Nie wyjdę na świat i już

Maluch utknął? Mamy, które to przeżyły, dzielą się z nami mocnymi wrażeniami.

Mój synek Nikodem miał się urodzić 5 września. Czekałam na ten dzień z niecierpliwością. Byłam spakowana, przeszkolona w szkole rodzenia, a więc w pełni przygotowana - opowiada Magdalena Traczyk.

Reklama

Tymczasem termin nadszedł i minął, a ja dostałam skierowanie na oddział patologii ciąży. Nie chciałam się tam znaleźć, a synek wyraźnie podzielał moje zdanie, bo dzień przed pójściem do szpitala zdecydował się jednak przyjść na świat. Delikatne skurcze pojawiły się po północy, ale postanowiłam nie budzić męża. O godz. 5.00 rano zjadłam śniadanie, wzięłam kąpiel i długo układałam włosy. Bardzo chciałam tego dnia dobrze wyglądać, bo wiedziałam, że będę pierwszą bliską osobą, którą zobaczy nasz syn. Na porodówce wylądowaliśmy około godz. 15.00, gdy bóle stawały się coraz gorsze. Mój mąż wspaniale się zachowywał. Nawilżał mi usta, twarz, trzymał mnie mocno za rękę, a nawet nogi, nad którymi momentami nie potrafiłam zapanować. Naprawdę cierpiałam, ale po pierwszym badaniu okazało się, że mam tylko 1 cm rozwarcia! Zaskoczeni, czekaliśmy, co będzie dalej. Aby przyspieszyć akcję, chodziłam, ćwiczyłam, ale rozwarcie zwiększało się bardzo powoli. Dopiero około 19.00 odeszły mi wody i wszystko nabrało tempa. Niestety, jednocześnie okazało się, że Nikodem jest ułożony trochę z boku i nie może się wydostać. W efekcie skurcze parte miałam prawie przez 2 godziny. Przez cały czas czekałam, aż położna powie, że już widać główkę, a tu nic. Już myślałam, że nie dam rady. Ale gdy lekarze wyprosili mojego męża i przygotowali vacuum, tak się zdenerwowałam, że zaczęłam przeć ile sił. I udało się. Mój maluszek był równie zmęczony jak ja, ale bardzo dzielny. Wprawdzie w zamieszaniu mój mąż nie miał szansy, by odciąć pępowinę, na czym bardzo mu zależało, ale najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło. Po 30 minutach zostaliśmy we trójkę. Synek ssał moją pierś, a my cieszyliśmy się, że wreszcie jest z nami.

Zgłosiłam się do szpitala w 40. tygodniu ciąży, dokładnie dzień przed wyznaczonym terminem. Czułam się jednak tak dobrze, że nawet nie wzięłam ze sobą spakowanej od 2 tygodni torby, bo nie zamierzałam zostać na oddziale - mówi Izabela Wieteska, mama Natalki.

Na izbie przyjęć przeżyłam pierwszy szok, bo badanie KTG wykazało u maleństwa tachykardię (znaczne przyspieszenie akcji serca). Natychmiast zostałam przyjęta na blok porodowy, bo na patologii nie było miejsca. Przebywanie tam było dla mnie trudne. Słysząc krzyki rodzących, wyobrażałam sobie niestworzone rzeczy i w efekcie zaczęłam się strasznie bać. Leżałam na sali dwuosobowej, podłączona do kroplówki z oksytocyną i czekałam. Minęło 7-8 godzin, kroplówka się skończyła, wymieniły mi się trzy sąsiadki, a akcji porodowej nadal ani śladu. Weekend spędziłam na patologii ciąży, a potem zalecono mi indukcję porodu przez cewnik Folleya, i wreszcie się zaczęło! Wróciłam na porodówkę, na "swoje" miejsce. Tam, gdy badała mnie położna, odeszły mi zielone wody i znowu zaczęłam się bać, tym razem o dziecko. Potem rozpoczęły się regularne, silne skurcze, przeszłam na salę porodów rodzinnych i dołączył do mnie mąż. Miałam już rozwarcie na 3 cm, więc dostałam znieczulenie, ale wciąż czułam paniczny strach. Po kolejnym badaniu położna stwierdziła rozwarcie na 9 cm, a ja, zamiast przeć, jak prosiła, zaczęłam nalegać, by podano mi drugą dawkę znieczulenia. Byłam sparaliżowana strachem, więc ustąpiła. Po około 2 godzinach zaczęłam odczuwać bóle parte, nieco się uspokoiłam i nastawiłam się na finał porodu. Tymczasem położna zbadała mnie i zawołała lekarza.

Dowiedz się więcej na temat: lekarz | położna | świat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje