Anatomia wstydu

Może być motorem napędzającym konflikty. Paliwem podsycającym depresję, przemoc domową, wojny i najstraszliwsze zbrodnie naszych czasów. Ale może też pomóc nam w budowaniu więzi i zdobyciu akceptacji społecznej. Wszystko zależy od tego, co z nim zrobimy.

O wstydzie, jednej z najważniejszych i najbardziej niedocenianych ludzkich emocji, o jego dwoistej naturze, możliwych konsekwencjach i sposobach radzenia sobie z nimi opowiada socjolog Elżbieta Czykwin.

Reklama

Izabela Grelowska, INTERIA.PL:  Dlaczego zajęła się pani badaniami nad wstydem?

Elżbieta Czykwin: - Podczas badań nad mniejszościami narodowymi, szczególnie mniejszością białoruską w Polsce, zauważyłam, jak ważne są emocje. Przekonałam się też, że we Francji te same emocje wyraża mniejszość bretońska. Poczucie krzywdy, które opisałam w książce "Białoruska mniejszość narodowa jako grupa stygmatyzowana", okazało się być emocją wspólną i wszechobecną. Inspirowały mnie też badania nad osobami stygmatyzowanymi. Widziałam, że te osoby przeżywają wstyd. To emocja występująca powszechnie wśród różnych kultur. Postanowiłam zbadać, jakie jest jej znaczenie i sens. Tym bardziej, że jednoznaczne odrzucenie przez wielu psychologów wstydu jako destruktora budziło moje wątpliwości.

Jaka jest funkcja wstydu?

- Wstyd jest emocją wiodącą, główną. Pozwala nam ona zrozumieć, jaką drogą to, co społeczne staje się tym, co indywidualne, czyli jak to się dzieje, że upodobniamy się do siebie w ramach różnych grup społecznych. Dlaczego np. studenci, zwolennicy jakiejś partii, albo członkowie narodu mają pewne cechy wspólne.

Socjolog Charles Cooley wyjaśnia to mówiąc o tzw. "ja" odzwierciedlonym. Oznacza to, że znajdujemy się permanentnie w stanie "monitorowania jaźni". Cały czas zastanawiamy się, co inni o nas myślą, także wtedy, kiedy jesteśmy sami. Jesteśmy, jak powiedział Sartre ("piekło to inni"), niewolnikami innych, którzy odciskają się na naszym wyobrażeniu siebie.

Wstyd odgrywa tutaj kluczową rolę, ponieważ to właśnie on podpowiada każdemu z nas, czy zachowujemy się adekwatnie czy nieadekwatnie do sytuacji społecznej. Pojawiający się wstyd jest, w takim ujęciu sygnałem naruszenia, albo zerwania więzi społecznej. Ta więź jest kluczowa - wszyscy chcemy być w dobrych stosunkach z innymi.

Czy rzeczywiście przeglądanie się w oczach innych jest dla nas tak ważne? Lubimy, a przynajmniej część z nas lubi - myśleć o sobie, że jesteśmy indywidualistami.

- Wstyd ma charakter społeczny. Część autorów uważa, że człowiek w ogóle nie posiada indywidualności, że jesteśmy jedynie zlepkiem wyobrażeń innych ludzi o nas samych. Chociaż jest to bardzo skrajny punkt widzenia, to nie da się zaprzeczyć temu, że jesteśmy istotami społecznymi i że nasze wyobrażenie siebie, które uważamy za bardzo indywidualne, wcale takie indywidualne nie jest.

Według niektórych autorów suwerenność i autonomia jednostki broni się tylko dlatego, że nasza kultura jest ufundowana na odpowiedzialności indywidualnej.

Jeśli ktoś mówi: "Lubię zupę pomidorową" to używa tych kategorii, które są znane w społeczeństwie. np. Japończyk tak by nie powiedział, bo u nich nie ma zupy pomidorowej. Gdybyśmy sobie wyobrazili, całkiem abstrakcyjne osobę, która nigdy nie spotkała innych ludzi, to nie mogłaby ona stwierdzić, że jest brunetem, albo kobietą, że ładnie rysuje, że jest wysoka albo niska. Cechy indywidualne mają par excellence społeczny rodowódcharakter.

Odpowiednikiem wstydu jest duma, ale to o wstydzie mówi pani jako o emocji nadrzędnej. Dlaczego?

- Duma nie jest tak produktywna, jak wstyd w wyjaśnianiu kondycji ludzkiej. Wstyd jest kluczem do zrozumienia wielu aspektów ludzkiego funkcjonowania, np. konformizmu. Wszyscy staramy się w jakimś stopniu podporządkować istniejącym normom. Nie ma ludzi, którzy funkcjonują  całkowicie przeciw czy obok innych, chociaż w niektórych sytuacjach możemy pytać, czy tego konformizmu współcześnie nie jest za dużo.

Konformizm jest ucieczką przed wstydem. Ponieważ wstyd nie jest przyjemny, ludzie nie chcą go przeżywać i starają się zachowywać odpowiednio do społecznie usankcjonowanych i detalicznie sformułowanych norm.

Wstyd jest też interesujący ze względu na swój rekursywny charakter, co oznacza, że wstydzimy się wstydzić.

Dlaczego wstydzimy się wstydzić?

- Presja społeczna nakazująca ukrywanie wstydu rozwijała się od dawna. Uważano na przykład, że kto swobodnie wypowiada się o swojej seksualności, zachowuje się bezwstydnie. Osoby, które słuchały takich wynurzeń także odczuwały wstyd. Obie strony były też zawstydzone z racji mówienia o "takich rzeczach".

Taka "trójaspektowa" presja sprawiła, że na przestrzeni wieków wstyd stopniowo stawał się coraz bardziej nieuświadamiany, coraz wyraźniej kwestionowany. Podobnie też wstydzimy się publicznego okazywania płaczu. Gdyby sobie dzisiaj wyobrazić, że ktoś występujący w telewizji np. prezenter okazywałby zawstydzenie: czerwienił się, zacinał - to byłoby to nie do przyjęcia, zarówno dla jego przełożonych, jak i dla publiczności. Musimy wiedzieć, że ta swoboda jest udawana, bo ludzie mający przecież świadomość, że występują przed milionami widzów przeżywają tremę. Żyjemy w tzw. post-shame-societies ...

Ten wyparty wstyd ma bardzo groźne konsekwencje...

- Zakwestionowany wstyd może na przykład prowadzić do agresji. Naukowcy zauważyli, że wszelkie oznaki gniewu poprzedzone są wstydem, a także, że wstyd reaguje sam na siebie i że może zostać wyparty ze świadomości. Na tej podstawie oparto teorię spirali wstydu - gniewu i wstydu-wstydu.

 Dobrym przykładem mogą być tu konflikty małżeńskie. Mają one powtarzający się charakter i dosyć podobne scenariusze.

Najpierw jedna strona zawstydza drugą, na przykład mąż mówi do żony: "Jak ty wyglądasz w tej sukience, nie mogłabyś włożyć czegoś innego?".

Jeśli żona zlekceważy ten rodzaj zawstydzania, czyli zaciśnie zęby, uda, że nic się nie stało i zmieni sukienkę na inną, to takie kwestionowanie wstydu stanowi  uwerturę do mającej nastąpić kłótni, która zdarzy się później, a której źródło, jakim jest wstyd, nie zostanie rozpoznane.

Żona również będzie chciała zawstydzić męża, więc powie np.: "Zarabiasz za mało. Gdybym wiedziała, że będziemy żyli na tak niskim poziomie, to bym za ciebie nie wyszła". Spirala wstydu zaczyna się nakręcać przy pełnej nieświadomości obu stron. Na szczęście nie wszystkie kłótnie prowadzą do skrajnych aktów agresji. Dochodzi do nich wtedy, kiedy ma miejsce poniżenie. To ono stanowi rodzaj "wyzwalacza" agresji. Kiedy padają słowa takie jak: "Jesteś nic nie warty w łóżku", "Do niczego się nie nadajesz", które dezawuują osobę w całości, mamy do czynienia z upokorzeniem.

Zaznaczam, że aby doszło do takiej sytuacji, naruszenie więzi musi nastąpić już wcześniej.

Czy nie jest to próba przeniesienia odpowiedzialności na ofiarę?

- Nie. W kłótniach małżeńskich trudno jest powiedzieć, kto jest sprawcą, a kto ofiarą. Bardzo często obie strony starają się sobie dopiec nawzajem. Żona mówi do męża: "Jesteś do niczego w łóżku i nie potrafisz utrzymać rodziny", a mąż ripostuje: "Nie nadajesz się na matkę, jesteś dziwką" itp. Mogłoby się wydawać, że skoro takie słowa padły, to związek uległ zakończeniu i nie ma powrotu. Ale po tych burzach następuje okres pogody, ci ludzie odbudowują relację i w miarę normalnie funkcjonują do następnej kłótni. Widzimy, że sami zainteresowani nie biorą serio tych zarzutów. Cały ten dramat musi być więc rozpatrywany w kategoriach emocji, a nie w kategoriach racjonalnych. A często pary małżeńskie próbują się ustosunkować na chłodno do postawionych zarzutów, co jest pomysłem całkowicie chybionym.

Czy można przekształcać wstyd w emocję konstruktywną?

- Ogromne znaczenie w takich konfliktach ma poczucie własnej godności. Ułatwia ono przepracowanie wstydu, czyli przeniesienie go do sfery świadomej i uczynienie z niego tworzywa, które tę więź buduje, a nie niszczy.

W moim artykule "Antyetniczne incydenty w Białymstoku" podaję przykłady. Młodzi mężczyźni, którzy nie mają pracy, szans na mieszkanie, ani perspektyw na życie i dla których często jedyną alternatywą jest emigracja, odczuwają tłumiony, nieuświadomiony wstyd. Przyjmują oni postawy typu macho, ale czują, że nie jest to dobrze przyjmowane społecznie, szczególnie przez ich potencjalne partnerki życiowe. Ich sytuacja społeczna sprawia, że odczuwają oni boleśnie własną społeczną nieadekwatność.

Ten wstyd przekształca się w agresję i wyraża się w rasistowskich i kibolowskich zachowaniach. Na swoim miejscu czują się oni jedynie wśród swoich kolegów. Tworzą swego rodzaju grupę wsparcia i utrwalają tą drogą niepożądane postawy.

Zrozumienie tych zjawisk jest czymś fundamentalnym. Szef policji w Białymstoku stwierdził: "Już po was idziemy", a Gazeta Wyborcza promowała na billboardach hasło: "Wykopiemy rasizm z Białegostoku", co również zawiera w sobie element agresji. Od wielu lat wiadomo, że agresja rodzi agresję i takie działania były nie na miejscu. Kwestie kluczowe w rozumieniu tych zjawisk to wstyd i naruszona więź. Propozycja ministra Boniego, żeby wspólnie grillować, robić antyrasistowskie imprezy w mieście, była krokiem w dobrą stronę. Łatwiej jest jednak karać...

Niektórzy twierdzą, że tylko surowe kary mogą tu zadziałać. Czy według pani kary są rozwiązaniem, czy może tylko pogłębiają wstyd?

- Rzeczywiście, należy zwrócić uwagę na sposób karania. W pedagogice właściwie nie ma problemu z nagrodami. Dobry wychowawca to taki, który ma szeroką gamę nagród i stosuje je zdecydowanie częściej niż kary. O wiele bardziej kontrowersyjne są kary. Powinny być one stosowane tak, aby nie urażać "ja" osoby. Piętnowany powinien być czyn, a nie jego sprawca. Niedopuszczalne są stwierdzenia w rodzaju: "Ty się tego nigdy nie nauczysz", "Nie nadajesz się", "Na pewno nie zdasz do następnej klasy". Dobre karanie daje wsparcie, np.: "Masz takie możliwości, a jednak nie napisałeś dobrze tej klasówki". Następuje tu wyraźne rozdzielenie na wsparcie - udzielone osobie oraz na napiętnowanie czynu. Chociaż klasówka została napisana źle, to uczeń pozostaje wartościową osobą. Częścią karania integrującego może być również zachęta: "Możesz się poprawić" oraz wskazanie drogi wyjścia z niepożądanej sytuacji.

Koncentracja uwagi na czynie, a nie na osobie, szczególnie gdy mamy do czynienia z agresją jest bardzo ważna. To są wskazówki, które w dobie dyskusji o rozpuszczonej młodzieży w gimnazjach i agresji na stadionach, bardzo się przydają.

W książce "Wstyd" pisze pani też o tym, że kiedy w latach 70. w Ameryce poczyniono kroki przeciwdziałające przemocy domowej, dwukrotnie wzrosła liczba morderstw popełniana na partnerkach. Dlaczego tak się stało? Czy to oznacza, że próby zahamowania przemocy domowej są skazane na niepowodzenie?

- Wstyd inaczej funkcjonuje w odniesieniu do mężczyzn i kobiet. W naszej kulturze godność mężczyzny była zawsze kultywowana. Kobiety były bardziej skoncentrowane na zwykłych codziennych sprawach. Jak żartował Mrożek: "Tatusiu, co to jest proza życia? - Mamusia".  Dlatego antygodnościowe sytuacje społeczne bardziej uderzają w mężczyzn. Na przykład mężczyźni z niższym wykształceniem, robotnicy, którzy w okresie PRL-u zajmowali ważną pozycję w społeczeństwie, dzisiaj często nie mają pracy, nie mają pieniędzy, nie imponują swoim życiowym partnerkom. Często sztywno obstają przy wpojonym im w PRL-u wartościach, w wyniku tego czują swoją społeczną nieadekwatność i przeżywają wstyd. Kobietom łatwiej przyszła adaptacja do nowych warunków, bo są bardziej elastyczne i nie uważają, że parzenie kawy szefowi uwłacza ich godności.

W Ameryce lat 70. zadziałał podobny mechanizm. Mężczyźni reprezentowali postawę macho i nie byli przyzwyczajeni do tego, żeby zabiegać o względy kobiet. Pojmowali takie zachowania jako niemęskie i tym samym  antygodnościowe. Taka sytuacja utrzymywała się dopóki kobiety pozostawały bez alternatywy.  Kiedy pokazano im, że mogą odejść, zostawić męża i żyć w spokoju, mężczyźni odebrali to jako poniżenie. Nie tylko musieliby sami sobie gotować i sprzątać, ale naraziliby się na śmieszność, jako porzuceni mężowie. Eskalacja wstydu prowadziła do istotnego narastania aktów agresji. Tak to droga od alienacji, naruszenia (zerwania) więzi poprzez wstyd prowadziła do agresji.

Co robić, aby takie programy były skuteczne?

- Tych mężczyzn powinno się uczyć budować więzi. Pokazywać im jak ważnym jest, aby mówili swoim partnerkom: "Świetnie gotujesz", "Ślicznie wyglądasz". Ogromną rolę mogą tu odegrać paradoksalnie np. seriale telewizyjne pokazując taki model relacji. Takie zachowania umacniają więź i eliminują wstyd. Mężczyźni muszą zrozumieć - i w tym kierunku powinny iść działania prewencyjne - iż budowa więzi, a nie okazywanie agresji jest drogą do naprawienia wzajemnych relacji.

Z Elżbietą Czykwin rozmawiała Izabela Grelowska

Czy tłumiony wstyd przyczynił się do wybuchu II wojny światowej? Czego wstydził się Adolf Hitler? Już wkrótce w INTERIA.PL Elżbieta Czykwin opowie o tym, jak tłumione emocje mogły przyczynić się do jednej z największych katastrof w dziejach ludzkości


 

 


Dowiedz się więcej na temat: Wstyd | Izabela Grelowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje