

materiały promocyjne

Reklama

Najlepsze tematy

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje