Anna Jurksztowicz: Z chłopakami grałam w karty

Na randki nie miała czasu, a adoratorzy nie zachwycali. - Jeden brzydki, drugi analfabeta - śmieje się wokalistka. Zresztą dla nastoletniej Anny najważniejsza była muzyka.

- Czasem żartuję, że wychowałam się sama - mówi piosenkarka. - W moich czasach nikt się nad dziećmi nie trząsł. Mama miała na głowie cały dom, a do tego pracowała. Sama się więc sobą zajęłam - tłumaczy.

Reklama

Anna dorastała w Szczecinie. Razem z mamą Marią i starszym bratem zajmowali małe mieszkanko służbowe należące do prokuratury. - Mama Maria pracowała tam w biurze jako referentka - mówi gwiazda. Kilka lat później rodzina przeprowadziła się do domu. - Zamieszkaliśmy przy parku Kasprowicza. Jest tam najpiękniejsza aleja platanów, jaką w życiu widziałam - rozmarza się.

Mała Ania dzieliła czas między szkołę, dom i kościół. - Spędzałam w nim mnóstwo czasu. Modliłam się żarliwie, a oprócz tego śpiewałam w chórku - wspomina. Uczęszczała też do Pałacu Młodzieży, gdzie odbywały się próby zespołu muzyki dawnej, do którego należała.

- Ojciec szybko nas zostawił, ale nigdy mi go nie brakowało. Zastępował go mój starszy o 9 lat brat Mirek - mówi SHOW Anna. Pamięta sytuację, gdy wróciła z podwórka z podbitym okiem, a brat zerwał się na równe nogi i pobiegł wymierzyć sprawiedliwość. Na nic zdały się jej tłumaczenia, że kolega uderzył ją łokciem zupełnie przypadkowo. - Manto dostał tak czy inaczej - śmieje się wokalistka.

Z bratem zawsze była bardzo blisko. - Takich opiekuńczych braci już nie ma - uważa i opowiada, jak Mirek za pierwsze zarobione pieniądze kupił jej wymarzone pianino. On też zabrał ją w pierwszą w życiu zagraniczną podróż: - Po szkole zaczął pracować jako marynarz. Wykupił dla mnie rejs statkiem handlowym, który przewoził węgiel. Popłynęliśmy do Danii.

Samotne podróże Jurksztowicz też lubiła. W wieku 14 lat w tajemnicy przed mamą wsiadła w pociąg i pojechała do Koszalina tylko po to, żeby kupić tam tomik poezji Norwida. - Musiałam być szalona - śmieje się. Sporo też podróżowała z zespołem. Koncertowali nawet za granicą. Podczas jednej z takich podróży złamała serce młodemu Duńczykowi. - Był uroczy, ale tak brzydki, że wstydziłam się pokazać jego zdjęcie koleżankom - wyznaje ze śmiechem piosenkarka.

Kolejny adorator też jej nie zachwycił. - To była krótka znajomość korespondencyjna. Wysłałam razem z koleżankami ogłoszenie do gazety, gdzie była rubryka "kółka zainteresowań". Pewien chłopak odpisał mi mniej więcej tak: "Jestem Tomek. Uczem się w technikóm". Reszty już nie czytałam. Ech, jeden brzydal, a drugi analfabeta - zaśmiewa się Anna.

Wtedy nie w głowie jej były romanse. - Z chłopakami to ja grałam w karty. Ważniejsza od miłości była wtedy muzyka - mówi.

Miała zaledwie 16 lat, gdy trafiła do chórku Maryli Rodowicz . - Przez następnych kilka lat wciąż byłam w trasie. Śpiewałam m.in. u Andrzeja Rosiewicza i Staszka Soyki. Aż cud, że zdałam maturę, bo w szkole byłam gościem - mówi.

U szczytu popularności Anna zrezygnowała z kariery. - Postanowiłam poświęcić się rodzinie. Nigdy tego nie żałowałam, bo rodzina jest moim największym sukcesem - mówi z dumą.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje