​Andrzej Krzywy: Nigdy nie gwiazdorzyłem

Andrzej Krzywy w każdy koncert wkłada maksimum energii /Mieszko Pietka /AKPA

Grał na ulicy, na weselach, pierwszy zespół założył jeszcze w podstawówce. Zajął się muzyką, bo nie urósł, a dziewczyny "leciały" na gitarzystów. Andrzej Krzywy, lider zespołu De Mono, wspomina początki swojej muzycznej kariery i tłumaczy czym tamta publiczność różniła się od współczesnej. - Nigdy nie gwiazdorzyłem. Nie wiem, może po prostu nigdy nie byłem aż tak bogaty - wyznaje.

Reklama


Przeczytaj fragment książki "Na krzywy ryj. Szczera spowiedź lidera De Mono":

Pamiętasz swój pierwszy kontakt z jakimś instrumentem muzycznym?

Reklama

- Byłem w przedszkolu, miałem z pięć lat. Na zajęciach z rytmiki pani grała na pianinie. Pamiętam, że nikt nie był w stanie zmusić mnie do tańczenia, bo stałem przed tym pianinem z otwartą gębą i wpatrywałem się w nie. Pani brała mnie zatem na kolana i tak siedziałem. Kiedy mając siedem lat, szedłem do szkoły podstawowej, dowiedzieliśmy się, że działa w niej orkiestra. Poszliśmy z rodzicami na przesłuchanie, żeby zobaczyć, czy mam jakieś predyspozycje. Pamiętam, że trzeba było zaśpiewać usłyszaną melodię, potem powtórzyć wyklaskany rytm. Poradziłem sobie z tym zadaniem, dzięki czemu uznano, że się nadaję. Dano mi do ręki mandolinę i powiedziano, że będę na niej grał.

[Andrzej sięga po stojący w pokoju instrument].

Nie mów, że ta sama.

- Oczywiście, że nie. Tę przywiozłem jakieś dwa lata temu ze Zbąszynia, od ciotki, siostry mamy. Z tą ciotką w ogóle wiążą się same przyjemne wspomnienia, ponieważ pracowała w szwalni, która robiła ciuchy "na Zachód", więc my zawsze byliśmy dobrze ubrani. Pierwsze sztruksy, jakie miałem, to były wranglery. Pech jednak chciał, że dostałem je od osoby, która miała dwa metry wzrostu. Pojechałem z nimi do Zbąszynia, gdzie u ciotki w szwalni dziewczyny mi je rozcięły i na nowo zszyły. Pasowały idealnie, a że były nowe, wyglądało, jakby ktoś je uszył na mnie. Drugie porządne portki to dżinsy rodzimej marki Odra kupione po całych wakacjach pracy u ciotki Kazi w pijalni piwa Zagłoba.

Na zmywaku?

- A skąd. Byłem barmanem. Dziś zamknęliby ciotkę, bo ja byłem w siódmej klasie szkoły podstawowej. Od rana, od dziesiątej, schodzili się mocno skacowani klienci, wesoło zagadywali "hej, warszawiak, nalej piwka", i tak do dwudziestej. Dostawałem napiwki, a to na czekoladę, a to na ciasteczko. I na dżinsy się uzbierało.

Bar jeszcze istnieje?

- Istnieje, ale inaczej się nazywa i oczywiście inaczej wygląda.(...)

Wróćmy do lekcji muzyki.

- Dwa razy w tygodniu mieliśmy zajęcia z nauczycielem. Jak była zima, jeszcze jakoś udawało się to przeżyć, ale latem... Gorąco, chłopaki w gałę grają, chodzą na basen, do kina... Koledzy pod oknem stali i śmiali się, a ja pitoliłem na mandolinie. Na początku mi się podobało, bo to coś nowego, chociaż trzeba było się nauczyć nut. Ale miłość do mandoliny ostatecznie się skończyła, kiedy ojciec grą na tym instrumencie karał mnie za złe wyniki w nauce. Pierwszą klasę jakoś z mandoliną przeżyłem, ale w drugiej to już była mordęga. A ojciec był konsekwentny.

Porywczy?

- Czasem tak. Z ojcem nie było dyskusji, żadnego "ale". Pamiętam, że nieraz trzeba było sobie zawczasu wsadzić gazetę pod spodnie, żeby mniej bolało. Do końca życia będę mu jednak wdzięczny, że mnie w podstawówce zaprowadził do szkolnej orkiestry. Myślę, że gdyby nie ten ruch, który wzbudził we mnie wówczas tyle sprzeciwu, dziś bym robił zupełnie co innego.

Sam jesteś surowym ojcem?

- Nie bardzo. Danie klapsa na pewno mi się zdarzyło, ale nigdy by mi nie przyszło do głowy dawać wybór między pasem a kablem od żelazka. A trzeba pamiętać, że dzisiaj dzieciaki są inne niż za moich czasów. Sprzeciwiają się starym, podważają ich zdanie, polemizują... Nie do pomyślenia kiedyś.(...)

W końcu jednak zostałeś muzykiem.

- Spowodował to fakt, że... nie urosłem, czego efektem było małe zainteresowanie płci przeciwnej moją osobą. Chociaż - wydawało mi się - wyglądałem niekiepsko. W siódmej klasie podstawówki zauważyłem, że mój kolega Czarek Więckowski nauczył się na gitarze trzech akordów, wyszedł na podwórko, zaczął grać i... natychmiast wokół niego pojawiło się pięćdziesiąt lasek. Zaczął być zapraszany na imprezy, mógł przebierać w dziewczynach. Uznałem, że to jest sposób! Od razu zapomniałem, że nie chciałem mieć z muzyką nic wspólnego. Poszedłem do niego i mówię:"Czarek, pokaż mi te akordy, naucz mnie". Pokazał.

- Niestety nie miałem gitary, a akustyczna rodzimego Defila kosztowała majątek. Znalazłem i na to sposób. Miałem w bloku trzy koleżanki posiadające w domu gitary. Byle jakie gitary - ale zawsze. Umawiałem się na pożyczanie ich na dwa-trzy dni, po kolei od każdej. Oddawałem zawsze punktualnie, po czym biegłem do kolejnej. Taką uprawiałem trójpolówkę. Po jakimś czasie te trzy akordy przestały mi wystarczać. A nikt, kogo znałem, nie umiał więcej. Na całym osiedlu byłem już najlepszy. Od ciotki pożyczyłem tzw. tonetkę, magnetofon szpulowy firmy Tonette. Miała na nim ponagrywane różne piosenki - Stonesów, Beatlesów... Łoiłem te kawałki non stop, wszystko po to, żeby się nauczyć więcej. Ale nie było łatwo. Ba!, było cholernie trudno.

- W końcu pojechałem na Starówkę, gdzie we wnęce w Barbakanie grały kapele - countrowe, folkowe i Cyganie, którzy byli tam zawsze. Drugim miejscem był staromiejski rynek. Gdy przychodził weekend, jeździłem patrzeć na grających i uczyć się od nich akordów. W końcu zainteresował się mną Żaba, Krzysiek Wroński - niestety już nieżyjący - zapytał, co tak ciągle przyjeżdżam. Od słowa do słowa, w końcu polubiliśmy się i zaprzyjaźniliśmy. Pomagałem im nosić instrumenty itd. W końcu mówią: "Młody, organizuj sobie skład i graj, co będziesz ciągle sam stał i patrzył".

W jakim wtedy byłeś wieku?

- Piętnaście lat. Ósma klasa podstawówki.

Założyłeś swój pierwszy zespół.

- Tak, trio. Chłopak miał na imię Piotrek, dziewczyna chyba Zuza, dziś już dobrze nie pamiętam. Była ruda. Poznałem ich na Starówce.

Nikt was nie przeganiał, że tak na czarno gracie?

- Jakie na czarno? Pamiętaj, że to były zupełnie inne czasy niż dzisiaj. Nikt nie myślał, czy to jest zgodne z przepisami czy nie. Jedynie z Cyganami trzeba było się dogadywać.

Dlaczego?

- Bo oni w jakimś sensie tam rządzili. Przez zasiedzenie. A my weszliśmy w pewien układ, który zakładał kolejność, według której te kapele grały.

Graliście w weekendy?

- W weekendy i codziennie w wakacje.

I co twoja matka na to?

- Matka o wszystkim wiedziała, a że widziała moją pasję i grosiki, które przynoszę do domu, nie robiła trudności.

Dużo przynosiłeś tych grosików?

- Jednego dnia mogłem przynieść i ze sto złotych - na dzisiejsze pieniądze.

To niemało.

- Dlatego miałem spokój. Inna sprawa, że matka nie chciała ode mnie tych pieniędzy. Wystarczało jej, że będę miał na własne wydatki, których ona nie musi finansować.

A nie mówiła, żebyś lepiej wziął się za naukę?

- Ale to była podstawówka i nie trzeba było być specjalnym orłem, żeby przejść z klasy do klasy. A ja przechodziłem, więc nie było problemu. Zwłaszcza że kiedy kończyła się podstawówka, ja się ostro wziąłem do roboty, bo o tym, czy się pójdzie do zawodówki czy technikum, decydowały wyniki na koniec roku. A ja chciałem iść do technikum. Liceum było jak dla mnie przechowalnią przed studiami, a ja na studia iść nie chciałem.

Czemu?

- Żeby się znowu uczyć?

Wolałeś być ulicznym grajkiem.

- No pewnie.

Matka się nie niepokoiła, co wy tam robicie oprócz grania? Spędzałeś tam czas ze starszymi od siebie.

- W ogóle tego tematu nie było. Jeżeli mnie pytasz o narkotyki, to jedyne, co wtedy funkcjonowało, to kompot lub heroina. Czyli najgorsze, co może być. Mnie jednak ten problem nie dotyczył.

A kolegów?

- Owszem.

O to pytam.

- Mnie to nigdy nie pociągało. O tym, że część ćpa, dowiedziałem się po roku. Pojechałem wówczas do Piotra, którego zastałem w stanie cholernie dalekim od idealnego.

Jak zareagowałeś?

- Nie było z nim rozmowy... Mieliśmy też na osiedlu kolesia, heroinistę. Widywałem go w różnym stanie. Facet chyba zaćpał się na śmierć. Powiedziałem sobie wtedy, że nigdy tego nie wezmę.

Dotrzymałeś słowa?

- Tak. Trawkę po raz pierwszy, też z muzykami z ulicy, spróbowałem dwa lata później.

Skąd ją braliście?

- W tamtych czasach dilerów nie było. Trzeba więc było samemu wyhodować albo znać kogoś, kto to robi. Jedni mieli lepszy towar, inni gorszy. Ale nikt nie narzekał. Nie było czegoś takiego jak handel ziołem. Jak ktoś miał, to się dzielił ze znajomymi.

Szkoda, że nie przetrwały te piękne czasy...

- No, nie wiem. Dostęp do zioła był nieporównanie trudniejszy niż dziś. Pamiętam, że z Miśkiem, perkusistą z Daabu [Dariusz Gierszewski - red.], chodziliśmy do niejakiego Marka z Remontu, który "miał". Nie wiem, skąd to się wzięło, ale Misiek strzygł ludzi. Nie był żadnym fryzjerem, nie miał wykształcenia w tym zawodzie, ale strzygł. I ten Marek za usługi Miśka dzielił się trawą. Po takim jednym strzyżeniu mieliśmy zapas na dwa miesiące. Z pełną torbą wychodziliśmy. Nie był to za mocny stuff, ale był!

- A wracając do początków: moja przygoda z trawą zaczęła się, jak jeszcze grałem na ulicy. Którejś soboty, po graniu, pojechałem z jednym z bandów pod Warszawę, do kogoś na działkę. Siedzieliśmy przy ognisku, ktoś w obieg puścił "lolka".

Z fifki?

- Nie, blanta. I nic nie poczułem. Pierwszy, drugi, trzeci raz... Nic. Może spodziewałem się czegoś innego. Wszyscy się śmiali, to i ja się śmiałem. Kiedy indziej pojechałem grać koncert z Andrzejkiem Wyrzykowskim, z którym muzykowałem w duecie na Starówce. Po występie podchodzi do nas jakiś hipis i mówi: "Chłopaki, wróciłem z Indii, dam wam takiego cienkiego papieroska. Tylko uważajcie, bo to jest bardzo mocny stuff ". Ja się oczywiście uśmiechnąłem na wspomnienie o swoim pierwszym doświadczeniu z zielarstwem, ale ciekawość zwyciężyła. Było lato, ciepło jak cholera, siedzieliśmy we trójkę na przystanku autobusowym, bo towarzyszyła nam Jolka, moja dziewczyna z Bródna. Wzięliśmy po dwa buchy i nagle dostałem halucynacji. Poczułem, jak opuszczam ciało, unoszę się nad ziemią, widzę siebie siedzącego na tym przystanku. I darłem się, żeby Jolka trzymała mnie za nogę, bo zaraz odfrunę. Andrzejowi z kolei wydawało się, że jest nosorożcem. Biegał wokół tego przystanku i atakował ludzi.

To ładnie popłynęliście.

- Kosmos, człowieku. Puściliśmy chyba z dziesięć autobusów, mając na tyle świadomości, żeby unikać ludzi. W końcu wsiedliśmy do kolejnego i myślałem, że nie dojadę, bo strasznie zaczęło mnie mdlić. Po wyjściu natychmiast puściłem pawia do śmietnika i poszedłem do Andrzejka się zdrzemnąć. Obudziłem się następnego dnia rano. Kompletny odlot. Tylko raz tak miałem. No, ale to był blant, który ktoś przywiózł z Indii. Mieliśmy też kolegę Kazika, u którego w ogródku sama się wysiewała marycha. Problem był taki, że wśród dwustu krzaków jedne kręciły, inne nie. Jak przychodziła jesień, przyjeżdżaliśmy do niego na testowanie zbiorów. I selekcję. Każdy słoik miał swój numer, więc trzeba było oznaczać swoje paczuszki numerkami, żeby następnym razem wiedzieć, co było dobre, a co do śmieci.

A przygody z czymś mocniejszym niż trawka też miałeś?

- To później. Jak już wspomniałem, generalnie kierowałem się zasadą, że chciałbym spróbować wszystkiego, ale bez kłucia, czyli heroiny. Pamiętam, że byłem na festiwalu w Sopocie, to już były lata dziewięćdziesiąte. Wyszedłem na zewnątrz zapalić papierosa i spotkałem chłopaków z zespołu Apteka. Od słowa do słowa okazało się, że mają blanta, poczęstowali, od razu poczuliśmy flow. Zaprosili mnie na wycieczkę po całym Trójmieście, pokazując miejsca, do których na pewno sam bym nie trafił. Do hotelu wróciłem około szóstej rano nieźle zmęczony, ale z głową pełną wrażeń.

- Byłem niezwykle rozrywkowym facetem. Człowiek-impreza. Oczywiście pod warunkiem, że mogłem sobie na to pozwolić, oddzielając czas na pracę od czasu na zabawę. Mam łatwość w poznawaniu ludzi, więc często trafiałem na kogoś, kto też miał ochotę pójść w miasto. Wszystko się jednak skończyło, kiedy urodziła mi się córka. Nagle stałem się dorosły i odpowiedzialny - uznałem, że czas zakończyć ten etap życia. Zbudowałem dom, ustatkowałem się.

Dużo starsi byli od ciebie ludzie, od których uczyłeś się grać na Starówce?

- Ci countrowcy i inni o kilka lat. Ja grałem z rówieśnikami, czyli z nastolatkami.

Jaki mieliście repertuar?

- Kupiłem kasetę z piosenkami country. Nauczyłem się je grać i śpiewać słowa po angielsku, choć języka nie znałem i nie wiedziałem, o czym mowa w tych tekstach. Ale to nie miało znaczenia - ta kaseta stała się moją przepustką na ulicę. Graliśmy country, trochę folk, gospel...

A polskie utwory?

- Nie. Wiesz, polska muzyka z tego okresu to Połomski, Sośnicka, Sipińska... Mało nas to kręciło. Pierwsze rockowe rzeczy, jakie usłyszałem, to Niemen, debiutancka płyta Budki Suflera "Cień wielkiej góry", potem grupa Test Wojtka Gąsowskiego. Omega z Węgier. Słuchało się też radiowej Trójki, bo grała zachodnią muzę, no i oczywiście "Powtórki z rozrywki". Listy Niedźwiedzia jeszcze nie było, weszła dopiero w 1982 roku.

Od początku byłeś wokalistą?

- Śpiewaliśmy na trzy głosy. Żeby brzmiało jak The Eagles. Ja byłem wychowany na tym, że muzyka to przede wszystkim śpiew.

Długo tak graliście?

- Nie więcej niż półtora roku, więc trudno tu mówić o epizodzie. W trzeciej klasie zastał mnie w Polsce... stan wojenny. Robiło się niebezpiecznie, coraz więcej osób wyjeżdżało. Między innymi do Austrii, której władze nie wymagały wizy - trzeba było mieć jedynie zdeponowane w banku pieniądze. Mechanizm był taki, że bank drukował poświadczenie, które okazywało się w konsulacie. Potem można było wypłacić te pieniądze i zrobić z nimi, co się chciało, czyli najczęściej oddać. Ważny był sam kwit. Wymagana kwota wynosiła trzysta dolarów - kosmiczna na tamte czasy, skoro mieszkanie w Warszawie można było kupić za półtora tysiąca dolarów. Oczywiście nie miałem takich pieniędzy, ale zapożyczyłem się, wiedząc, że zaraz oddam. Zaczęły wyjeżdżać kolejne tury znajomych, trafiając do obozów dla uchodźców w Austrii, skąd później lecieli za ocean - do Kanady, Stanów, Australii...

- My z kolegami planowaliśmy wyemigrować właśnie do Australii, chociaż tak naprawdę to po prostu byle dalej od tego gówna. Pojechała pierwsza, druga, trzecia tura... Ja miałem być w czwartej. Czekałem tylko na paszport, który miałem dostać 10 stycznia. Niestety, trzynastego grudnia wybuchł stan wojenny... Dla mnie dramat. Straciłem sens życia, wpadłem w depresję. Impuls do działania dało mi dopiero pewne zdarzenie...

Zakochałeś się.

- Poznaję na Starówce prześliczną blondynkę. Jestem w nią wpatrzony, zafascynowany. Ona też. Zakochuję się w niej, a ona we mnie. W szkole muzycznej uczy się grać na skrzypcach. Czyli też muzyk, moja krew! Klasyka jednak kompletnie jej nie interesuje... Też chce śpiewać i okazuje się, że całkiem nieźle jej to wychodzi. Pierwszy seks w moim życiu to właśnie z Beatą, w wakacje między trzecią a czwartą klasą. Kompletnie na jej punkcie oszalałem. Przez to rzuciłem szkołę, w której - nawiasem mówiąc - coraz gorzej mi szło. Tak mnie ta muzyka wciągnęła.



Dlatego cię pytałem, jak matka reagowała na to granie.

- Matka była z boku tego wszystkiego. Pewnie nieraz po cichu z tego powodu płakała. Myślę jednak, że widząc moje szczęście, nie chciała mi tego zabraniać. Jeździłem na Krasińskiego do szkoły muzycznej Beaty, czekałem na nią, kiedy wyjdzie między lekcjami na przerwę. Przychodziła do mnie, całowaliśmy się, po przerwie wracała, a ja znów czekałem na nią 45 minut. I tak w kółko, dzień po dniu. Do własnej szkoły i tak wiedziałem, że nie ma sensu wracać. Byłem zagrożony z pięciu przedmiotów.

Matka przeczuwała, że sprawy zaszły tak daleko?

- Wiesz, ja się nie chwaliłem, a matka do dzienniczka nie zaglądała. Byłem już dorosłym facetem, a mamę interesowało przede wszystkim moje młodsze rodzeństwo. Aż pewnego dnia do domu dzwoni dyrektor szkoły. Zbladłem. Widząc, że przestałem uczęszczać, zaprosił mnie na rozmowę. Pogadaliśmy chwilę o nauce, przyznałem mu się, że jestem zakochany itd. Mówi do mnie: "Z czterema profesorami załatwiłem. Dadzą ci szansę, bo wiedzą, że jesteś mądry chłopiec. Ale pozostaje fizyka. Pani profesor powiedziała, że nie ma biletów ulgowych. Musisz chodzić i się uczyć. Obiecaj mi, że mnie nie zawiedziesz. Że pójdziesz i zdasz tę fizykę". Obiecałem i zdałem, chociaż pamiętam, że egzaminy odbywały się w trakcie mistrzostw w piłkę nożną, które oglądali wszyscy na podwórku. Pomógł nam woźny, który wszedł do sali, kiedy zdawaliśmy egzamin, i ubłagał nauczycielkę, mówiąc jacy to jesteśmy fajni i odpowiedzialni. Zdałem ja, zdała moja dziewczyna. Kosmos! Zaczynały się cudowne wakacje - na ulicy.

Jako grajkowie?

- Oczywiście, że tak. Najpierw graliśmy w Warszawie, a potem ruszyliśmy w Polskę, we dwójkę.

Romantycznie.

- Bardzo! Mówię do niej: "Słuchaj, ciepło jest, jedźmy do Zakopanego". Pojechaliśmy, graliśmy na Krupówkach, gdzie poznaliśmy inny zespół - dwóch gitarzystów i saksofonistę. Zaprzyjaźniliśmy się i stworzyliśmy razem grupę.

Dobrze już wtedy grałeś?

- Już całkiem nieźle dawałem sobie radę.

Czyli nikt was z tej ulicy nie przepędzał.

- Pełna profeska. Ludzie stawali, słuchali i wrzucali pieniądz. Jak ktoś już przystanął, wiadomo było, że wrzuci. W każdym razie w trakcie tego wyjazdu trafiło mi się granie na weselu, więc musiałem na kilka dni opuścić towarzystwo. W tym czasie okazało się, że komuś na Krupówkach nie pasowało, że zespół mu gra pod oknem i jednego z muzyków milicja zabrała do aresztu. Jako że jedyną osobą, która miała pieniądze, byłem ja, kupiłem bilety na PKS i wszyscy pojechaliśmy do Krakowa, skąd pochodziła tamta kapela, a potem do Częstochowy.

- Wspominam ci o tym, bo za którymś razem, kiedy do tej Częstochowy wróciłem z kolejnego grania na weselu, okazało się, że Beatka jest już z kimś innym. Zawrócił jej w głowie chłopak, który początkowo z nami grywał i który wykorzystał fakt, że ja na każdy weekend znikałem. Po tym wszystkim pojechałem z Biedronem, chłopakiem, który grał w poznanej w Zakopcu kapeli, nad morze, na Jarmark Dominikański. Tam zakumplowaliśmy się z innymi muzykami, mieszkaliśmy u nich...

Dzisiaj na takie życie mówi się melanż.

- A wtedy hipiserka. Totalna! Cudowny czas. Ale wciąż daleko od narkotyków i wszystkich tych spraw. Graliśmy na ulicy, poznawaliśmy ludzi, z którymi do dziś utrzymuję kontakt. Część z nich była na koncertach De Mono.

Pamiętasz, czy ktokolwiek z poznanych wówczas ludzi widział w tobie potencjał, który później wykorzystałeś?

- Chcesz zapytać, czy dostrzegł talent? Nie wiem. Wiem, że wszystko, do czego doszło lata później, zostało okupione ciężką pracą. Dla mnie wystarczającym potwierdzeniem umiejętności było to, czy na ulicy ludzie wrzucają pieniądze do kapelusza. Nam wrzucali o tyle łatwiej, że z tym kapeluszem chodziła Beata. A że była bardzo ładna...

Jak doszło do tego, że zacząłeś dostawać fuchy na weselach?

- Jak skończyłem podstawówkę, zgłosił się do mnie Artur Koliński, chłopak z tej samej szkoły, ale o rok młodszy, który pamiętał, że gram na gitarze. Zaproponował, żebym mu dawał lekcje - za pieniądze. Myślę sobie, świetnie - będę nauczycielem. Poza tym każda kasa była ważna. W końcu po którejś lekcji zakumplowaliśmy się. Miał fantastycznego ojca, który był totalnie zakręcony na punkcie rock and rolla. Mieli gramofon i mnóstwo płyt - Elvis Presley, Neil Sedaka... Klasyka. A oprócz tego magnetofon, dzięki czemu można było rozkminiać kawałki, jak są grane. Wiesz, puszczasz taśmę i zatrzymujesz, a na ucho próbujesz szukać akordów. We dwójkę to robiliśmy, bo chłopak był całkiem zdolny.

- Potem ktoś go zaprosił, żeby grał na weselach. Strasznie mu tego zazdrościłem, bo tam naprawdę się zarabiało. I wyobraź sobie, że kiedy byłem w trzeciej klasie technikum, zaproponowano mi pracę w tym samym zespole. Okazało się, że kolesia, który z nimi grał, zabrali do wojska. No i zaczęło się inne życie - w sensie finansowym. Za jedno wesele inkasowałem tyle, ile moja matka za miesiąc pracy.

Często grałeś?

- Latem w prawie każdy weekend. Granie na weselach to była dla mnie prawdziwa szkoła.

Trzeba było mieć kondycję.

- Kondycję? Z kondycją to ja nie miałem problemów - młody byłem, nie paliłem jeszcze fajek, nie piłem. Trzeba było natomiast nauczyć się grać trzysta kawałków. Od Mozarta po Boba Marleya, przez tango i wszystkie wiejskie, ludowe i wojskowe przyśpiewki. To był kanon, który się grało zawsze, a do którego dokładało się aktualne przeboje stanowiące główne źródło dochodu.

Dedykacje.

- Bywało, że tę samą piosenkę grało się i siedem razy.

Klient płaci, klient wymaga.

- Właśnie. Dało mi to niezwykle dużo w sensie warsztatowym. Poza tym fascynowało mnie to - podróże, pyszne jedzenie...

Piękne kobiety.

- Też, ale kto zwraca uwagę na zespół przygrywający na weselu? Może koło trzeciej, kiedy faceci leżą już z gębami w sałatkach, panny zaczynają się rozglądać za innymi partnerami. Ale to zawsze było ryzyko dostania po ryju i - przede wszystkim - rzecz niedopuszczalna z profesjonalnego punktu widzenia. Granie na weselach to ciężki kawałek chleba. Grałem na dziesiątkach i wiem, że zawsze ktoś jest niezadowolony. Jedzenie niedobre, muzyka nie taka, gości za dużo, wódka za ciepła... Ale pamiętam też wesele, które trwało... trzy dni. Na zmianę - jedzenie, tańce, jedzenie, tańce. Kończyło się o piątej-szóstej rano, przerwa na sen i o dwunastej w południe zabawa zaczynała się od nowa. Mieliśmy wracać do domu, ale rodzice pary młodej cały czas dbali o to, żebyśmy nie byli pokrzywdzeni i wypłacali kolejne honorarium. Młodzi naprawdę dawali radę. Widać było, że w ogień za sobą wskoczą. Wracałem ledwo żywy, ale za to kieszeń była pełna.

Nie piło się na weselach?

- Piło się, ale ja ani kropli. Nic tam dla siebie nie miałem. Byłem amatorem słodkiego wina, którego nie podawano. Młody byłem. Raz, z jakiejś okazji - chyba urodzin, spróbowałem weselnej gorzały, która okazała się bimbrem, a do tego ciepłym. Zwróciłem wszystko natychmiast i siedziałem blady do końca imprezy. Po tamtym wydarzeniu długo nie podchodziłem do wódki.

A jak się nazywała wasza weselna kapela?

- Rongo-rongo.

Oryginalnie...

- Tak. Oznaczało system pisma obrazkowego używanego dawnej na terenach Polinezji. Nosiliśmy białe koszule, czarne spodnie i zielone wyszywane kamizelki z filcu. Wyglądaliśmy koszmarnie! Ale cóż, takie były czasy.(...)

Jesteś muzykiem od prawie czterdziestu lat. Nagrałeś kilkanaście płyt, zagrałeś pewnie kilka tysięcy koncertów. Masz jeszcze z tego jakąś przyjemność? Można w to włożyć całe serce?

- Zdziwisz się pewnie, ale tak. Bo każdy koncert jest inny - przychodzą inni ludzie, gdzie indziej go grasz... Nigdy nie wiadomo, jak będzie, co się wydarzy. Musisz jednak odróżnić dwa typy koncertów - składankowe, podczas których grasz jako jedna z iluś kapel, i taki, gdzie ludzie przyszli wyłącznie dla ciebie, płacąc za bilety. Takie występy są oczywiście o wiele łatwiejsze - publika zna twoje kawałki, śpiewa je, wchodzi w spontaniczną interakcję. Pełna frajda. Kiedy jednak przychodzi ci grać na "Dniach Jakiegoś Miasta" i jesteś jednym z wielu wykonawców, nie jest już tak łatwo. Publika też nie reaguje żywiołowo. Wiesz, jak jest - od rana leje się piwko, do tego wysoka temperatura i pod koniec dnia ludzie nie mają już siły na skakanie. Pod sceną czasami się znajdzie jeden albo kilku lokalnych pijaczków, którzy są pierwszymi tancerzami i to oni rozładowują atmosferę. Lubię ich obserwować, bo pozbawieni są hamulców i tańczą do swojego, kompletnie niezrozumiałego rytmu. Cieszą się i bawią, zarażając przy okazji innych.(...)

I z takimi samymi emocjami po raz tysięczny śpiewasz "Kochać inaczej"? Ludzie pod sceną oczekują, że zaśpiewasz ten numer, jakbyś miał to robić ostatni raz w życiu... A jaka jest prawda?

- Za każdym razem staram się wykonywać swoją robotę najlepiej jak umiem. Próbuję przekazywać te emocje w sposób autentyczny, natomiast - i to jest chyba naturalne - mam je zakodowane gdzieś w głowie. Nie łudźmy się, nie przeżywam tego numeru tak samo, jak przeżywałem, kiedy byłem młodszy o trzydzieści lat. Miałem wówczas nieporównanie mniej doświadczeń, inne marzenia, wartości... Bądźmy realistami. Staram się jednak zaśpiewać najlepiej jak potrafię, z uczuciem, bo inaczej za rok mnie do Bartoszyc nie zaproszą, pamiętając, że Krzywy dał ciała.

- Czasami zdarzało mam się grać na imprezie, gdzie po paru kawałkach ludzie po prostu siadali do stołu, bo podano drugie danie. Potem wprawdzie wracali, ale czuło się, że się gra do kotleta. Jednak nawet wtedy musisz zrobić to dobrze, bo tego wymaga profesjonalizm czy etyka zawodu. Wiadomo, że są dni lepsze i gorsze. Te ostatnie, kiedy jestem po kilku koncertach, coś mnie boli, nie mam humoru, przeżywam trudne chwile...

No właśnie, co wtedy?

- Może mam słabsze gadane, może z mniejszym entuzjazmem skaczę po scenie. Ale jednak staram się trzymać określony poziom.

A cieszy was jeszcze granie starych numerów?

- Jasne! Ludzie przychodzą na koncert, żeby posłuchać hitów. To siła, która ich przyciąga. Magnes. W związku z tym każdy koncert składa się z hitów, ale też z mniej znanych, natomiast idealnie wpasowujących się w program utworów, również nowych. Dzięki nim z jednej strony pokazujemy, że nagrywamy kolejne płyty, rozwijamy się i jesteśmy twórczy, z drugiej sondujemy, co mogłoby trafić na następny singiel.

Widząc szalejących po scenie pięćdziesięcioletnich facetów, zastanawiam się, ile w tym...

- Teatru? Publika niezwykle niesie. Kiedy widzę na widowni szał, przeżywam te emocje razem z nią. Albo - po prostu - jest mi miło. Też dobrze.

Zdarza ci się zapomnieć tekstu?

- Pewnie. Jestem tylko człowiekiem. Często mam ściągę, kiedy gramy nowy numer. Znam tekst, ale muszę mieć możliwość spojrzenia, gdyby coś się popieprzyło. Natomiast w śpiewaniu starszych utworów jest już pewnego rodzaju automatyzm. W sytuacji gdy faktycznie zapomnisz choćby jedno słowo, jesteś w stanie szybko wrócić na właściwy tor. I to jest cudowne!(...)

Wyszedłeś kiedyś na koncert pijany?

- Wyszedłem. Ze dwa razy w życiu i to na samym początku.

Pamiętasz okoliczności?

- Ja tak, mam nadzieję, że inni tego nie pamiętają. Zaproszeni zostaliśmy do Szklarskiej Poręby. Podobnie jak w Moskwie czy Pradze odbywał się zlot młodzieży socjalistycznej - Czesi, Rosjanie, Węgrzy... Jeden z naszych koncertów zaplanowano na godzinę piętnastą. A pamiętam, że do trzynastej sprzedawano browar. Była piękna wiosna, więc o nartach nie było już mowy, ludzie siedzieli i pili. Była to zresztą jedyna atrakcja w mieście. Poznałem tam wtedy Majora - miejscowego watażkę, który mnie bardzo polubił. Oczywiście zaczął mnie namawiać, bełkocąc: "Majorowi nie odmówisz". I faktycznie, ciężko było to zrobić. Jeden kieliszek, drugi, trzeci... Chłopaki poszli się przygotowywać do występu, a ja nie mogłem się zebrać. W końcu ruszyłem.

-  Stanąłem na scenie, poczułem, że nogi się pode mną uginają i nie bardzo wiem, co się dzieje. Zaczęliśmy grać, popieprzyły mi się teksty, co akurat nie miało wtedy większego znaczenia, gdyż oprócz polskiej obsługi na widowni siedzieli niemal sami Niemcy z NRD i kilku Węgrów. Oprócz tego, że nieudolnie próbowałem śpiewać, grałem na przeszkadzajce, znanej jako cow-bell, czyli krowi dzwonek. Uderzałem nieporadnie, ale z taką siłą, że ilekroć chybiłem, waliłem sobie w palce, w rezultacie raniąc je... Totalna kompromitacja.

- Oczywiście na koncert przybył niejaki Major, zajmując miejsce w pierwszym rzędzie. Więc co drugi kawałek darł się: "Dajesz, Jędrek!", "Jedziesz, k*rwa, Jędruś!"... Porażka. Wtedy powiedziałem sobie: nigdy więcej.

Dzisiaj technika koncertowa stoi na dużo wyższym poziomie, niż kiedy zaczynaliście.

- Ale chyba nadal tak jest, że jadąc gdzieś, nie macie pewności, co zastaniecie. Dziś już nie, ale pamiętam taką historię, że przyjechaliśmy do domu kultury gdzieś w Polsce. Wchodzimy, a na widowni siedzą dzieci z podstawówki... Zapewne był to Dzień Dziecka. Patrzymy po sali, w której mieliśmy grać, i pytamy, gdzie jest sprzęt. Głośniki, wzmacniacze... "Jak to, a nie macie ze sobą?", pytają nas. "Tu jest gniazdko, przecież macie gitary elektryczne, więc czego brakuje?". Zatkało nas. I co robić?

No właśnie, co?

- Marek [Kościkiewicz - red.] wziął gitarę akustyczną, Robert [Chojnacki - red.] saksofon, ja zaśpiewałem... I tak zaprezentowaliśmy tej gromadce kilka piosenek. I do domu. Ale to oczywiście stare czasy. Dzisiaj obowiązuje tak zwany rider, czyli dokument, w którym precyzyjnie określone są wymagania techniczne dla organizatorów.(...)

Z kim ze środowiska zaprzyjaźniłeś się przez te wszystkie lata? Odwiedzacie się, dzwonicie z życzeniami na święta, jeździcie razem na wakacje?

- Z nikim. W takim stopniu, o jaki pytasz, czyli na gruncie osobistym. Przez lata byłem dość blisko z Kaśką [Kayah - red.], przyjaźniłem się z Formacją Nieżywych Schabuff, tak że wyjeżdżaliśmy razem na wakacje... Mam wielu znajomych, serdecznych mi ludzi, stoję natomiast na stanowisku, że należy oddzielać życie zawodowe od osobistego. Nawet w ramach De Mono spotykamy się w towarzystwie żon niezwykle rzadko, bo raz w roku.

Na święta?

- Na sylwestra. Zwykle gdzieś wtedy gramy, więc naturalne, że jedziemy z żonami. Ale jeżeli nie chcą, to nie jadą. To nie tak, jak wszyscy uważają, że mamy superwygody. Bywa, że na koncert trzeba się tłuc busem dziesięć godzin, a po drodze jedyne, co masz czas zjeść, to zestaw w McDonaldzie. Dupa od siedzenia dziesięć godzin boli tak samo w limuzynie czy w małym fiacie.

Często odbierasz telefony od znajomych muzyków z gratulacjami, że masz fajny kawałek, że wydaliście dobrą płytę?

- Bardzo rzadko.

Zawiść?

- Nie.

A ty dzwonisz?

- Równie rzadko.

Dlaczego? Przecież to miłe.

- Ale po co? Mogę mu to powiedzieć, jak się spotkamy.

Tak często się widujesz z kolegami po fachu?

- Zdziwiłbyś się, jak często. Mijamy się na koncertach, festiwalach, w telewizji czy radiu. Dlatego tutaj, na wsi, mam swoją enklawę, do której zapraszam szczególnych dla mnie, bliskich ludzi, a nie jest ich wielu. Może dlatego, że stosunkowo często zdarza mi się strzelić jakąś gafę.

Jak to?

- Nieraz czułem, że jestem już skończony towarzysko. Wśród kolegów cieszyłem się niechlubnym mianem mistrza obciachu i niewypałów. Opowiem ci jedną z takich historii. Gramy koncert w Łodzi. Schodzimy, po nas ma grać Edyta Górniak. Pod sceną czeka jej kapela. Po tylu latach w zawodzie zna się już większość składów, ale ponieważ Edyta często zmienia ten swój, mam prawo niektórych twarzy nie kojarzyć, zwłaszcza że to młodzi chłopcy.

- Jeden z nich mówi: "Panie Andrzeju, niech pan da rękę uścisnąć, ja się wychowałem na pańskich piosenkach...". "Daj spokój, stary, grasz z Edytą, masz na pewno lepiej", próbuję żartować. Przybijamy piątki, do każdego podchodzę, przedstawiamy się sobie. "Andrzej-Piotrek", "Andrzej-Krzysiek". Kolejnemu podaję rękę: "Andrzej jestem". A ten nic. No to ja znowu. Cisza. W końcu klepię go w ramię: "No, co ty, chłopie, obudź się". "Przepraszam, ale ja jestem niewidomy"... Myślę sobie: "Boże, jaki ze mnie jest kretyn, jaki palant... Jak ja mogłem tego człowieka tak potraktować...". Biorę jego rękę i mówię: "Czujesz? To jest moja głowa. Weź mi przywal, byle zdrowo". On na to, dość rozbawiony: "Spoko, nic się nie stało. To nie pierwszy raz". Chłopaki od Edytki pokładają się ze śmiechu: "Niech się pan nie przejmuje, on nie widzi problemu" . Potem tego chłopaka raz spotkałem. Znakomity klawiszowiec. Ma studio nagraniowe na Żoliborzu.

Staram się drążyć z tobą temat, jakim jest ego artysty, które jest ego szczególnym.

- Dlaczego tak uważasz? Moje ego nie różni się od pani pracującej w bibliotece czy pana w banku.

Myślę, że ich praca nie jest poddawana na co dzień takiej ocenie społecznej jak twoja i co innego stanowi dla niej punkt wyjścia. Ty jako artysta swoje ego musisz stale karmić, oni swoje ego zostawiają w domu, każdego dnia wychodząc z teczką o ósmej rano.

- Nie zgadzam się z tobą.

I nie odbiła ci nigdy palma?

- Wątpię. Poznałeś mnie i widzisz, że jestem normalnym facetem.

A kiedyś, kiedy byłeś na szczycie?

- A dziś już nie jestem, tak? Spokojnie, wiem, co masz na myśli. Jestem pewien, że zawsze zachowywałem właściwy stosunek do świata i ludzi. Owszem, były różne momenty, zwłaszcza kiedy miałem płytę pokrywającą się poczwórną platyną, którą wtedy dostawało się za milion sprzedanych sztuk. Ale nigdy nie gwiazdorzyłem. Nie wiem, może po prostu nigdy nie byłem aż tak bogaty. Żyję w sumie z dnia na dzień, nie odkładam na starość, martwię się zimą, kiedy dom trzeba ogrzać. Samochodów nie zmieniam co sezon, bo rzeczy, które lubię i które mi dobrze służą, mają u mnie dożywocie. Jak instrumenty, mimo że część z nich nadal na siebie nie zarobiła. A poza tym uważam, że pewien poziom kindersztuby wynosi się z domu.

- Ale w jednym się z tobą zgodzę. Jako artyści działamy w tej specyficznej sferze, w której sukces w dużej mierze zależy od innych. Jeżeli ktoś myśli, że nauczył się zawodu na tyle, że ma przepustkę, swoisty patent na to, jak sobie tę życzliwość świata zapewnić, to ja mu powiem prosto w oczy: no f*cking way! Mówiłem ci już, że dzisiaj pracujemy w De Mono znacznie ciężej i więcej niż kiedyś. I myślisz, że to się musi przełożyć na sukces? Dzisiaj dobra piosenka już nie wystarczy. Bo za nią musi pójść potężna machina marketingowa, żeby mój teledysk na YouTube obejrzało parę milionów ludzi, którzy polecą ją na Facebooku swoim znajomym, a ci wejdą, zobaczą i zalajkują. Ale nie mam złudzeń - nie jestem Justinem Bieberem czy inną gwiazdą dla młodzieży, która za pokazanie się na gali w t-shircie konkretnego producenta zgarnie milion dolców, bo następnego dnia połowa dzieciaków będzie chciała w tym chodzić.

 

Fragment książki "Na krzywy ryj. Szczera spowiedź lidera De Mono". Rozmowę poprowadził Kuba Frołow. Wydawnictwo Edipresse Książki. Premiera: październik 2016.

Skróty i gwiazdki pochodzą od redakcji.

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje