× m.interia.pl

Korzystasz z urządzenia mobilnego? Wybróbuj wersję Interii,
zaprojektowaną specjalnie dla Twojego urządzenia.

Reklama

Polscy wieszcze o polakach ,, (25)

Kanał RSS
pokaż odpowiedzi chronologicznie | od najwyższej oceny
Ilość wyświetleń: 245

Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

Mnie, który jestem okropnie polski i okropnie przeciw Polsce zbuntowany, zawsze drażnił polski światek dziecinny, wtórny, uładzony i pobożny. Polską nieuchronność w historii temu przypisywałem. Polską impotencję w kulturze ? gdyż nas Bóg prowadził za rączkę. To grzeczne polskie dzieciństwo przeciwstawiałem dorosłej samodzielności innych kultur. Ten naród bez filozofii, bez świadomej historii,
intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród, który zdobył się tylko na sztukę 'poczciwą' i 'zacną', rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów, aktorów, w którym nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad"
Witold Gombrowicz, Dzienniki 1953-1956





Witkacy - "Narkotyki. Niemyte dusze" (strona 167):

Historia polska jest historią tragiczną i ohydnych (słabościowych) omyłek. Nie będę
tu, nie mając odpowiedniego wykształcenia, wdawał się w ich krytykę. Pierwsza zasadnicza
omyłka: przyjęcie chrześcijaństwa i w ogóle kultury z Zachodu, a nie od strony
Bizancjum, było tym błędem inicjalnym, który zwichnął całą naszą historię i misję
narodową, a wszystkie dalsze pomyłki są już jego prostą funkcją; ciągłe szarpanie się
w połowiczności między istotnym przeznaczeniem a skutkami pierwszego potknięcia
się, a do tego jeszcze pewne nasze wyłącznie specjalnostki, w szczególności zaś jedna,
która jak tamten błąd niosący w sobie potencjalnie wszystkie klęski zawiera w sobie
źródło zwichnięcia naszego charakteru narodowego, zahamowania swoistej kultury
i wypaczenia tych właściwości duszy, które mogłyby być podstawą wielkich czynów
społecznych i wielkiej twórczości: mam tu na myśli tego potwora, którego nikt w tych
czasach nie spłodził, tylko my: szlachecką demokrację. Sama nazwa swą jakąś dziką,
bezczelną sprzecznością budzi dreszcz wstrętu i obrzydzenia. ?Jest to potwór, który raz
się rodzi i nigdy lat swych nie dochodzi.? ? można powiedzieć o tej ohydnej hybrydzie
instytucyjnej; rzeczywiście lat swych nie doszła, bo znudzone naszą ohydą państwa
ościenne odebrały nam swobodę dalszego gnicia we własnym śmierdzącym sosie. Kara
była w zupełności zasłużona, ale jakim sposobem stało się, że naród tak pod każdym
względem uzdolniony mógł sprowadzić na siebie tak zasadniczo kłamliwą i niemrawą
formę bytu, podczas gdy wszędzie gdzie indziej, mimo wszelkich wojen, zamięszania
i chaosu, utrzymywała się w społeczeństwach hierarchiczna struktura wewnętrzna, po
której powierzchni tylko przewalały się wszelkie zdarzenia, struktura pozwalająca na to,
aby mimo całej ?niespokojności czasów? kultura poszczególnych krajów prawie równomiernie
rosła niemal aż do Rewolucji Francuskiej, markującej tak prawie zasadniczy
etap rozwoju ludzkości, jak powstanie wielkiego państwa z totemicznego klanu. Jedynie
równie ważnym zdarzeniem jest Rewolucja Rosyjska, ten na fantastycznie wielką skalę
zrobiony eksperyment, markujący znowu początek końca kłamliwej ery demokracji
i panowania kapitału.. My zrealizowaliśmy jakąś karykaturę demokracji wcześniej niż
wszyscy ? przecie Polak zawsze pierwszy! ? i to stanowi naszą hańbę, coś, co zaprzecza
istnieniu w nas zdrowego instynktu rasowego i społecznego. Brak wszelkiej struktury
w naszej kulturze, przypadkowe przyjmowanie wszystkiego z zewnątrz, wspaniałe
początki bez odpowiednich końców (ta kardynalna cecha najbardziej nawet wybitnych
Polaków, podczas gdy każda krytyka potępiona jest jako tzw. ?samoopluwanie się a la
maniere russe?), brak wszelkiej oryginalności w wytwórczości naukowej, artystycznej
i filozoficznej, przy kolosalnych danych na tę oryginalność (to jest najokropniejsze), to
168
wszystko przypisuję bałaganowi szlacheckiej demokracji, stwarzającej bagno chaosu
i rozpad indywiduum bez dyscypliny wewnętrznej zamiast jego swobodnego rozwoju:
Swobodę trzeba zdobyć ? to jest kardynalne prawo ewolucji społecznej i indywidualnej,
a do tego potrzebna jest dyscyplina.

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

O ile cały rozwój kultury w innych krajach zachodził wewnątrz ściśle zhierarchizowanej
piramidy i przez to właśnie mógł posiadać wewnętrzną dyscyplinę na skutek rozłożenia
ciśnień wewnątrz tej piramidy, posiadającej określoną formę, to u nas piramida
ta nie istniała prawie wcale: płynne instytucje, płynna przechodnia władza, chaos i rozpad.
To jest właśnie ciekawe, Że Zachód (a nawet Wschód, ?barbarzyńska Rosja? ? tam
była jednak struktura, prymitywna i dzika, ale była ? Piotr Wielki miał przynajmniej
dobry materiał dla swej twórczości) wytrzymał tak potworny chaos wojen i walk religijnych
nie tracąc kulturalnej wysokości. Twierdzę, że było tak dlatego, że wśród spiętrzonych
fal armii przelewających się z kraju do kraju rdzeń krain tych pozostał nietknięty;
walczyli przeważnie królowie i panowie na czele najemnych wojsk ? jądro danego
kraju (w przeciwieństwie do dzisiejszych wojen wplątujących do czynnej postawy
wszystkie warstwy narodu): chłop i mały burżuj pozostawali nietknięci. A przy tym ci,
co walczyli, to nie była nadęta hołota, tylko prawdziwi, względnie rzadcy, rasowi panowie,
którzy jednak swoją potęgą, siłą swych ambicji, pragnień, idei i przekonań wynosili
też walczące pod ich dowództwem grupy na wyższy poziom życiowego natężenia.
Wszystko to robione było z potęgą: był to jeszcze okres rozpuszczania się wielkich ludzi
w tłumie i względnie słabej więźby społecznej, poza gniotem władców i ich wasali.
Oczywiście jak piramida zaczęła gnić od góry, jak typy władców fizycznie i duchowo
się zdegenerowały, jak klasa ich przestała wydawać naprawdę silne indywidualności,
a karmiące się tylko siłą przodków wśród form i prerogatyw władzy, przerastających
jej rzeczywistą wydajność w ich karlejących postaciach, piramida musiała zgnić i runąć
i nowe czynniki musiały objąć kierownictwo twórczości życiowej i społecznej ludzkości.
W każdym razie na Zachodzie, a później na Wschodzie, konflikt został doprowadzony
do ostatnich granic dramatyczności i napięć sił działających. U nas, w ohydnej,
**** demokracji szlacheckiej, siły rozkładały się bez wielkich różnic potencjałów
i napięć, i dlatego wytworzył się ten ohydny kocioł społecznego, narodowego i indywidualnego
niżu, to zagłębie psychicznego, społecznego i ideowego upadku, w które musiały
wlać się sąsiednie, debordujące potęgą twórczą twory państwowe. Państwa (i ludzie
też) nie lubią próżni dookoła: popuść no trochę ?bliźniego?, a zaraz ci na mordę
wlizie; cóż dopiero mówić o plemiennych czy narodowych albo sztucznie państwowych
grupach ludzkich o wysokiej prężności i wynikającej z niej skłonności do ekspansji, na
tle dawnej i głębokiej kultury, która jeszcze nie zaczęła się degrengolować.
Jest faktem chyba pewnym, że Polska utrzymywała się we względnej równowadze
i jakiej takiej twórczości, dopóki jeszcze były w niej ślady klasycznej struktury tych
169
czasów (nazwijmy ją piramidalną), dopóki ?piramidał? jej był względnie zachowany.
Oczywiście ? na tle specjalnego położenia geograficznego i stosunków etnicznych,
w związku z popełnionym kardynalnym bykiem: przyjęcia kultury z Zachodu, na tle
przeszłego okresu walk książąt dzielnicowych, co utrudniło tak przyszłą konsolidację
? zachowanie tego ?piramidału? było niezmiernie utrudnione, a trudności te spotęgowane
były jeszcze cechami narodowymi, które wszyscy znamy. ?Mądry Polak po szkodzie?
(byłoby jeszcze dobrze, ale on i po szkodzie bywał głupi, tzn. nie głupi ? inteligencji
u nas nie brakło ? tylko lękkomyślny), to ?jakoś to będzie?, krótkodystansowość,
aprenuledelużyzm, robienie wszystkiego ?na łapu ? capu? (piękne słówko, co?) ten, że
tak powiem, ?****ł ? piesizm? (termin zmarłego pejzażysty Jana Stanisławskiego), ten
parszywy pseudoindywidualizm, dobry wtedy, gdy trzeba było się bić, gardłować, pić
i jeszcze co najwyżej nabijać kabzę, ale nie myśleć ? to były wady, które razem z poprzednimi
?koordynatami? musiały dać w rezultacie zupełny upadek.

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

Nie moją rzeczą jest głębsza analiza tych spraw na tym miejscu i w ogóle, ponieważ
brak mi w tym kierunku wykształcenia, a nawet ochoty. Nie mogłem nigdy czytać dużo
o historii polskiej, bo mnie zatykało ze wstydu i oburzenia, tym bardziej że sam, jak
i wszyscy moi ziomkowie, byłem produktem tej okropnej machinacji dziejowej ? czułem
sam na sobie jej skutki. Ale muszę stwierdzić, że dzięki pewnej pracy nad sobą,
dzięki Kretschmerowi, Freudowi i dr de Beaurain zdołałem przynajmniej pewne rzeczy
odparować. W ostatnich czasach wiele dał mi do myślenia widok (inaczej nie mogę powiedzieć,
bo niestety patrzyłem na to jak z loży, nie będąc w stanie przyjąć w tym żadnego
udziału z powodu schizoidalnych zahamowań) Rewolucji Rosyjskiej, od lutego
1917 do czerwca 1918. Obserwowałem to niebywałe zdarzenie zupełnie z bliska, będąc
oficerem Pawłowskiego Pułku Gwardii, który je rozpoczął. Uważam wprost za nieszczęsnego
kalekę tego, który tego ewenementu z bliska nie przeżył. Bliższe opisy i wyjaśnienia
znajdą swe miejsce w pismach pośmiertnych. (Tom XIV, wyd. 1978 r.)
Podczas tego, gdy inne ugrupowania ludzkie, w przybliżeniu narodowe; wypracowywały
w mękach twórczych swoje kultury, stwarzając podstawy dla samouświadomionej
już cywilizacji o tendencji wszechludzkiej naszych czasów (mimo potwornych sprzeczności,
błędów i programowego cynicznego świństwa tak jest ? może w małym jeszcze
stopniu, ale to cech..je okres, który rozpoczęła Rewolucja Francuska), co działo się właściwie
u nas? Oczywiście działo się coś podobnego, co gdzie indziej, tylko w szalonym
stopniu zahamowania przez wyżej wspomniane czynniki wewnętrzne, psychiczne i będące
do pewnego stopnia ich funkcją czynniki instytucyjno ? formalne.
Zamiast tego, aby piramida gniotła wszystkich równomiernie, względnie do ich stanowisk,
potęgowało się coraz bardziej rozwydrzenie ambicji arystokracji, której przedstawiciele
musieli mieć większe ilości adherentów, na których znów mogliby się w walkach
swoich oprzeć. Dlatego uszlachcali całe masy ludzi nie mających środków do tego,
170
aby podołać i moralnie, i fizycznie spadającemu na nich dostojeństwu, które w dodatku,
teoretycznie tylko, ale i tak wystarczająco, aby wykoślawić charaktery i odebrać wszelki
krytycyzm, czyniło ich ?równymi? największym panom, a nawet, w zasadzie, królowi;
bo teoretycznie nawet najnędzniejsza jakaś szerepetka też do korony pretendować
mogła, nie mówiąc o magnatach, z których każdy uważał się za pokrzywdzonego, że
nie jest królem lub co najmniej księciem udzielnym na swoich dobrach, co praktycznie
często się zdarzało. Tak więc (nie wiem dokładnie, kto zaczął ten proceder upadku, ale
zdaje się raczej magnateria zbyt ?zindywidualizowana?) spsienie arystokracji połączone
było ze spsieniem, zdemokratyzowaniem i zdewaluowaniem w kulturalnym procesie
samej instytucji szlachectwa, która w innych krajach w tej epoce służyła do podciągania
wyżej całej danej społecznej struktury; bądź co bądź wszystko jedno, czy z obecnego
punktu widzenia uważamy to za złe i wolelibyśmy chrześcijańskie katakumby lub totemiczny
klan jako ustrój całej ludzkości, Wtedy tradycja szlachecka ? przez ambicję dociągnięcia
się do sławnych (zawsze) z czynów nadzwyczajnych przodków ? była czynnikiem
pchającym całość wzwyż.
U nas, na tle tego, że takie ilości ludzi zostawały szlachtą za byle co, głównie za podlizywanie
się i służalstwo wobec możnych, potrzebujących podpór dla swych wychodkowych
zaiste troników, kwestia tradycji i atmosfera wielkich czynów, poza czysto szablonową
odwagą, była odwartościowana. Oczywiście nie neguję wartości odwagi osobistej,
z której Polacy słynęli. Odwaga to wielka rzecz; ale jeśli nie jest oparta o całokształt
dodatnich właściwości danego osobnika, traci niezmiernie na swej wartości. Iluż
jest odważnych bandytów lub awanturników bez czci i sumienia? Za dużo było u nas
odważnych do szaleństwa warchołów i wtedy tym gorzej dla nas, bo lepiej by było, aby
właśnie warcholi mieli mniej temperamentu i byli na mniejszą skalę

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

stworzeni, w zamian
za ludzi uczciwych, którzy jakoś znów u nas przeważnie jaj nie mieli lub też mieli
je zbyt jakoś ukryte. Wielki charakter, wielki rozum i wielka odwaga stwarzają dopiero
prawdziwie wielkiego człowieka. Takich było mało albo ginęli u nas w ogólnym bałaganie
niewidocznie, jak muchy w lepie. Naprawdę na pewno nie można chyba powiedzieć,
kto zaczął, ale że chyba arystony były najbardziej winne, to jest bardzo prawdopodobne;
bo oni przecie musieli hodować i korumpować szarą ćmę szlachecką, aby z niej
sobie wiernych wasalów na sejmikach stworzyć, a ewentualnie spreparowaną już dobrze
bandę w gardłowych sprawach, zajazdach czy to już jawnych buntach przeciw władzy
swojej (a dla obcej) używać.
Tak więc banda ludzi bez wykształcenia, bez poczucia obowiązku i właściwie bez
uświadomionej dobrze przynależności państwowej, niezdyscyplinowana, niezhierarchizowana,
banda, w której, na wzór jej elementów ? pierwowzorów (o ile tak powiedzieć
można), tj. magnaterii, każdy ? według potwornej na owe czasy z punktu ?euro
171
pejskiego? widzenia zasady: ?szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie? ? uważał się za
pierwszego i nadymał się też odpowiednio, aby swoje ubóstwo, swój strój szaraczkowy,
swój brak ogłady i wykształcenia pokryć.
W instytucji jedynej w swoim rodzaju demokracji szlacheckiej mamy główne źródło
tej naszej wady narodowej, na którą w wymiarach pychy rodowej pierwszy explicite
w naszych czasach zwrócił uwagę Boy, tj. tzw. przeze mnie puszenia się. Każdy Polak,
na tle charakteru struktury (pseudo) swego społeczeństwa, powoli skonsolidowanej
w ciągu historii, musiał się napuszać na większą wartość i potęgę niż ta, którą istotnie
posiadał.
Zasada, że każdy szlachcic mógł zostać królem, pogłębiająca różnicę między szlachtą
a nieszlachtą (czy gdzie trzeci stan lub chłopi byli traktowani z podobną pogardą jak
u nas?), była przyczyną przede wszystkim napuszania się do pęknięcia nieomal wielkich
panów. Bo mało było prawdopodobieństwa, żeby królem został np. pan Piegłasiewicz,
ale że mógł nim przy pewnym napuszeniu się i zwerbowaniu odpowiedniej ilości zwolenników
zostać jakiś Lubomirski czy Radziwiłł, to było zupełnie naturalne.
W ten sposób każdy magnat napuszał się faktycznie już, a nie tylko teoretycznie, na
możliwego króla i uważał się w gruncie rzeczy za pokrzywdzonego, jeśli nim nie był.
W każdym razie, nawet przy braku świadomego dążenia do władzy królewskiej, taki
był zasadniczy podkład podświadomy jego psychiki ? stąd też (chyba) nazwa ?królewięta?.
Pycha i chęć wyniesienia się ponad drugich były dominującymi uczuciami każdego
panka i co gorzej, półpanka, a ponieważ nikt nie mógł zadowolić swych ambicji,
więc biedne arystony nadymały się sztucznie do pełna ze swymi pożądaniami, sztukując
wzrost (w znaczeniu przenośnym) ?obcasami? i ?czapami z piór?. Stąd każdy Polak
ma tendencje do wspinania się choćby na palcach, aby wydać się wyższym, i do tworzenia
sobie tego, co nazywam ?kołpakiem napuszenia?, sztucznej nadbudówki ponad siebie,
pustej, a dekoracyjnej, mającej omamić drugich co do istotnej wartości głowy, która
się pod tym kołpakiem kryje. Nie dokonywanie wielkich czynów w celu faktycznego
wzniesienia się nad drugich przez ?potlatsch?, przy pewnym zefasowaniu swej indywidualności
w ramach państwowych i ścisłym zhierarchizowaniu wartości istotnej, stało
się celem głównym, ale napuszenie się do rozmiarów pseudo ? króla, królika w swoim
powiecie czy województwie, odgrywanie wobec odpowiednio pomniejszonej widowni
(pomniejszonej nie tylko ilościowo, ale jakościowo ? to jest ważniejsze) roli absolutnie
fikcyjnej zamiast rzeczywistej ? w tym ostatnim wypadku nie na fikcyjnym wierzchołku,
tylko na miejscu realnym, gdzieś trochę poniżej faktycznego szczytu władzy.
Oczywiście hierarchia była, ale piramida zamiast piętrzyć się twardo prostymi liniami
?wybrzuszała się?, niebezpiecznie się deformowała i galareciała, stawała się koloidalną,
aż wreszcie zmieniła się w bezkształtną kupę na wpół płynnych ekskrementaliów za
Sa

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

Sasów i Poniatowskiego.
172
Mimo istnienia wysiłków wyjścia z tej ohydy u pewnych jednostek wskutek chronicznego
upadku ogółu i połowiczności nawet wielkich względnie ludzi nie nastąpiła
żadna poprawa radykalna. Gdyby uwolniono chłopów i gdyby gilotyna porządnie
sobie parę lat u nas popracowała, inaczej by wyglądała Polska, a nawet pośrednio i Rosja
w wieku XIX.
Ha, trudno ? za późno trochę nad tym biadkać, [...] Piłsudski nie mógł stworzyć tak
wielkich rzeczy, do jakich był powołany. Obawiał się rozprężenia w razie daleko idących
przekształceń społecznych, które by go zbliżyły do pierwszego okresu działalności,
a po drugie, nie zawsze może umiał dobierać odpowiednich pod względem umysłowej
struktury pracowników. Tę trudną do zdobycia, w braku instynktu, właściwość posiadał
np. Napoleon, który nawet skończonych wrogów swych: Talleyranda i Fouchego,
umiał do ostatnich niemal chwil dla swoich celów wyzyskać. Ale Napoleon rósł w wielkość
w miarę ciężarów, które brał na siebie. Dźwiganie Francji i świata całego na spiętrzeniach
jego myśli wydźwigiwały znów myśl tę coraz wyżej, a siłę dawała mu także
przeszła burza rewolucji, której musiał się stać wszechświatowym rozprzestrzenicielem:
musiał ? inaczej by zginął zaraz na początku swej kariery. Polska nie miała takiej
tradycji albo też ją zagubiła: prócz zyskania własnej swobody nie mogła nic dać światu.
I Piłsudski, nad którego głową już zaczynało chwilami ukazywać się blade widmo
piórami zdobnego kołpaka, przez dziwną ascezę w stosunku do wielkości chwili (bo
chwila obecna jest od Rewolucji Francuskiej jedną z największych w historii naszej
gałki) nie wziął na siebie całkowitego brzemienia odpowiedzialności i zamiast być całkowicie
sobą pozwolił na swobodną grę sił obok swojej niezupełnie ucieleśnionej woli.
A Polska z niedoszłej czy też raczej zdeformowanej męczennicy stała się zwykłym państwem
obecnej chwili. (Niezwykłym czymś, wszystko jedno, jak to będziemy interpretować,
jest dziś w świecie tylko Rosja.) Cylindry, przyjęcia, ordery, posunięcia, posunięcia
i posunięcia ? ale idei kierowniczej nie ma i przy tym składzie i rozkładzie sił działających
być nawet nie może. Idei nie można szukać i sztucznie jej wytwarzać: ona musi
być w masie narodu i trzeba ją tylko ogniskować albo trzeba ją ze swych najgłębszych
bebechów spontanicznie w jakimś szale twórczym stworzyć.(...)"

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

Kronika tygodniowa — Kurier Warszawski, rok 1887, dnia 28 lutego


Wiadomo, że w roku 1889 ma odbyć się wystawa powszechna w Paryżu. Celem zaś zwabienia największej ilości widzów, których już przestały zaciekawiać zwykłe wystawy, Francuzi wymyślili szczególnego rodzaju przynętę, mianowicie wieżę — aż na 300 metrów wysoką.

Wieża będzie zbudowana ze sztab żelaznych w taki mniej więcej sposób, jak kratowe mosty na Wiśle. Będzie też najwyższym budynkiem, jaki kiedykolwiek dźwignęła ludzka ręka. Cud świata — olbrzymie piramidy egipskie wyglądać mają obok niej jak stado cieląt obok słonia.

Dosyć powiedzieć, że gdyby owa wieża, po wybudowaniu jej w Paryżu, przewróciła się w Warszawie, zajęłaby prawie całą długość Saskiego placu od ulicy Wierzbowej do Królewskiej, a może i dalej.

Dbała o zadowolenie czytelników redakcja uprosiła swego naczelnego korespondenta w Paryżu, ażeby nadesłał bliższe szczegóły dotyczące 300-metrowej wieży. Wieży jeszcze nie ma, nawet fundamentów pod nią nie wykopano i w ogóle na pewno nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie na świecie. Niemniej jednak nasz naczelny korespondent rozesłał swoich oficjalistów po całym Paryżu, z surowym rozkazem, ażeby 300-metrową wieżę koniecznie znaleźli, a przynajmniej ażeby dokładnie opisali wszystko, co z niej widać.

No, i wieża znalazła się; jeden z naszych reporterów był na niej i oto co zobaczył:

Jest nas trzech na szczycie: ja, naczelny architekt i wartownik uzbrojony w potężną lunetę, przez którą widać nie tylko cały glob ziemski, ale jeszcze wszystko to, co się na nim działo i dziać może.

Zaiste, obszerny widnokrąg do obserwacji. Na zachód pienią się z głuchym szumem fale Atlantyku, na południe błyszczy spokojnie zwierciadło Morza Śródziemnego, a za nim czernieją wybrzeża Afryki, wreszcie od północy i wschodu rozciąga się europejski półwysep, przyrośnięty do Azji jak olbrzymia huba do dębu.

Wicher dmie wściekły i w różne strony chwieje wierzchołkiem 300-metrowej wieży. To przypomina mi owe szczęśliwe lata, kiedy w parku łazienkowskim wdrapywałem się na szczyty drzew wybierać młode wrony. Ponieważ było bardzo zimno, skosztowaliśmy więc (z naczelnym architektem) po kropelce koniaku.

— Co pan tu robisz? — zapytałem patrzącego w lunetę wartownika.

— Śledzę, czy Niemcy nie przekraczają francuskiej granicy — odparł wartownik.

Prosiłem go, ażeby mi pozwolił popatrzeć w czarodziejską lunetę. Wartownik obrzucił mnie groźnym spojrzeniem i odpowiedział, że — jako czuwający nad bezpieczeństwem kraju, jako pojmujący swe obowiązki żołnierz i obywatel, wreszcie jako człowiek honorowy, za żadne skarby świata uczynić tego nie może. Musieliśmy aż dwa razy przepić do niego koniakiem i jeszcze ofiarować mu nie zaczętą butelkę, zanim o tyle się udobruchał, że stłumiwszy donośny głos obowiązku, pozwolił mi używać lunety w sposób, jaki mi się podoba, bylem jej tylko nie połknął.

Wicher jeszcze mocniej zakołysał szczytem wieży, a nam zrobiło się zimno. Skosztowaliśmy więc po odrobinie koniaku: ja, architekt i wartownik. Architekt zamyślił się, wartownik jednym okiem patrzył w niebo, drugim w Ocean Atlantycki, a mnie — ogarnęła wielka rzewność.

— Pokażże mi pan moich ukochanych ziomków, kiedy już mamy taką cudowną lunetę — rzekłem do architekta.

Nastawił szkła i skierował czarodziejskie narzędzie na plac wystawowy.

Zobaczyłem tam trzy pracujące grupy ludzi: 100 Francuzów, 100 Niemców i 100 nadwiślańczyków. Każda z tych grup miała wznieść osobny budynek z dużych brył ciosowych, za których ustawienie płacono im franka od sztuki.

Niemcy i Francuzi natychmiast wybrali sobie po pięciu dyrektorów i wzięli się do roboty. Polacy z początku wszyscy chcieli być dyrektorami, o co nawet pobili się i rozbiegli. Dopiero gdy im głód dokuczył, zeszli się znowu, i zapytawszy o radę Francuzów, Niemców, przechodniów lub gapiów, wybrali sobie dyrektorów ledwie wówczas, gdy pod francuskim i niemieckim budynkiem już stały fundamenty. Ułożono się też o system wynagrodzenia.

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

W grupie francuskiej i niemieckiej każde 100 franków zarobionych dzielono w następny sposób:

Na utrzymanie dyrekcji szło 25 fr., na oszczędność 25 fr., a pozostałe 50 fr. dzielono między wszystkich — po 25 centymów na osobę.

W grupie polskiej również płacono po 25 cent. jednej osobie. Ta jednak była oryginalność, że dyrektorowie brali 50 fr., a na oszczędność nie odkładano nic.

Pracowano też bardzo rozmaicie w tych grupach. Mocne i flegmatyczne Niemcy przenosiły od razu po 12 kamieni, robiąc na godzinę pięć obrotów. Drobni, ale ruchliwi Francuzi dźwigali tylko po 6 kamieni, ale robili na godzinę po dziesięć obrotów. Polacy zaś wygłodzeni przez poprzednią awanturę, nosili tylko po 8 kamieni i robili po sześć obrotów na godzinę.

W końcu 10 godzin interes tak się przedstawiał:

Każdy Francuz i Niemiec zarobił po 3 franki; prócz tego każdy dyrektor dostał 30 franków i na każdą grupę przypadało po 150 fr. oszczędności. Polacy zaś zarobili na osobę po 2 fr. 40 cent., a oszczędności nie mieli żadnych, ale ich dyrektorzy otrzymali po 46 fr. na osobę.

W czasie wypoczynku Niemcy za oszczędzone pieniądze kupili grochowych kiszek, beczkę piwa i nasycili się tak, że każdemu z nich przybyło po pięć funtów wagi. Francuzi wypili wina, zakąsili czekoladą i sprowadzili sobie teatr, który mocno podtrzymywał wrodzoną żywość ich ducha. Polacy zaś nie bardzo syci poszli spać, ale za to dyrektorowie ich wyprawili sobie bal polski, który podziwiano w całym Paryżu.

Na drugi dzień jeden z dyrektorów francuskich, wracając z maskarady, wpadł na myśl zbudowania maszyny, która zastępowała pracę 100 ludzi. Współcześnie pięciu dyrektorów niemieckich, przestudiowawszy Euklidesa i Archimedesa, wysmażyli plan machiny, która zastępowała pracę 90 ludzi. Ale dyrektorowie Polacy, zmęczeni tańcem, spali coś do południa i dopiero ku wieczorowi jeden z nich wynalazł nową figurę mazura, a drugi bardzo misterne łóżko składane, z którego można było zrobić karabin i fortepian, bez możności jednak grania na fortepianie, strzelania z karabinu i sypiania na łóżku.

Toteż w ciągu następnych dni zarobki Francuzów podwoiły się, Niemców prawie że się podwoiły, a Polaków zostały te same. W miesiąc później gmach budowany przez Francuzów jaśniał pięknością, Niemców imponował siłą i niezgrabnością, a polski ledwie zaczęty począł się rozwalać. Pracujący bowiem, straciwszy chęć do roboty, wymyślali dyrektorom, a dyrektorzy, wiedząc, że na budownictwie już nic nie zyskają, utworzyli balet i postanowili objeżdżać Europę...

Widok ten — pisze nasz paryski korespondent — napełnił mnie wielkim żalem. Odepchnąłem precz lunetę; a że wicher dął coraz mocniej, chwiejąc na wszystkie strony wieżą, i mróz ściskał coraz dokuczliwszy, wypiliśmy więc po kropelce koniaku: ja, naczelny architekt i wartownik.

Żal mój przemienił się teraz w gniew.

— Niech diabli porwą pańską lunetę — krzyknąłem do wartownika. — Pokazuje rzeczy głupie i niegodziwe!...

— Przecież nie ona temu winna. — odparł coraz pochmurniejszy architekt.

Wartownik nie odpowiedział nic; zajęty był śpiewaniem Marsylianki.

— Wiem — mówiłem do architekta — że moi rodacy, osobliwie rzuceni na obczyznę, nie mogą dorównać ani wam, ani Niemcom. Każdy z was nie byłby lepszy w podobnym położeniu. Za to w domu, u siebie, robią co mogą i chyba nie gorzej od was.

— Wątła to ludność — rzekł architekt — i powinna by dużo pracować nad swoją higieną i dietetyką.

— Bądź pan o to spokojny — odparłem. — Mamy w Warszawie tylu lekarzy, że już tworzy się u nas lekarski proletariat, a młodzi medycy wyjeżdżają za guwernerów.

— Zobaczmy jednak, jaki ci ludzie mają wpływ na wasz ogół — rzekł architekt i począł kierować lunetę ku Warszawie.

Ze smutkiem wyznać muszę, że towarzysz mój nie od razu znalazł Warszawę. Szukał jej kolejno w Turcji, Węgrzech i w Niemczech i dopiero przypomniawszy sobie ze Strabona czy innego starożytnego geografa, kierunek Wisły — z wielką biedą trafił akurat za wolskie rogatki.

Spojrzałem w okular i — włosy stanęły mi na g

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): antykonto -

głowie. Zobaczyłem bowiem nad zamarzniętą glinianką jakiegoś człowieka, który wyrąbawszy lód unurzał kilka razy w przerębli towarzyszącą mu kobietę... Blada twarz i mdłe ruchy unurzonej nasunęły mi myśl, że musi to być osoba chora.

— Wariat czy morderca?... — spytałem przerażony, tym bardziej gdym spostrzegł, że wykąpana kobieta upadła na ziemię, a z jej przymkniętych oczu i nagle zmienionych rysów można było poznać, iż umarła.

Tajemnicę tej łaźni wyjaśnił mi w kilku dni wasz „Kurier”. Z rubryki policyjnych wypadków dowiedziałem się, że pewien mąż, z porady znachorki, dla przywrócenia sił chorej żonie wykąpał ją w gliniance...

Współczucie moje dla biednej kobiety było tak wielkie, żem trząsł się z zimna. A ponieważ wicher coraz gwałtowniejszy trząsł wieżą, wypiliśmy więc po odrobinie koniaku: ja i architekt. Wartownikowi, który już gadał coś przez sen, musieliśmy gwałtem otwierać usta i przez zaciśnięte zęby wlewać płyn rozgrzewający.

— Jestem pewny, żeś pan w Warszawie nie zobaczył nic pocieszającego — rzekł architekt.

— Diabła warta pańska luneta!... — mruknąłem.

— Ależ ona pokazuje tylko to, co jest...

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): Redemptor -

I śmiech niekiedy może być nauką,
Kiedy się z przywar, nie z osób natrząsa;
I żart dowcipną przyprawiony sztuką
Zbawienny, kiedy szczypie, a nie kąsa;
I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką,
Bez żółci łaje, przystojnie się dąsa.
Szanujmy mądrych, przykładnych, chwalebnych,
Śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych.
(Pieśn piąta - Monachomachia- I. Krasicki)

Re: Polscy wieszcze o polakach ,,

Napisał(a): Gość -

Paw się dął szklniace pióra gdy wspaniale toczył.
Orzeł górnie bujając gdy go w locie zoczył.
Rozesmial się i przeleciał.
Wrzasnął paw - w śmiech ptacy. " Nie znają się - powtarzał - na rzeczach prostacy"
" Znają się - rzekł mu orzeł - wdzięk cenić umieją. Ale gardzą przysadą i z dumnych się śmieją "

« Wróć do tematów Odpowiedz
Do góry strony: Polscy wieszcze o polakach ,,

Reklama