Czy upowszechniać szkoły niekoedukacyjne?

- Trudno jednoznacznie ocenić, czy model niekoedukacyjny jest lepszy od tradycyjnego - uważa dr Jerzy Lackowski, były małopolski kurator oświaty, dyrektor Studium Pedagogicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

- Obecnie nie ma tych szkół za wiele, a przede wszystkim nie mają one statusu placówek publicznych - wyjaśnia. - Za naukę w takich szkołach trzeba płacić, czyli dobór uczniów, biorąc pod uwagę kryteria materialne, ma charakter elitarny.

Nowy model nie na siłę

Reklama

- I owszem - przyznaje nasz rozmówca - z wielu badań wynika, że efekty nauczania w takich szkołach są lepsze w porównaniu z placówkami publicznymi. Ale brakuje nam wiedzy, jak by to wyglądało, gdyby niekoedukacyjną uczynić zwykłą szkołę publiczną. A właściwie dwie szkoły: jedną dla dziewcząt, drugą dla chłopców.

Zdaniem Lackowskiego, taki eksperyment warto by przeprowadzić. I nie trzeba do tego decyzji ministerialnych - wystarczą wola i chęć działania ze strony samorządów.

- Ale oczywiście, wpływ na to powinni mieć również rodzice - zastrzega dr Lackowski. - Alternatywnego modelu nauczania nie powinno się narzucać na siłę. To, czy chcemy posyłać dzieci do szkół jedno- czy obupłciowych, zawsze powinno zależeć od rodziców.

Silne przyzwyczajenia

To jednak, jak zauważa nasz rozmówca, może oznaczać, iż model niekoedukacyjny nie znajdzie zbyt wielu zwolenników. Wśród Polaków bowiem bardzo silne jest przyzwyczajenie do obecnego rozwiązania. I przeświadczenie, że dzieci różnych płci powinny się wychowywać razem.

- Ale z drugiej strony - podkreśla Lackowski - choć jeszcze kilkanaście lat temu takie pomysły uważano za co najmniej dziwaczne, dziś wzrasta liczba osób zainteresowanych tworzeniem i prowadzeniem takich szkół. Wydaje się więc, że będzie ich więcej, tworzonych na bazie szkół przejmowanych od samorządów przez stowarzyszenia obywatelskie.

Wysłuchał MO

Dowiedz się więcej na temat: szkoły

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje