Dziecko to nie maszyna, którą się programuje

Dorota Dziamska, dyrektor pracowni pedagogicznej Origami, prezes Polskiego Centrum Origami, autor systemu edukacyjnego Edukacja przez ruch, autorka książek pedagogicznych dla nauczycieli i materiałów edukacyjnych dla dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, konsultant metodyczny nauczania początkowego i wychowania przedszkolnego, dyrektor ośrodka kształcenia nauczycieli.

Co reforma edukacji tak naprawdę oznacza dla dzieci, ich rozwoju? Jedni eksperci mówią, że dzieci potrzebują nowych bodźców koniecznych do rozwoju, inni, że wcześniejsze posyłanie dzieci do szkoły to odbieranie dzieciństwa i nakładanie obowiązków ponad miarę.
Dorota Dziamska: - Nie spotkałam się, aby eksperci od edukacji małych dzieci używali argumentów, iż potrzebują one nowych bodźców. Rzeczywistość, która otacza współczesne dzieci jest źródłem raczej nadmiernej ilości bodźców, których zbyt młody jeszcze mózg nie generuje i nie potrafi przetworzyć. Naukowcy na całym świecie alarmują, iż co piąte dziecko przekraczające próg szkoły ma zbyt niski poziom integracji sensorycznej, tzn. zbyt niski poziom umiejętności współpracy tychże zmysłów. Konsekwencją tego jest np. zjawisko, że dziecko słucha , ale nie słyszy, patrzy np. na ekran telewizora i oczywiście widzi coś, ale zapamiętuje tylko wybrane elementy i to najczęściej te, które są najmniej istotne dla jego rozwoju.

Reklama

- Współczesny sześciolatek oczywiście bardzo szybko przeczyta szyldy reklamowe, hasła, zdania i skaczące wypowiedzi krzyczących neonów, co w rozumieniu wielu rodziców jest już umiejętnością czytania, ale ten sam sześciolatek czytając 5 zdań tekstu, który w sensie treści jest spójną całością nie potrafi podążać za wiodącą informacją w tekście ukrytą, ma problemy z myśleniem przyczynowo - skutkowym, które w opinii większości psychologów pojawia się w sposób naturalny około 7 roku życia.

- Dziecko to nie maszyna, którą się programuje, ale osoba, która się rozwija. Tempo tegoż rozwoju ma charakter indywidualny. Jednak, aby decydować, w którym wieku dziecko ma podjąć się zadań wynikających z typowej formy edukacji szkolnej twórcy reform, powinni brać pod uwagę prawidłowości tegoż rozwoju w odniesieniu do całej populacji, a nie jedynie jednej , czy dwóch grup dzieci, u których myślenie przyczynowo - skutkowe już występuje, a tatuś, czy mamusia lub ekspert, przychylając się do reform danego ministra, podążają za każdym argumentem, aby zaakceptować reformę.

- Takich argumentów tworzonych na potrzeby obecnej reformy w prasie , czy mediach było dużo. Np. pojęcie dostrzegalnej współcześnie akceleracji rozwoju. A to akurat jest bzdura. O ile akceleracja jest dostrzegalna w niektórych wybranych obszarach rozwoju dziecka, naukowcy nie potwierdzają akceleracji rozwoju dzieci w odniesieniu do wszystkich jego obszarów. Potwierdzają to nauczyciele w Polsce, zauważając raczej zjawisko regresu w rozwoju emocjonalnym i społecznym dzieci względem lat minionych.

A co z odbieraniem dzieciństwa?
- W pewnym sensie rodzice, którzy mówią o odbieraniu dzieciństwa w sytuacji posłania młodszych dzieci o rok do szkoły mają rację. Jeśli szkoła, jako instytucja, nie zmieni swej koncepcji pracy z małym dzieckiem, z sześciolatka zrobi typowego ucznia. Dzieciństwo, w którym dotąd najstarszy przedszkolak uczył się przez zabawę, spontaniczność, ekspresję i dowolność tematów interesujących go, zamieni się w programową kindersztubę: zeszyt, ćwiczenia, książka, tablica itd.

- Podstawy naukowe pracy z dzieckiem określone w "Poznawczej teorii rozwijającego się dziecka" prof. Ryszarda Więckowskiego - jednej z najlepszych teorii uczenia małych dzieci na świecie - pójdą do kosza, dlatego, iż twórcy reformy i podstawy programowej przypadkowo zapomnieli o jej istnieniu lub zupełnie nie rozumieją konsekwencji dydaktycznej wyprodukowanych przez siebie zapisów podstawy. Nowoczesność uczenia bowiem nie kryje się w pojęciach szybciej i z nowoczesną technologią, ale w zupełnie innych - naukowo i twórczo, czyli odpowiedzialnie.

Nauczyciele przedszkolni i szkolni, z którymi rozmawiałam mówią, że dzieci są gotowe na podjęcie tego kroku a problem tkwi w rodzicach. Jaka jest pani opinia na ten temat?
- Jeżeli rozmawiała pani z nauczycielami i rzeczywiście tak mówili, to ich wypowiedź świadczy o głębokim kryzysie pedagogiki jako nauki lub, co gorsza, o nieznajomości problematyki gotowości szkolnej jako zagadnienia w ogóle. Od wielu lat prowadzę szkolenia i wykłady dla nauczycieli w całej Polsce. Spotykam się z nimi w grupach od 25 osób czasami nawet do 300. Większość z nich jest załamana i wyraża ogromny niepokój o przyszłość dzieci w naszym kraju. Większość też podkreśla bark przygotowania sześciolatków do szkoły w obszarze społecznym i emocjonalnym.

- Ja dołożyłabym do tego niski poziom sprawności cielesnego mechanizmu uczenia się w ogóle. Podejrzewam nawet, iż nauczyciele których pani wspomina nawet nie wiedza, co to jest cielesny mechanizm uczenia się. Znam nawet naukowców, którzy o tym nic nie wiedzą. To ci, którzy są zwolennikami reformy.

Czy można już dziś przewidzieć, jakie będą społeczne skutki tej reformy?
- Nie potrzeba przewidywać, skutki są już widoczne. Omawiam je na spotkaniach z nauczycielami, bezpośrednio skutki odczuwającymi. Przepełnione klasy, za małe sale w szkołach, zbyt duże dysproporcje pomiędzy uczniami w jednym zespole klasowym - przypominam, że w szkołach podstawowych w pierwszej klasie obecnie uczą się dzieci prawie ośmioletnie, siedmioletnie, prawie siedmioletnie, sześcioletnie, prawie sześcioletnie. Między pierwszymi a ostatnimi bywa 2 lata różnicy.

- Znam szkoły, do których zapisano 6- i 5- latki, a ponieważ dyrektor miał problemy organizacyjne z oddziałem przedszkolnym dwa bystre pięciolatki, bo prawie sześciolatki poszły do pierwszej klasy. Owszem za zgodą uradowanych rodziców. Nauczycielka natomiast obdarzona takim bractwem wyrywa sobie włosy z głowy, bo nijak nie udaje jej się zintegrować klasy, a zróżnicowane tempo pracy poszczególnych dzieci wywołuje totalny chaos. Oczywiście nie powie tego przed kamerą, bo nie chce utracić pracy .

- Co może być skutkiem społecznym tego eksperymentu na dzieciach? Znaczne obniżenie poziomu nauczania, infantylizacja programów szkolnych w ogóle, chaos dydaktyczny, kształcenia poza podstawami naukowymi i zasadami kształcenia (co już jest widoczne), inwazja nieprofesjonalnych narzędzi edukacyjnych (co już odczuwamy - np. źle przygotowane i z poważnymi błędami podręczniki szkolne), wyciąganie z portfeli rodziców coraz większych pieniędzy na opłacenie tychże narzędzi itd.

A czy te zbierane przez stowarzyszenie podpisy pod akcją "Ratuj maluchy" mają jakąś moc? Co one mogą zmienić?
- Bardzo dużo mogą uczynić. Dyskusja o edukacji natychmiast musi wrócić na sale sejmowe. Tam jest miejsce, aby ponownie rozpocząć ogólnopolską dyskusję i walkę o kształt przyszłego systemu edukacji. Niedemokratyczna forma wprowadzenia reformy, kłamstwa o kontynuacji reformy prof. Handke, zniszczenie dorobku poprzedniej reformy, zamykanie przedszkoli i szkół na naszych oczach, redukcja nauczycieli, wydawanie pieniędzy z UE na edukacyjne bzdury w czasach, gdy polski mały uczeń nie korzysta ze szkolnej toalety, bo śmierdzi lub nie myje rąk , bo nie ma mydła, to więcej niż farsa, to wielki narodowy wstyd. Czas najwyższy coś z tym zrobić.

Rozmawiała Anna Piątkowska

Dowiedz się więcej na temat: dzieci | dziecko | przedszkole | szkoła | Ratuj maluchy! | rozwój | reforma edukacji

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje