Aneta Zając: Spełniam swoje marzenia!

Jako dziecko chciała być baletnicą, potem aktorką. Dziś gra w popularnym serialu, wygrała też "Taniec z Gwiazdami". Nam zdradza, jak udaje jej się łączyć pracę z samotnym wychowaniem synów.

Tanecznym krokiem weszła w nowy etap życia. Zawodowego, bo kolejny rozdział życia prywatnego zaczęła już dwa lata temu, gdy po rozstaniu z aktorem Mikołajem Krawczykiem wyprowadziła się z Wrocławia - gdzie powstaje serial "Pierwsza miłość" - z powrotem do rodzinnej Warszawy. Kiedy stworzyła nowy dom dla synów Michała i Roberta (3 l.), znalazła spokój i szczęście. Teraz koncentruje się na pracy.

Reklama

Ewa Anna Baryłkiewicz: Ochłonęłaś już po zwycięstwie w "Tańcu z Gwiazdami"? Czy wciąż lekko unosisz się nad ziemią?

Aneta Zając: - Powoli staram się wracać do normalnego życia. "Staram się", bo po czterech miesiącach intensywnej pracy, codziennych treningów i spotykania się z tymi wszystkimi fajnych ludźmi, bycia z nimi blisko i wspólnego tworzenia tego programu, niełatwo wrócić do codzienności. Upłynie trochę czasu, nim przestanę tęsknić. Chociaż... coś mi się zdaje, że zawsze będę tęsknić za "Tańcem z Gwiazdami".

Za czym najbardziej? A może jednak powinnam spytać: za kim?

- Za atmosferą, oczywiście! (śmiech) No dobrze... nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeżeli powiem, że najbardziej zaprzyjaźniłam się ze Stefanem (Terrazzino, partner aktorki w "Tańcu z Gwiazdami" - przyp. red.). Spędzaliśmy razem całe dnie, a na tak ostrych treningach ludzie poznają się naprawdę dobrze, nie tylko z dobrej strony (śmiech). Ale zżyłam się też z innymi tancerzami i osobami z produkcji. Mam tylko nadzieję, że nasze przyjaźnie przetrwają... bo oni od jesieni ruszają z nową edycją, w nowym składzie. Strasznie im zazdroszczę. Rozkochałam się w tańcu na dobre! Chociaż pochodzę z rodziny, w której są same umysły ścisłe, zawsze ciągnęło mnie na scenę. Kiedyś marzyłam nawet, żeby być baletnicą.

A nie chemikiem?! Podobno na te studia się wybierałaś. Widziałaś się w laboratorium?

- Nie, to za dużo powiedziane. Gdy kończyłam liceum, marzyłam o szkole teatralnej. Innego wyjścia nie brałam pod uwagę. Niestety, nie dostałam się i wtedy pojawił się problem: "Co dalej?". Nie chciałam zmarnować kolejnego roku, więc doszłam do wniosku, że na wszelki wypadek wybiorę jakieś inne studia. I pomyślałam: "Skoro w liceum byłam w klasie matematyczno- geograficznej, to może na studiach chemicznych nie byłoby mi źle". Ale nawet nie próbowałam się na nie dostać, to nie miało sensu. Skupiłam się na zajęciach teatralnych i po roku przygotowań znów podeszłam do egzaminu. Tym razem poszło mi dobrze. Jeszcze w trakcie studiów dostałam rolę Marysi Radosz w "Pierwszej miłości" i gram ją do dziś.

Serial kręcony jest we Wrocławiu, a od dwóch lat znowu jesteś warszawianką. I masz trzyletnie bliźniaki, które samotnie wychowujesz... Jak sobie radzisz z pracą, z życiem?..

- Daję radę! Z pracą jest o tyle fajnie, że zdjęcia mam tylko kilka dni w miesiącu - zazwyczaj sześć, maksymalnie osiem. Dlatego gdy wyjeżdżam do Wrocławia, nie stresuję się, bo wiem, że rozstaję się z chłopakami tylko "na chwilkę". Zresztą długo bym bez nich nie wytrzymała. Często się zdarza, że wyjeżdżam rano, wracam wieczorem, a pod moją nieobecność Robertem i Michałem zajmują się moi rodzice. Wszystko ogarniam i zapewniam, że nie jest to żaden wielki wyczyn! Niektóre kobiety mają dużo gorzej - bo codziennie pracują i ciężko im pogodzić obowiązki zawodowe z prowadzeniem domu i opieką nad dziećmi.

Skoro już o nich rozmawiamy... Zdradzisz, jacy są twoi synowie?

- Nie będę obiektywna. Jak każda matka rozpływam się nad własnymi dziećmi...

Ależ bądź subiektywna, o to właśnie chodzi!

- Bardzo się cieszę, że ich mam. To najważniejsze osoby w moim życiu! A jacy są? Od początku bardzo się wspierają. I wszystko robią w tym samym czasie: śpią, jedzą, bawią się, a nawet łobuzują, bo nawzajem zachęcają się do psot. Są bardzo żywiołowi.

Panuje moda, by zapisywać maluchy na różne zajęcia edukacyjne. Też jej uległaś?

- Nie. Po co? Niech chłopcy fajnie i beztrosko przeżyją dzieciństwo, bo ono tak szybko mija... Niedługo pójdą do przedszkola, a tam już będą mieć pewne obowiązki. I dlatego na razie nie szukam im żadnych zajęć - niech się bawią do woli!

A ty masz czas na szaleństwa? Nie tylko na placu zabaw, gdy biegasz za chłopcami?

- Pewnie! Od czasu do czasu lubię poszaleć! Każdej mamie się to należy! Umawiam się wtedy ze znajomymi do klubu, jeśli mam ochotę potańczyć, czasem jakiś wieczór panieński się trafi albo czyjeś urodziny. Chodzę do kina. Żyję jak normalni ludzie! (śmiech). Poza tym biegam, jeżdżę na rowerze. Lubię aktywny wypoczynek. Synów też jak najczęściej wyciągam na powietrze - na plac zabaw właśnie, długi spacer albo jakąś wycieczkę. Choć z drugiej strony fajnie czasem zostać w domu - co rzadko mi się ostatnio zdarzało - żeby obejrzeć film, przeczytać książkę...

Albo ugotować coś dobrego?

- Na to akurat muszę znaleźć czas! (śmiech) Uwielbiam robić zupy, zapiekankę ze szpinakiem, ryby. Wyczytałam, że im wcześniej dzieci nauczą się odkrywać nowe smaki, tym w przyszłości będą bardziej otwarte na poznawanie potraw innych narodów i kultur. Dlatego nie trzymam się wersji "kotlet schabowy i nic więcej’, tylko staram się urozmaicać kuchnię.

A zdarza ci się gotować razem z dziećmi? To zajęcie też bardzo je rozwija...

- Zdarza się! Oczywiście, jeżeli później mam wystarczająco dużo czasu na posprzątanie kuchni. Bo wtedy na podłodze leżą rozbite jajka, rozsypana mąka itd. Ale jest przy tym dużo frajdy!

Nowe mieszkanie, przyjaciele, wyzwania zawodowe... Życie w stolicy wyraźnie ci służy!

- Nie miałam problemu, żeby się tu zaaklimatyzować. Podczas tych siedmiu lat, kiedy mieszkałam we Wrocławiu, często przecież przyjeżdżałam do Warszawy - i do rodziców, i na różne imprezy czy nagrania. Nie zapomniałam więc miejsc, do których kiedyś chodziłam, ani nie straciłam kontaktu ze starymi znajomymi. Wrocław na zawsze już zostanie w moim sercu, bo jest cudowny, taki cichy i spokojny, kiedy tam jadę, odpoczywam. A Warszawa? W niej się urodziłam, dorastałam. Tutaj mam całą rodzinę, przyjaciół, znajomych. Czuję więc do niej sentyment... I nawet mi nie przeszkadza jej szybkie tempo, bo tu czuję się szczęśliwa.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje