Al Pacino: Czy znalazł kobietę swojego życia?

Chłopak z Bronxu zdobył wszystko - pieniądze, sławę, piękne kobiety, które urodziły mu dzieci. Ale dotąd żadnej nie chciał nazwać żoną...

Nigdy nie chciał być gwiazdą, ale też nikt przy zdrowych zmysłach nie przepowiadałby mu takiej przyszłości. Niski, chudy i nieśmiały chłopak z rodziny włoskich emigrantów marzył o grze w baseball, ale niespecjalnie radził sobie na boisku. A że w szkole sprawiał kłopoty (trafił do specjalnej klasy dla trudnych dzieci), wychowawczyni w ramach zajęć reedukacyjnych zaproponowała mu kółko teatralne.

Reklama

Dwunastoletni Alfredo pilnie uczestniczył w zajęciach, głównie po to, by... uciec z domu. Rodzina wiecznie borykała się z brakiem pieniędzy, a odkąd ojciec Ala porzucił jego matkę, liczną rodzinę utrzymywał dziadek - węglarz.

Chyba wtedy Al nabrał niechęci do rodzinnego życia, bo w domu zawsze było głośno i ciasno. "Mieszkałem z matką, dziadkami, ciotkami, wujkami i ich dziećmi, ciągle ktoś się wprowadzał lub wyprowadzał" - opowiadał.

Mały Al widywał się z ojcem od czasu do czasu - zwłaszcza, gdy Salvatore Alfredo Pacino rozwodził się z kolejną żoną (miał ich cztery). Nigdy jednak nie byli blisko i być może przykład ojca wyrobił w chłopaku przekonanie, że nie ma co liczyć na stałość uczuć. I choć nie stronił od kobiet - z żadną nie związał się na dłużej. Inna sprawa, że we wczesnej młodości nie bardzo miał czas na miłość.

Jako 15-latek rzucił średnią szkołę o profilu aktorskim (jedyną, która go przyjęła) i poszedł do pracy. Trochę dlatego, że szkoła go nudziła, ale też musiał zarabiać - zostali z matką sami, bo dziadkowie wyprowadzili się z Nowego Jorku. Dwa lata później matka Ala uznała, że 17-letni syn da sobie radę sam i wyjechała do rodziców.

Uparty jak prawdziwy Corleone

Al został w Nowym Jorku sam. I radził sobie... różnie. Marzenie o aktorstwie wciąż jednak do niego wracało, próbował dostać się do słynnej szkoły Lee Strasberga, ale go nie przyjęto. Zapisał się więc do Herbert Berghof Studio, i żeby mieć na życie, imał się różnych zajęć.

"Byłem doręczycielem, salowym, sprzedawcą butów, pracowałem w skle-pie z owocami, w aptece, w supermarkecie, przenosiłem meble" - opowiada.

Był też bileterem w teatrze i tam na dobre zakochał się w aktorstwie. Do dziś twierdzi zresztą, że żaden film nie może równać się z teatralnym spektaklem. Już jako uznany aktor offowych teatrów o role w filmach starał się głównie dla pieniędzy.

Inaczej było dopiero z "Ojcem Chrzestnym". Po pierwsze miał tam grać Marlon Brando, którego uwielbiał od 12. roku życia, po drugie - nazwisko bohaterów to Corleone, a z opowieści dziadka pamiętał, że to z tego miasteczka na Sycylii pochodzi jego rodzina.

Samotność długodystansowca

Na planie poznał Diane Keaton. Od lat był związany z aktorką Jill Clayburgh, ale dla Diane stracił głowę. Spędzili razem 20 lat. Diane zaakceptowała niechęć partnera do sformalizowania związku, przymykała oczy na błahe romanse, albo gdy sprawa wydawała się poważna, odchodziła. Al po kilku miesiącach u boku nowej miłości skruszony wracał błagać o przebaczenie.

I Diane wybaczała, aż do dnia, gdy wyszło na jaw, że Al nie tylko ją zdradza, ale z jednego z tych związków, z nauczycielką aktorstwa Jan Tarrant, ma roczną córkę. Tym razem błagania nie pomogły. Al oficjalnie związał się z matką swojej córki, ale o ślubie nie było nawet mowy. Rozstali się, gdy ich córka miała 2 lata.

Potem kobiety u boku aktora zmieniały się jak w kalejdoskopie, aż do chwili, gdy poznał aktorkę i piosenkarkę Beverly D'Angelo. Byli razem 7 lat, bardzo chcieli mieć dzieci i zdecydowali się nawet na in vitro, ale... ślubu nie wzięli.

I znów miłość skończyła się, gdy dzieci miały dwa lata - dokładnie tyle co Al, gdy odszedł jego ojciec. W odróżnieniu od Alfreda, Al bardzo się jednak stara utrzymywać kontakt z dziećmi - regularnie się z nimi widuje, zabiera na wakacje. Gdy były małe, próbował nawet sądownie wywalczyć prawo do opieki nad nimi.

Ojcowskie obowiązki nie przeszkadzały mu jednak w kolejnych podbojach. Tyle, że przez ostatnie 10 lat w romansach dobijającego do 70. aktora nie potrafiły się połapać nawet plotkarskie gazety. Niemal nigdy nie był sam, ale też rzadko kolejną piękność widywano u jego boku dłużej niż kilka tygodni. W nieczęsto udzielanych wywiadach Al mawiał, że to aktorstwo jest jego największą miłością. Odkrył też nową pasję - reżyserię.

W filmie "Wild Salome" według sztuki Oscara Wilde’a nie tylko stanął po obu stronach kamery jako odtwórca głównej roli i reżyser, ale napisał też scenariusz. Kiedy zaczął pojawiać się z grającą w tym filmie, argentyńską aktorką Lucilą Solea, plotkarskie gazety ledwie to zauważyły - wiadomo, nie pierwsza, nie ostatnia.

Ale mijały miesiące, a Al i jego młodsza o prawie 40 lat dziewczyna stali się nierozłączni. Lucila w wywiadach raz czy drugi wspomniała nawet, że chciałaby urodzić drugie dziecko (ma już córkę). Żadna sensacja, o Alu od dawna wiadomo, że kocha dzieci i jest dobrym ojcem.

Ale zdarzyło się jeszcze coś - niedawno przyłapany w Rzymie w czasie romantycznego spaceru z Lucilą, oświadczył fotoreporterom, że to dobre miejsce na... zaręczyny. Publicznie wymówił to słowo chyba pierwszy raz w życiu...

Joanna Kadej-Krzyczkowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje