Andrzej Piaseczny o byciu dobrym

WWF, Fundacja Anny Dymnej "Mimo wszystko" i Międzynarodowe Centrum Słuchu i Mowy Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Kajetanach k/ Warszawy to organizacje, które są stale wspierane przez Andrzeja Piasecznego. W sobotę, 8 września, piosenkarz weźmie udział w koncercie "Serca Dzieciom" w kieleckiej Kadzielni. O tym, jakie jest jego podejście do działalności dobroczynnej, opowiada portalowi INTERIA.PL.

Agnieszka Łopatowska, INTERIA.PL: Łatwo jest cię namówić na udział w koncercie charytatywnym?

Andrzej Piaseczny: Ojoj, to jest temat rzeka. Ludzie dawniej wstydzili się prosić o pomoc. Chyba nie do końca potrzebnie. Ale kiedy ten wstyd minął, okazało się, że ludzi, którzy potrzebują tej pomocy, jest potwornie, potwornie dużo. Problem polega na tym, że - chcę być uczciwy, nie lubię ściemniać - ja grając koncerty zarabiam na życie. Po prostu. To jest mój sposób utrzymania. Oczywiście - mam więcej niż inni. Jasne - przyznaję się do tego. Jestem dosyć majętnym człowiekiem, na pewno nie bieduję i na pewno nie dotyczy mnie średnia krajowa. Natomiast ta ilość charytatywnych koncertów, o które się mnie prosi, spowodowała wątpliwości, czy kiedy ja się decyduję na zagranie koncertu za darmo, to wszyscy obok mnie występują również za darmo. Czy scena przyjeżdża za darmo, czy światło stawia się za darmo, czy powierzchnia, na której występujemy, jest udostępniana za darmo itd.

Reklama

To jest jedna sprawa. I w związku z nią doszedłem do wniosku, że jednak być może bardziej bezpiecznie jest grać koncerty za pieniądze, a potem przekazywać je na cele, które uznaję za słuszne. I proszę mi wierzyć, że to robię. Nie chwalę się tym, bo uważam, że to nie jest potrzebne. Nie muszę podbudowywać się, jaki jestem dobry, wspaniały i ile pieniędzy daję dla ludzi, którzy są - powiedzmy - troszkę biedniejsi ode mnie.

Natomiast druga sprawa jest taka: otóż idziemy ulicą i spotykamy naprawdę wiele osób, które proszą nas o grosik, symboliczny grosik. I jasne, że czasem jako ludzie o dobrym sercu wrzucamy: to grosik, to grosik, to grosik. Często sumy troszkę większe, prawda? Teraz ja sobie zadaję pytanie, czy ten grosik, który wrzuciłem człowiekowi do czapki - i przepraszam, że to mówię, ale o którym dowiadujemy się często, że zarabia krocie w ten sposób, a tylko na ulicy wygląda na biedaka - to jest dobra forma pomocy? Może lepiej jest jednak wybierać organizacje, które pomagają ludziom.

Oczywiście każdy medal ma dwie strony i często na przykład w odpowiedzi na to, co w tej chwili mówię, spotykam się z takim zdaniem: "No dobrze, a fundacja Owsiaka? Przecież oni zarabiają tam kolosalne pieniądze?". Jasne, ale proszę popatrzeć, ile fundacja Owsiaka zrobiła dobrego. Ile sprzętu zafundowali, ile poprzez organizowaną przez nich pomoc stało się dobrych rzeczy. Dlatego myślę, że warto znaleźć sobie organizacje, które trudnią się - to może złe słowo - ale myślą o zorganizowanej pomocy czy to ludziom biednym, czy dzieciom, sierotom itd. Nie zawsze ten grosik, który wrzucamy do kapelusza, to są "dobrze wydane" pieniądze.

Anita Lipnicka w swoim felietonie na naszych stronach napisała, że w momencie, w którym zorientowała się, ile warte jest jej nazwisko, przystopowała z udzielaniem pomocy charytatywnej, bardziej przyglądała się takim propozycjom, bo po prostu w wielu przypadkach była oszukiwana. Byłeś w takiej sytuacji?

Tak jak mówię - często okazuje się, że tylko artysta gra za darmo, a wszystko, co się dzieje dookoła, to są rzeczy za pieniądze. Nie sądzę, aby to miało bezpośredni związek z wartością artysty, nazwiska, twarzy itd. Natomiast chciałbym troszkę odwrócić sytuację. Chcę wyraźnie powiedzieć, że to, że czasami zostajemy oszukani, że czasami życie daje nam kopniaka, ludzie okazują się nieuczciwi, to wcale nie powinno sprawić, żebyśmy przestali pomagać, stali się twardzi, nieprzejednani. Naprawdę myślę, że jeśli los nam zafunduje "kopniaka w dupę", to warto zastanowić się, czy to nie miało jakiegoś celu. Jeżeli chcesz być naprawdę człowiekiem o wielkim sercu, to jesteś nim niezależnie od tego, czy zostaniesz oszukany raz, dwa czy trzy.

A dlaczego zdecydowałeś się na koncert w Kielcach?

Odpowiem przewrotnie: nigdy nie lubiłem być pierwszy ani dziesiąty w wyścigu po kanapkę. Być może wy (czyli nasi użytkownicy, do których zwrócił się Andrzej Piaseczny w obiektywie naszej kamery - ) nie wiecie, o co chodzi, ale powiem to wprost: mam wielu przyjaciół, staram się mieć wielu przyjaciół, ale moi przyjaciele to tak naprawdę są zwykli ludzie, dokładnie tacy jak ja. Nie szukam znajomości - może nadużyłem słowa "przyjaciele" - wśród osób rozpoznawalnych, nie potrzebuję być w centrum wydarzeń, nie potrzebuję być w Warszawie, non stop siedzieć tam, gdzie jesienią odbędzie się cała seria bankietów, na których pieniądze będą wydawane na kanapki z kawiorem, po które wszyscy startują... Mnie to kompletnie nie bawi. Jestem człowiekiem, który lubi być w centrum wydarzeń, ale na scenie. To jest moje powołanie, a nie bycie na bankiecie.

Od osób sławnych wymaga się wiele. Jakie są najczarniejsze strony popularności?

Widzisz, pytasz człowieka, który poznał smak "góry" i "dołu". I myślę, że każdy powinien - niezależnie od tego, że czasem to boli - jednak poznać obie strony. Dlatego, że stajemy się przez to po prostu troszkę bardziej normalni. I kiedy chwilowo poddajemy się takiemu stanowi, że dosyć mamy tego, jak ludzie za nami biegają, to gdy poznajemy smak tej drugiej strony medalu, okazuje się, że wcale nie mamy tego dosyć. Gdybyśmy nie lubili tego, co robimy, tego bycia rozpoznawalnymi i poznawania ludzi - czasami w nadmiarze - to byśmy po prostu nie robili tego, co robimy. Jest tylko jedyna rzecz. Bardzo was proszę (tu Andrzej zwraca się do naszych użytkowników - ), jeśli kiedyś spotkamy się w jakiejś restauracji, pozwólcie mi dokończyć jeść. A dopiero potem podejdźcie.

Dowiedz się więcej na temat: ITD | organizacje | fundacja | grosik

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje