Anna Seniuk: Daleko mi do ideału

Znakomita aktorka opowiada nam o swoich życiowych i zawodowych rolach.

Pokochaliśmy ją jako Madzię Karwowską z serialu "Czterdziestolatek", ale artystka, jak zapewnia, na co dzień wcale jej nie przypomina. Jest dość wymagającą rozmówczynią. Nie przepada za pytaniami o "najlepsze wspomnienie" czy "najlepszą rolę", toteż, na wszelki wypadek, ich nie zadawaliśmy.

Reklama

Niełatwo się z panią umówić...

Anna Seniuk: - To prawda. Mam dużo szczęścia, gdyż ciągle pracuję, i to na dwóch etatach, w Teatrze Narodowym i w Akademii Teatralnej w Warszawie. Dochodzi do tego etap najmilszy, czyli bycie babcią trojga wnucząt - dziesięcioletniej Antosi, ośmioletniego Franciszka i rocznej Felicji, z którą spędziłam właśnie parę dni. Teraz muszę pozbierać siły, poskładać na powrót moje nadwyrężone ręce, nogi i kręgosłup. (śmiech).

Powiedziała pani kiedyś: "Jestem babcią rozpieszczającą, ale i wymagającą".

- Rodzice często rozpuszczają dzieci, rekompensując im to, że tak niewiele mają dla nich czasu. Wtedy pozwalają dzieciom na wszystko - jeść ciastka i lody, dają się "naciągać" na zabawki i gry. Uważam, że lepiej pobiegać po lesie i porozmawiać. Nie, nie daję sobie wchodzić na głowę i uczę szacunku dla starszych.

Istnieje cecha, którą chciałaby pani w sobie zmienić?

- Tak! Niestety, mogłabym być zawodowym "zamartwiaczem". Walczę z tym, mam w sobie przecież odrobinę rozsądku, czasem jednak jest to silniejsze ode mnie. Winne są chyba geny. Kiedyś, siedząc z moim ojcem i całą rodziną, spytałam go - bo wyglądał na bardzo zmartwionego - czym się martwi. "Przecież jesteśmy zdrowi, szczęśliwi, wszystko jest dobrze", powiedziałam. "Tak", odrzekł - "Ale martwię się, co będzie, kiedy ktoś zachoruje". Ja mam chyba podobnie. (śmiech).

Trudno mi to sobie wyobrazić, pamiętając pani role: Magdy Karwowskiej z "Czterdziestolatka" czy Magdy Domaradzkiej z "Czarnych chmur".

- Rola to rola, a życie to życie. Widzowie wyobrazili sobie, że skoro Madzia Karwowska jest taka urocza i sympatyczna, to i ja taka jestem. Na co dzień wcale nie przypominam swoich bohaterek... Na pewno nie jestem chodzącym ideałem, który cały czas się uśmiecha. Nie jestem łatwym partnerem w domu. Kiedy mam problemy, wpadam w stan smutku i melancholii. Z drugiej strony, potrafię sobie powiedzieć: "Zobacz, masz wspaniałe dzieci, troje wnuków, dach nad głową i godną emeryturę. Możesz jeszcze chodzić, jeździć samochodem, a rano słyszeć śpiewające za oknem ptaki". Kłopoty oczywiście były, są i będą. Jest takie żydowskie powiedzenie: "Nie módl się o koniec twoich kłopotów. Bo kiedy znikną, skończy się twoje życie".

Pani syn, Grzegorz Małecki jest znanym aktorem, a córka, Magdalena Małecka-Wippich - cenionym muzykiem klasycznym. Czyli tu też zadziałały geny?

- Cieszę się, że dzieci się realizują, nawet jeśli w tak zwanej branży nie zawsze jest łatwo. Córka ukończyła też podyplomowe studia humanistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim i studium dramatu. Od lat pisze i myślę, że znajdzie również swoje miejsce w literaturze. Bardzo jej kibicuję.

Mieszka pani na stołecznym Mokotowie. W kamienicy czy domu?

- W kamienicy, którą bardzo lubię. Moje mieszkanie jest urządzone w staromodnym stylu, co mi trochę podyktował los. Mam meble po cioci-babci, której pierwszy mąż był artystą rzeźbiarzem i malarzem. Młodo zmarł, a ona już do końca żyła w przepięknym domu, pełnym niezwykłych secesyjnych szafek, stołów, rzeźb, szkatułek czy obrazów. Pamiętam, jak w dzieciństwie się nimi zachwycałam. Potem, za komuny, często odwiedzałam pchli targ, gdzie wyławiałam przeróżne stare drobiazgi. Kiedy ciocia-babcia zmarła, nikt z rodziny nie miał takiego mieszkania, w którym mogłoby się to wszystko pomieścić, więc przygarnęłam całą kolekcję. Niektóre z tych rzeczy są obłędnie piękne.

Ma pani swój azyl poza miastem?

- Oczywiście, tyle że prawie czterysta kilometrów od Warszawy, blisko Stanisławowa, w którym się urodziłam, kiedy nie był jeszcze ukraiński, a polski. To okolice naszej wschodniej granicy. Dzięki ojcu od dzieciństwa miałam kontakt z przyrodą i umiałam na nią patrzeć, dlatego wakacje z moimi dziećmi zawsze spędzaliśmy na jakiejś zapadłej wsi, daleko od skupisk ludzkich, nigdy w kurorcie czy w hotelu. Dziesięć lat temu udało mi się zrealizować moje marzenie. Kupiłam stuletnią chatkę we wsi, której już nie ma, zostały tylko dwa domy. Reszta się zawaliła albo zarosła lasem. Jestem tam więc sama, na wysokiej górze, a do najbliższego sąsiada mam spory kawał drogi. Jeżdżę tam raz do roku, na dwa-trzy tygodnie.

Z wnukami?

- Dzieci się tam trochę nudzą, bo nie mają jeziora czy rzeki, w której mogłyby się wykąpać, przyjeżdżają więc na kilka dni. Bawią się w domku na drzewie, który dla nich wymyśliłam. Tam wreszcie prowadzę bogate życie towarzyskie, spotykając się z przyjaciółmi z tamtych okolic. Są to ludzie mający niezwykłe pasje. Wyremontowali na przykład walącą się cerkiew, w której odbywają się koncerty i wernisaże. Poeta Mateusz penetruje tradycje tych okolic i aranżuje spotkania literackie. Pan Robert jest założycielem niezwykłego muzeum, w którym można podziwiać znalezione przez niego okazy flory i fauny sprzed tysięcy lat. Takich osób jest tam wiele.

Lubi pani gotować?

- Ostatnio już nie muszę, ale z moimi wnukami gotować uwielbiam. Zarządzam więc: "Macie tu mąkę, stół, a teraz rękawy do góry i wałkujemy". Razem robimy pierogi i potworny bałagan. Cieszy mnie, że moje wnuki nie siedzą tylko przed telewizorem.

Pani popisowa potrawa to...?

- Od wielu lat zapraszam grupę moich studentów do domu na wigilię, kilka dni przed tą prawdziwą. I zawsze szykuję jedno danie - pierogi ruskie, tradycyjnie podawane ze śmietaną lub cebulką, co kto lubi. Jest tego tyle, że naprawdę można się najeść.

Co jest w życiu ważne?

- Nie chciałabym popaść w banał, chociaż banały są wielką prawdą, jak mówił Herbert, i nie należy się ich wstydzić. Taki banałem jest dobro. Ile dobra dasz, dwa razy więcej dostaniesz. Ale nie jest to oczywiście handel dobrem, z nastawieniem, że "teraz mi się coś za to należy". Myślę, że potrzeba dawania jest wpisana w człowieka. Wtedy jest się szczęśliwym "od środka". Można spokojnie zasnąć, bez poczucia wstydu i niesmaku.

Rozmawiał: Paweł Piotrowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje