Anna German: W Polsce nigdy nie była gwiazdą

Miała szansę na światową karierę, ale los zadecydował inaczej. W kraju została niemal zupełnie zapomniana. Dopiero emisja rosyjskiego serialu przywróciła jej należne miejsce w historii polskiej piosenki.

Losy Anny German zapewne potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie wypadek samochodowy, jakiemu uległa pod Bolonią w sierpniu 1967 r. Odniosła ciężkie obrażenia, z dnia na dzień jej włoska kariera legła w gruzach. Znalazła się w szpitalu w Bolonii, gdzie lekarze długo walczyli o jej życie.

Reklama

Największy wpływ na powrót Anny do czynnego życia artystycznego miał jej przyjaciel, Zbigniew Tucholski. To on wraz z matką German przyleciał po wypadku do Włoch, on też opiekował się nią, gdy piosenkarkę przewieziono do kraju. Anna spędziła półtora roku w szpitalu w Konstancinie, a rehabilitacja trwała kolejnych kilkanaście miesięcy.

Piosenkarka obawiała się, że nie będzie mogła śpiewać. Długotrwałe leczenie osłabiło jej mięśnie, a technikę śpiewu, podobnie jak artyści operowi, opierała na przeponie. Kiedy poczuła, że ma problemy z utrzymaniem czystego tonu, wpadła w depresję. Wówczas niezastąpiony okazał się Tucholski.

Przyjaźnili się od lat. Zbigniew, pracownik naukowy, jeździł za nią na koncerty, przywoził kwiaty i pocieszał w chwilach zwątpienia. Zdążył się nawet oświadczyć, ale Anna stwierdziła, że sprawę musi dokładnie przemyśleć. Po opuszczeniu szpitala piosenkarka zamieszkała jednak u niego na warszawskim Powiślu. "W nocy, kiedy sąsiedzi już spali, a ulice były puste, Zbyszek wnosił Anię do windy; na dole pomagał jej wejść do samochodu i wyjeżdżali nad Wisłę. Tam powoli, przy pomocy Zbyszka, Ania stawiała pierwsze kroki - opowiadał reżyser Jan Laskowski. - Święty spokój Zbyszka, jego bezgraniczne oddanie i wytrwałość nie pozwalały Ani poddać się depresji".

Pobrali się w marcu 1972 r. w Zakopanem. Uroczystość miała skromny charakter, nie zaprosili nawet rodziny, a świadkami ślubu byli spotkani przypadkowo znajomi. Trzy lata później Anna zaszła w ciążę i pomimo obaw lekarzy zdecydowała się urodzić dziecko. Syn, imiennik ojca, przyszedł na świat w listopadzie 1975 r.

W Polsce nie była gwiazdą pierwszej wielkości, ale na Wschodzie ją uwielbiano. Ułatwiała to nie tylko perfekcyjna znajomość języka (spędziła tam pierwszych kilka lat życia), ale również specyficzna wrażliwość muzyczna. Anna mówiła, że rosyjskie piosenki "łatwo i przyjemnie śpiewać", bo "zachwycają melodyjnością i swobodą głosową". Trasy koncertowe przynosiły jej regularne dochody, za każdy występ inkasowała 300 rubli (średnia pensja w ZSRR wynosiła kilkadziesiąt rubli miesięcznie). Wraz z mężem kupiła dom na Żoliborzu.

Podczas koncertu w Ałma-Acie German poczuła silny ból w nodze. Diagnoza lekarska była szokująca: złośliwy nowotwór kości. Artystka nie przerwała jednak aktywności zawodowej i pomimo postępującej choroby wzięła udział w tournée po Antypodach. "Męczyła się tam strasznie - opowiadał Zbigniew Korpolewski. - Noga była purpurowa i spuchnięta. Kiedy po koncertach nie schodziła na przyjęcia, nikt nie chciał wierzyć, gdy tłumaczyliśmy, że jest chora: "To niemożliwe, przecież na scenie była taka promienna!"

Do najlepszego polskiego onkologa zgłosiła się zbyt późno i nie zdecydowała się już na terapię. Ostatnie miesiące poświęciła na komponowanie muzyki religijnej. Zmarła we śnie w 1982 r., w wieku 46 lat. "Nie śpiewała, lecz grała na swych strunach głosowych - mówił pisarz Jerzy Ficowski. - Była wygnańcem z anielskich chórów, skazanym na trudny człowieczy los. Zamiast duszy miała muzykę".

Nie bez powodu na sfilmowanie jej losów zdecydowali się Rosjanie. Piosenki Anny są u nich nadal popularne. Jej imieniem nazwano asteroidę. German jako jedyna Polka ma swoje miejsce w Alei Gwiazd przed moskiewską operą, a jej płyty rozchodzą się w dużych nakładach. Szkoda, że my, Polacy nie potrafiliśmy jej kiedyś właściwie docenić i potrzeba było do tego dopiero rosyjskiego serialu z Joanną Moro w roli głównej.

Renesans popularności Anny German miał, niestety, fatalne konsekwencje dla państwowej wytwórni Polskie Nagrania. W PRL nie płacono artystom tantiem z tytułu sprzedawanych płyt, zastępując to jednorazowym ryczałtem. Gdy przepisy się zmieniły, Zbigniew Tucholski zaskarżył "Polskie Nagrania" w sądzie i wygrał sprawę. Przyznano mu 1,2 mln zł z tytułu należnych tantiem. Wraz z odsetkami nazbierało się 2 mln zł! Wytwórnia zbankrutowała. Wykupił ją amerykański koncern Warner Brothers, który zobowiązał się spłacić należności. Amerykanie przejęli cały katalog nagrań Anny German i innych polskich gwiazd.

Sławomir Koper

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje