Nie było łatwo

44% przyszłych mam dla dobra dziecka zmienia swoją dietę w czasie ciąży. Dzięki wsparciu męża, urodziłam naszą córeczkę siłami natury. Piotr pomógł mi złagodzić ból, zapanować nad strachem i zmobilizował mnie do działania, kiedy wydawało mi się, że nie dam rady.

O tym, by mieć dziecko, myśleliśmy z Piotrem od czterech lat. Wybraliśmy nawet dla niego imię: Julka lub Filip. Ale ponieważ nie byliśmy małżeństwem, starania o maleństwo odkładaliśmy na później. Mimo to ucieszyliśmy się, gdy okazało się, że jestem w ciąży. W tej sytuacji postanowiliśmy szybko się pobrać.

Reklama

Mniejsze i większe trudności

W drugim miesiącu ciąży zaczęły dokuczać mi mdłości. Najpierw były łagodne, potem coraz silniejsze. Kiedy pojawiły się wymioty, wpadłam w panikę, bo nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Wtedy koleżanka poradziła mi, abym zaczęła jeść wafle ryżowe. Rzeczywiście, to poskutkowało. Od tej pory zawsze miałam je pod ręką i sięgałam po nie od razu po przebudzeniu, zanim jeszcze wstałam z łóżka. W szóstym miesiącu ciąży podczas badania KTG okazało się, że mam skurcze macicy. Lekarz prowadzący stwierdził, że istnieje ryzyko przedwczesnego porodu. Trafiłam więc do szpitala na oddział patologii ciąży. Po kilku dniach wszystko wróciło do normy. Niestety, nie na długo. Dwa tygodnie później zaczęłam przyjmować leki na podtrzymanie ciąży. Odstawiłam je dopiero w trzydziestym siódmym tygodniu ciąży, a trzy dni później urodziłam córeczkę.

W oczekiwaniu na powrót Piotra

Gdy poczułam silny ból w podbrzuszu, byłam w domu sama (mąż akurat pracował w Berlinie, więc do Zielonej Góry, gdzie mieszkamy, przyjeżdżał tylko na weekendy). Właśnie zapadał wieczór, dlatego pomyślałam, że to z przemęczenia. Wzięłam więc ciepły prysznic i położyłam się spać. Nie mogłam jednak zasnąć i wierciłam się w łóżku kilka godzin. Tymczasem ataki bólu były coraz dłuższe i silniejsze. O drugiej w nocy wysłałam do męża SMS-a z informacją, że prawdopodobnie zaczynam rodzić. Piotr natychmiast wsiadł w samochód i ruszył w drogę do domu. Ja tymczasem zajęłam się pakowaniem ostatnich niezbędnych rzeczy, które chciałam zabrać ze sobą do szpitala. Półtorej godziny później byliśmy już razem. Gdy dotarliśmy do szpitala (oddalonego od naszego miejsca zamieszkania o 25 km), była piąta rano.

Nieoceniona rola taty

Kiedy znalazłam się na sali porodowej, czułam się tak zmęczona i obolała, że ledwie stałam o własnych siłach. Mąż podtrzymywał mnie, kiedy chodziłam, i masował mi plecy, gdy siedziałam na worku sako. To przyniosło mi ulgę. Tymczasem mijały kolejne godziny, a poród nie postępował. Lekarz zdecydował więc, że trzeba przebić pęcherz płodowy. Po tym zabiegu przez kilka minut nie odczuwałam bólu. Niestety, gdy znów się pojawił, był dużo silniejszy niż wcześniej. Mimo że poród trwał już około dwunastu godzin, nadal nie miałam skurczów partych. W tej sytuacji ginekolog polecił, by podano mi oksytocynę - środek na wywołanie skurczów. Gdy pojawiły się skurcze parte, byłam tak słaba i przerażona, że nie potrafiłam współpracować z położną. Dopiero widok płaczącego męża i jego prośby sprawiły, że wzięłam się w garść. Po kilkunastu minutach na świat przyszła nasza córeczka Julka. Chociaż całe jej ciałko było pokryte krwią i mazią płodową, wydała nam się najpiękniejsza na świecie. Niestety, to jeszcze nie był koniec moich męczarni. Tuż po porodzie dostałam silnego krwotoku - straciłam 800 ml krwi. Okazało się też, że łożysko jest niekompletne i trzeba było wyłyżeczkować macicę. Po tym wszystkim byłam tak wyczerpana, że przez kilka następnych dni córeczką zajmował się głównie mąż i muszę przyznać, że świetnie sprawdził się w nowej roli.

Tekst: Anna Zaliwska

Konsultacja: dr Krzysztof Kucharski, ginekolog-położnik.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje