Ania Witowska: Łatwo jest obwiniać innych. Tylko po co?

- Bycie ofiarą to postawa i sposób na życie. Pozostawanie w tej roli wydaje się łatwiejsze, niż odrzucenie jej i wzięcie za siebie odpowiedzialności - mówi Ania Witowska, coach, założycielka strony "Kobiecy punkt widzenia" i autorka książki "Babskie fanaberie, czyli w cholerę z tym wszystkim".

Katarzyna Pruszkowska: Została pani mamą w wieku 16 lat, później związała się nieodpowiednim mężczyzną i zachorowała - najpierw na zapalenie otrzewnej, później na depresję. Nie ukrywa pani przed czytelniczkami swojej przeszłości, choć nie była łatwa. Ceni pani szczerość?

Reklama

Ania Witowska: - Bardzo! Wiem, że niełatwo jest być szczerym, że kłamstwa są dużo wygodniejsze. Ale czy wtedy jesteśmy sobą? Czy nieustanne kolorowanie rzeczywistości, chowanie się za maskami tego "co wypada", udawanie, że "wszystko jest w porządku", nie ograbia nas z tego kim naprawdę jesteśmy? Myślę, że relacje międzyludzkie byłyby dużo głębsze i trwalsze, gdybyśmy mieli odwagę być bardziej autentyczni i szczerzy.

Dziś do dyspozycji mamy wiele ofert szkoleń, kursów, spotkań z couchami. Korzysta z nich wiele kobiet, ale niewiele z nich wciela w życia to, czego się nauczyły: "nie mam czasu", "za jakiś czas", "pójście na warsztat musi mi wystarczyć". Jak to jest: chcemy się rozwijać, ale bez wysiłku?

- Chcemy zmian bez konieczności zmieniania. Z jednej strony wiemy, że zmiany mogą wyjść nam na dobre, ale z drugiej przeraża nas praca, którą potencjalnie musiałybyśmy wykonać. Poza tym: chcemy efektów "na wczoraj", nie wierzymy w to, że nam się uda, mamy awersję do planów i wyznaczania celów. Obawiamy się też tego, co powiedzą inni. - Moim zdaniem, aby rozwój mógł nastąpić należy przyjąć i zaakceptować dość niewygodną informację: jest we mnie coś, co wymaga pracy, coś, co jest niedoskonałe, coś, co sprawia, że pewne obszary mojego życia nie działają. Rozwój wymaga pewnego rodzaju pokory i otwartości umysłu, a do tego potrzebna jest odwaga.

Przeczytaj fragmenty książki Anny Witowskiej!

Napisała pani o sobie: "Zabrałam się ostro za siebie. Wzięłam odpowiedzialność za siebie...". Nie sądzi pani, że to nadal nieczęsto spotykana postawa? Znacznie łatwiej przychodzi nam obwinianie wszystkich za swoje niepowodzenia.

- To prawda. Łatwiej jest obwiniać rodziców, miejsce urodzenia, szkołę, ekonomię czy partnera. Obwiniać i używać tego jako wymówki. Pytanie brzmi: jak długo? Czy zrzucanie odpowiedzialności na innych zmienia naszą sytuację i czy sprawia, że staje się ona lepsza? Czy sprawi, że ktoś się nami zajmie? Temat odpowiedzialności bardzo często się pojawia w mojej pracy z ludźmi, zadaję wtedy pytanie: Czy wolisz do końca życia obwiniać innych czy zmienić to i wyjść z roli ofiary? Odpowiedzialność za siebie może się wydawać przerażająca na początku, ale tak naprawdę to furtka do wolności.

Kolejny cytat: "Zaczęło do mnie docierać, że może w życiu nie chodzi tylko o to, aby zadawalać innych, ze może ma znaczenie to czego chce ja...?". Sądzę, że z tym również Polki mają problem. Dlaczego tak bardzo chcemy żyć zgodnie z modelem, który wybrali dla nas inni ludzie i tak bardzo boimy się życia zgodnego z naszymi marzeniami?

- Proszę sobie wyobrazić co się stanie, gdy ktoś będzie pani codziennie powtarzał, że rolą kobiety jest być matką i żoną? Że wartościowa kobieta to ta, która dobrze gotuje i dokładnie sprząta? W końcu pani uwierzy, że to jedyna możliwa wersja. Stereotypy oraz presja otoczenia jest ogromna, nasze umysły są wręcz programowane na jeden możliwy model życiowy bez możliwości innej opcji.

- W pewien sposób jesteśmy też same sobie winne, bo nie wiemy czego chcemy. Uciekamy od zadawania sobie niewygodnych pytań, od poznania siebie oraz własnych potrzeb, od spędzenia czasu ze sobą... A skoro nie wiemy czego chcemy - wybieramy to, co znamy i to, co robią wszyscy dookoła.

"Niby żyłam. Wiecznie nieszczęśliwa. Z mega poczuciem winy. Niskim poczuciem wartości. Brakiem kasy i nieakceptacją siebie...". To też pani słowa. Można samodzielnie poradzić sobie z taką sytuacją?

- Oczywiście, że można! Internet pełen jest darmowych narzędzi, materiałów, ebooków i porad. Musi tylko zostać spełniony jeden warunek-trzeba naprawdę chcieć to zrobić. Trzeba podjąć decyzję i wprowadzić ją w życie.

Od lat pracuje pani z Polkami, to nasze dylematy, problemy i wady opisuje pani w swojej książce. Co jest naszym największym problemem?

- Myślę, że nadal nie wierzymy w siebie i co gorsze - nic z tym nie robimy. Na pozór udajemy, że mamy o sobie świetne zdanie, że "kto jak nie my?". Ale w środku umieramy ze strachu, że ktoś odkryje jakie jesteśmy naprawdę i nas odrzuci. Poza tym brak nam wytrwałości i wierzymy w "super skomplikowane metody" które zadziałają przez noc, zapominając o skuteczności prostych sposobów i o małych, codziennych, systematycznych krokach.

Czasem, zachęcając kogoś do zmian, słyszymy "już za późno", "mam problemy, ale przynajmniej się z nimi oswoiłam" - czy sądzi pani, że są ludzie, którzy mogą czerpać przyjemność z nieustannego ustawiania się na pozycji "ofiary"?

- Choć brzmi to absurdalnie to odpowiedź brzmi "tak". Bo taka "biedna sierotka" czuje się komfortowo będąc ofiarą. Wszyscy jej żałują, interesują się tym, co znowu jej nie wyszło i tym, jak bardzo jest jej źle. Poza tym niczego nie musi, bo przecież tyle razy udowodniła sobie i innym, że "się nie da". To mechanizmy obronne - opowiadanie sobie samej historii mających wyjaśnić "dlaczego jest tak jak jest". W pewnym momencie te historie (pełne wymówek) stają się na tyle wiarygodne, że wierzymy w nie, a także w niesprawiedliwość losu. Bycie ofiarą to postawa i sposób na życie. Pozostawanie w tej roli wydaje się łatwiejsze, niż odrzucenie jej i wzięcie za siebie odpowiedzialności.

Nawiązując do poprzedniego pytania: znam kobiety, które żyją w jałowych związkach, w których nie ma przemocy ani alkoholu, ale nie ma też uczucia, pasji. Jest nuda. Żalą się, ale nie chcą zakończyć związku, bo "już nikogo nie spotkają", "nie znajdą nikogo lepszego", "nie znajdą nikogo, kto je pokocha". Skąd w nas taki opór przed zmianami, które mogą uczynić nas szczęśliwszymi?

- Powodów jest kilka. Bardzo wiele kobiet pozostaje w takich relacjach, ponieważ nie jest w stanie poradzić sobie finansowo. To kolejna sfera, w której my - kobiety - niestety mamy wiele do nadrobienia. Boimy się pieniędzy, mamy do nich niezdrowy stosunek i z reguły nam ich brakuje. Kolejny powód to przekonanie, że inni mają gorzej. Że brak w związku fajerwerków, intymności i miłości jest tylko naszym wymysłem, a nudny związek jest normą (a przecież normy się nie zmienia).

- Jeśli w związku są dzieci to bardzo często postanawiamy zostać ze względu na nie, aby miały pełną rodzinę, aby widziały mamę i tatę razem. Zapominamy jednak o tym, że uczymy nasze maluchy dokładnie takiej samej postawy życiowej - rezygnowania, poświęcania się i udawania. Dzieci świetnie wyczuwają, że coś jest nie tak pomiędzy rodzicami, obserwując zakładają, że to jest stan naturalny i stosują w swoim własnym życiu.

- Podsumowując: zostajemy w związkach niespełnionych, bo nie wierzymy w to, że zasługujemy na lepsze. Bardziej obawiamy się stracić to "niewiele", które mamy, niż zyskać "więcej" czyli to o czym marzymy.

Ostatnio sporo mówi się o damskiej rywalizacji: konkurujemy z kobietami w pracy, obgadujemy koleżanki, oceniamy ich wybory i styl życia (weźmy na przykład matki vs kobiety, które nie chcą mieć dzieci). Jak pani sądzi - czy Polki umieją się nawzajem wspierać?

- Myślę, że Polki uczą się jak to robić, jak zaprzestać rywalizacji i zacząć wspierać siebie nawzajem. Jest to proces, który wymaga czasu, ale widzę duże zmiany wśród kobiet i z każdego przejawu tego procesu naprawdę bardzo się cieszę. Im więcej spełnionych i świadomych kobiet, tym mniej walki, bo kobieta szczęśliwa nie potrzebuje umniejszać ani zwalczać innych.  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje