Andrzej Czekay: Rzeźbiarz dźwięków

Muzyka jest niczym plastelina: giętka i plastyczna. Należy ją tak układać, aby łączyła ludzi w całość i wypełniała między nimi szczeliny. Jeżeli muzyka dzieli ludzi, to znaczy, że coś z rzeźbiarzem jest nie tak. O pracy DJ-a rozmawiamy z Andrzejem Czekayem, jednym z najbardziej doświadczonych ludzi w tej branży.

EksMagazyn: Jak to się stało, że zostałeś DJ?

Reklama

Andrzej Czekay: - ADHD jest bezpośrednio odpowiedzialne za rozwój sytuacji, której obecnie jesteście państwo świadkami. Milion pomysłów na minutę, plus pełne spektrum dźwięków na spacerach w wózku, które słyszałem, podczas gdy większość stała niewzruszona, w końcu w znalazły swoje ujście w śpiewie, czyli chwilę po tym, jak artykułowałem pierwsze dźwięki. Potem była podstawówka, gdzie śpiewałem na wszystkich apelach m. in. "Noce i dnie".

- Problem pojawił się w szkole średniej, kiedy okazało się, że nie ma nikogo, kto dostrzegłby moją artystyczną duszę, a ja chciałem przecież tylko być w muzyce. Wówczas z ratunkiem przyszli starsi bracia, którzy od lat 80. byli DJ-ami. Dali mi pierwsze lekcje i szansę gry w klubach. Podjąłem rękawice i przeszedłem ciekawą drogę zahaczając o konkursy DJ-ów i prezenterów, gdzie zdobywałem miejsca na podium lub nagrody publiczności, by finalnie - już jako filolog angielski - prowadzić całe projekty, wesela, imprezy firmowe właśnie w językach angielskim i rosyjskim.

Jak wyglądała wtedy polska scena eventowo-muzyczna?

- W latach 90., z racji utrudnień w pozyskaniu sprzętu DJ-skiego, owa scena była przede wszystkim kameralna. Eventy tak naprawdę nabierały rozpędu. Nie mieliśmy wyrobionej spontaniczności, finezji i rozmachu w robieniu imprez firmowych, jakie prezentujemy dzisiaj. Pełne moce przerobowe uzyskano dopiero w rok, dwa po wstąpieniu do Unii Europejskiej, kiedy ruszyły fundusze na szkolenia, a przy okazji organizowano wieczory integracyjne. Muzycznie poniekąd było bujnie...

- Prężnie działały polskie zespoły typu Perfect, Maanam, Kult, Hey i inni giganci. Ludzie bardzo często bawili się do kawałków rockowych, zagranicznych gigantów i czerpali radość z każdego taktu jaki słyszeli. Niestety, byliśmy w trakcie przemian, zubożałe finansowo społeczeństwo, które chciało kupować muzykę, poznawać coś nowego, a nie było ich na to stać, poszło w stronę disco. Tanie kasety, potem płyty sprzedawane na targach, w małych i dużych miejscowościach, spowodowały, że muzyka łatwa i przyjemna bocznym kanałem rosła w siłę.

- Dostrzegły to stacje telewizyjne, które szybko stworzyły wręcz "na zamówienie" festiwale m. in. w Ostródzie. I choć słuchanie discopolo przez lata było swego rodzaju faux pas, to jednak zyskiwało na ukrytej popularności. Jednak nie było to na tyle powszechne, aby dostrzec, że może dokonać się przewrót i na scenach gal sylwestrowych kiedyś ujrzymy zamiast Urszuli czy Maryli Rodowicz gwiazdę discopolo.

Co się zmieniło w stylu zabawy Polaków na przestrzeni ostatnich 10 lat?

- Bardzo dużo. Z rozwojem internetu, podróży lotniczych, nasze gusta uległy ogromnym zmianom. Dostrzegam to, gdy gram dla gości z Polski czy zagranicy. Co chwilę jestem zasypywany propozycjami zagrania kawałka nieznanego zespołu usłyszanego na wyjeździe. Zmieniają się także oczekiwania co do samego przeprowadzania eventów. Mniej przaśnie, mniej obleśnie, ale bardziej efektywnie, z pazurem. Z drugiej strony dostępność taniego, kiepskiego sprzętu scenicznego i chęć szybkiego zarobku spowodowały wysyp DJ-ów kukiełek dublujących zachowania i gesty sławnych DJ-ów, chcących tak, jak ci, wyżej wymienieni, grać dla tysięcy osób na jednym evencie.

- Dochodzi do tego jeszcze totalny brak elementarnej wiedzy muzycznej, czyli takiej, która pozwoliłaby całą imprezę wypełnić dźwiękami nie grając chodliwego kawałka dziesięć razy jednego wieczoru. Suma wszystkich tych negatywnych elementów dała taki rezultat, że ludzie zmęczeni bylejakością usług, poszukują kogoś takiego jak ja.  

Jak podchodzisz do bycia DJ-em: czy to twoja praca czy pasja, sztuka przetwarzania muzyki, którą starasz się rozwijać?

- Ponieważ z tego żyję, więc jest to ewidentnie praca. Pasja i sztuka tworzenia muzyki? Powiedziałbym raczej, że jest to pasja jej edycji i tworzenia z niej jakiejś wiadomości, wprowadzenia pewnego stanu wewnętrznego u uczestników, przy jednoczesnym utrzymaniu wrzącego parkietu. Przecież jako DJ mogę, niczym informatyk komputer, programować w bawiących się ludziach różne stany: od euforii pełnej gestykulacji (Village People - YMCA) przez żywiołowy taniec (Lulu - Shout), po wesołe pląsanie pełne nostalgii i przemyśleń (Depeche Mode - Try walking in my shoes).

- DJ może, oprócz oczywistego poruszania parkietem, wykreować nasz wewnętrzny stan, z którym w danym momencie się utożsamimy (Strachy na Lachy - Żyję w kraju) co daje dodatkowy ładunek energii. Taki rzeźbiarz emocji. Rozwój DJ-a to nieustanny proces, gdzie nie tylko zaznajamiamy się z nowymi technologiami z zakresu sprzętu, ale także ewoluujemy muzycznie, dopuszczamy do siebie dźwięki, rytmy, style, które jakiś czas temu były nam obce i niekoniecznie pożądane.

Jaki jest twój sposób na dobry event?

- To ciekawe, ale jedynym sprawdzonym od lat patentem jest brak schematu. Muzyka jest niczym plastelina: giętka i plastyczna. Należy ją tak układać, aby łączyła ludzi w całość i wypełniała między nimi szczeliny. Jeżeli muzyka dzieli ludzi, to znaczy, że coś z rzeźbiarzem jest nie tak. Od lat powtarzam swoim klientom, gdy jestem pytany, w jaki sposób wyciągnę ich na parkiet, że muzyka jest zawsze w stanie się wybronić. Wystarczy być z nią wtedy, gdy goście wchodzą na salę, gdy zaczynają jeść, gdy zaledwie zadamawiają się z miejscem. Wtedy jest czas, aby zrobić szybki rekonesans i sprawdzić, co zadziała a co niekoniecznie. Mimika ludzka dostarcza mi cennych informacji. To po niej rozpoznaję czy kierunek, który chcę obrać, jest tym prawidłowym i jak daleko mogę pójść, aby nie spalić drogi powrotnej. Wracając do podstaw DJ-stwa. Kreować gusta muzycznie tak, aby mieć na parkiecie przynajmniej 80 proc. gości.

Czy jest uniwersalna muzyka, piosenki, które kochają wszyscy Polacy bez wyjątku i które rozkręcą każdą imprezę?

- Są muzyczne brylanty, które niepodzielnie rządzą parkietem, zarówno polskim jak i europejskim. Na dobrą sprawę nie mam pewności, że na parkiecie będą sami Polacy, więc ten złoty strzał musi być tak wymierzony, aby w razie czego celnie trafić w sedno gustów muzycznych każdego. Brak wcześniej wspomnianego schematu w trakcie imprezy pokazuje, że środek ciężkości może lekko ulec przesunięciu. O kierunku tego przesunięcia decyduje milion czynników w trakcie zabawy oraz zastosowanie całej posiadanej wiedzy.

Co najbardziej lubisz w swojej pracy?

- Niewątpliwie poznawanie ludzi. Jako człowiek, który prowadzi wielokulturowe imprezy na terenie całej Europy, cieszy mnie obcowanie z różnymi dialektami języka angielskiego (którego jestem pasjonatem). Co chwilę inny odbiorca, a nawet jeżeli ten sam, to na przykład jest inna pogoda, więc znów... inne oczekiwania. Lubię wchodzić przed gwiazdami na eventach i zbudować muzycznie odpowiednią atmosferę, a także grać po ich występach utrzymując moc i ciśnienie, które zbudowali podczas koncertu.

Z czego jesteś najbardziej dumny, jeśli chodzi o pracę DJ-a?

- Z możliwości sprawiania niepohamowanej radości ludziom. Przepełnia mnie duma, gdy osoba, na co dzień wykonująca pracę biurową, żmudną, jednostajną, osoba wypalona codziennością obowiązków, zmienia się w KungFu Pandę, a także gdy na parkiecie bawią się trzy pokolenia naraz i to wszystko na dźwięk rytmów Depeche Mode, Kult, Rage Against The Machine, Skunk Anansie, Rammstein czy The Offspring miksowanych na żywo z Shakin’ Stevensem, czy Justinem Timberlake’iem. Gdy moi siedemdziesięcioletni klienci skaczą do Thunderstruck AC/DC jak gdyby mieli piętnaście lat. Wówczas moja duma wespół z radością zdaje się być niezmierzoną.

Z kim współpracowałeś jako DJ i które spotkanie było dla ciebie szczególnie ważna?

- Będąc DJ-em przez tyle lat, nauczyłem się wielu istotnych rzeczy. Za najważniejszą lekcję uważam pokorę i wolę podjęcia współpracy zamiast walki z innymi DJ-ami. Kolejna szkoła przyszła ze współpracy z doświadczonymi agencjami eventowymi i weselnymi. Chociaż dostarczały wszelkich niezbędnych narzędzi do pracy, to jednak oczekiwały działania pod presją czasu i w konkretnych kierunkach. Trochę inne doświadczenie płynęło z działań z małymi agencjami weselnymi, eventowymi oraz osobami prywatnymi, gdzie o wiele częściej trzeba było improwizować. I chociaż posiłkowaliśmy się prowizorycznymi, doraźnymi rozwiązaniami, to musiały one wyglądać profesjonalnie i stosownie do chwili. Reasumując, zdobyte doświadczenie pozyskałem od każdej osoby, z którą współpracowałem na przestrzeni lat. Nieustannie i niezłomnie doszukuję się swoich słabości, aby dostarczać odbiorcy coraz lepsze wrażenia z imprez.

Rozmawiała Ela Prochowicz


Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje