Anna Dymna: To miłość daje mi siłę

Choć jej zawód niesie wiele pokus, nigdy nie miała przygód. Kocha męża, syna i przyjaciół. I swoje duże "dzieci".

Mama wychowała ją na pięknego, wrażliwego człowieka. A ona ten kapitał miłości jeszcze pomnożyła, szczodrze rozdając siebie potrzebującym. Teraz to dobro, które czyni, do niej wraca.

Reklama

Magda Szumiec: Ma pani wielkie serce...

Anna Dymna: - Chyba normalne. Ale jak byłam mała, to lekarze badali mnie i stwierdzili jakąś nieprawidłowość.

Czy z tym za dużym sercem nie była pani dzieckiem nadwrażliwym?

- Byłam normalna, jak zawsze z miłością i dumą podkreślała moja mama. Zostałam tak wychowana, by nie biec przez świat, depcząc wszystko, i nie krzyczeć, że ja jestem najważniejsza. Mama uczyła mnie najprostszych rzeczy i najtrudniejszych do pojęcia. Pytałam: "No ale co to jest ten Bóg? Pokaż mi go!". A mama pokazywała mi trzmiela na kwiatku i mówiła: "Pogłaszcz jego futerko. Milutkie, co? Zobacz, jak z kwiatuszka robi się jabłuszko. O! Ptak zniósł jajeczka... To wszystko ma sens, i to jest Bóg".

To były pierwsze lekcje miłości?

- Tak. Mama nie żyje już wiele lat, ale miłość, którą od niej dostałam, przez 63 lata mojego życia daje mi wciąż energię i siłę. Gdy mama widziała leżącego na śmietniku pijaka, to nigdy nie przeszła obok niego obojętnie. Nigdy nie powiedziała: "A fuj, jak śmierdzi". Mówiła do mnie, żebym poczekała, bo ten pan potrzebuje pomocy. I tak mi zostało, nie potrafię być obojętna wobec ludzi, których dotknęło nieszczęście.

Ta dziewczynka dojrzała i stała się kochliwą nastolatką?

- Ależ skąd. Wychowywałam się z chłopakami. Łaziłam z nimi po drzewach, plułam na odległość, zbierałam ślimaki, bawiłam się wojnę. Chłopaków zawsze traktowałam jak kumpli. Ale zakochiwać się w nich? Pamiętam, że taki jeden, już w liceum, jeździł za mną na rowerze. Zatrzymałam się pod księgarnią i on też przystanął. Spojrzeliśmy na tę samą książkę na wystawie. Była to książka o miłości. On powiedział, że bardzo by chciał ją mieć, bo się zakochał. I popatrzył na mnie maślanymi oczami. Więcej się z nim nie spotkałam. Bo ja się nie kochałam w chłopakach, ja się z nimi przyjaźniłam.

Kto był tą pierwszą prawdziwą miłością?

- Wiesiu Dymny. Miałam 19 lat. To było coś, o czym nie potrafię opowiadać. Przeżyłam sześć lat z niezwykłym człowiekiem. Drugiego takiego nigdy już nie spotkałam. Kiedy teraz czytam u Szekspira, że miłość jest silniejsza od śmierci, to wiem, że to jest prawda. Wiesiek nie żyje już ponad 30 lat, ale ciągle jest ze mną. On mi cały czas pomaga, cały czas jest dla mnie wzorem. Gdy coś robię, zastanawiam się: co by Dymny na to powiedział? Mam teraz męża, syna, ale tamto uczucie, dopóki żyję, będzie trwało.

I pani tak głośno o tym mówi?

- A dlaczego nie? Mój mąż (reżyser Krzysztof Orzechowski - przyp. red.) doskonale wiedział, z kim się wiąże, i nigdy nie miał z tym problemu.

Nigdy nie był o panią zazdrosny?

- Nie musiał. Bo ja kompletnie się nie znam na miłości. Nie wiem, jak to jest, gdy kochasz się raz w tym, a raz w tamtym. Nigdy nie pozwoliłam sobie na to, żeby przeżyć z mężczyzną przygodę. A przecież w moim środowisku jest wiele pokus. Nawet czasami myślałam sobie, że ktoś mi się podoba i mogłoby być super. Tylko wiedziałam, co będzie dalej. Zyskam przyjemną chwilę, a stracę dużo więcej.

Przyjaźń to też jest miłość?

- Oczywiście, to wyjątkowy poziom miłości. Jak powiem, że kocham Jurka Trelę, to od razu ktoś sobie pomyśli, że jestem jego kochanką. A to nie ma z tym nic wspólnego. Z moimi przyjaciółmi z teatru: Anną Polony, Terenią Krzyżanowską, Anią Seniuk, Krzysiem Globiszem, wiąże mnie najczystsze uczucie miłości. Spędziliśmy razem tyle chwil pełnych napięcia, wysiłku, znosiliśmy swoje kaprysy, kryzysy. Musieliśmy sobie zaufać, pomagać i myślę, że poszłabym za nich w ogień i oddała wszystko, co mam. Nerkę też.

A miłość do dziecka?

- Jestem normalną samicą. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć dziecko, ale mnożyły się różne przeszkody. W końcu jednak Pan Bóg zechciał, żebym w wieku 34 lat została matką. I wtedy zachowywałam się jak moja suka, kiedy na świat przyszły jej szczeniaki. Pamiętam, jak pierwszy raz po porodzie wyszłam z domu i zostawiłam z mamą moje malutkie dziecko. Doszłam do Plant, czyli ze sto metrów, i po dwóch minutach prawie ze skowytem wróciłam pędem do domu, bo słyszałam gdzieś w sercu czy mózgu, że Michał płacze. Moja Mufka też tak robiła, jak urodziła swoje pierwsze szczeniaki. Po prostu biologia!

Gdy syn dorósł, dalej była pani zwariowaną matką?

- Pamiętam, że gdy miał 17-18 lat, wrócił kiedyś późno do domu. Zaczęłam się go czepiać. Ale zaraz uświadomiłam sobie, że jeszcze moment i go swoją miłością zaduszę. Gdzieś przeczytałam, że matka jest cięciwą, a dziecko strzałą. I matka, jako cięciwa, musi się tak napiąć, żeby ta strzała jak najdalej od niej poleciała. I to jest najboleśniejsze w miłości do dziecka. Rodzi się je po to, żeby odeszło i zaczęło swój samodzielny byt. Michał jest teraz moim przyjacielem. Miłość się dopełniła, powiększyła się o przyjaźń. Wiem, że mi ufa, że jak mu czegoś będzie potrzeba, to do mnie zadzwoni, a ja mu zawsze pomogę. To odcinanie pępowiny zbiegło się z czasem, kiedy zakładałam fundację.

- Może dlatego nie poczułam bolesnej pustki wokół siebie. Wypełniła się ona moimi podopiecznymi, niezwykłymi, kochanymi "dziećmi". Gdy do nich przyjeżdżam, biegną mi na spotkanie. A czasem mają po 50 czy 60 lat. Ale jak krzyczą: "Mama, mama", to czuję coś takiego, czego nie da się opisać. Wiem, że nigdy ich nie zostawię i zrobię wszystko, by mogli się zawsze uśmiechać.





Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje