Artur Barciś: Zawsze reaguję uśmiechem!

Dlaczego szklanka jest dla niego zawsze do połowy pełna, a widz najważniejszy. Obok kogo najchętniej stanąłby na scenie i dlaczego warto na świat patrzeć przez różowe okulary - opowiada Artur Barciś

EksMagazyn: Jest pan parę godzin przed występem na żywo (rozmowa ma miejsce na przed spektaklem Old Love, w którym Artur Barciś gra jedną z głównych ról - przyp. red.). Czy tak doświadczonemu aktorowi, po tylu latach występów, towarzyszy jeszcze trema przed występem?

Reklama

Artur Barciś: - Oczywiście!

Dlaczego?

- Bo trema to jest kwestia odpowiedzialności. To jest wyraz dbałości o to, żeby zrobić wszystko najlepiej, jak to jest możliwe. Trema jest wyrazem szacunku do widza. Gdybym jej nie miał, to by znaczyło, że jest mi wszystko jedno, co oni sobie pomyślą. A nie jest mi wszystko jedno. Najczęściej jest to trema mobilizująca, która sprawia, że człowieka stać na coś więcej, niż gdyby tej publiczności nie było.

Podobno jak tej tremy nie ma, to wypadałoby się wycofać z zawodu.

- To jest kwestia podejścia do tego, jak uprawia się fach aktora. Można tylko zarabiać pieniądze i odcinać kupony, ale mnie akurat nie o to chodzi.

Jest pan postrzegany jako aktor, który ma ogromny szacunek do widza. Na moją prośbę o wywiad odpowiedział pan po dziesięciu minutach.

- Tak się akurat złożyło, że siedziałem przy komputerze (śmiech). Ale staram się odpowiadać na wszystkie listy i wiadomości. I to prawda, mam ogromny szacunek do widza. Ja cały czas żyję w wielkim zadziwieniu, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Jako mały chłopiec marzyłem o tym, żeby zostać aktorem i wszyscy się ze mnie śmiali. Uważali, że to jest niemożliwe, żeby jakiś chłopak ze wsi pod Częstochową zrobił karierę i, żeby w ogóle ją zrobił z moimi warunkami. Potem okazało się, że te warunki wcale nie są takie najważniejsze, że ważne są też inne rzeczy. Skończyłem szkołę aktorską, zostałem aktorem, a potem ciągle otrzymywałem propozycje grania ról w filmach, teatrze, telewizji. I stąd to ciągłe zadziwienie, że to się cały czas dzieje. Dostaję mnóstwo listów od widzów, czy dowody sympatii na ulicy czy w centrum handlowym, dla mnie, niezmiennie, jest to coś wspaniałego i niesamowitego, stąd ten szacunek do widza.

I jak już pana spotykają w centrum handlowym, to co mówią?

- Ja jestem zbyt skromny, żeby mówić o takich rzeczach (śmiech). Często widzowie odnoszą się do postaci jakie gram. Przez długie lata grałem Norka, w serialu "Miodowe lata", który był ogromnie popularny, potem przestał być kręcony, ale telewizja go jeszcze pokazywała. Jednocześnie sporą popularność zaczął zdobywać serial "Ranczo", w którym też grałem. No i widzom się to mieszało. W tym czasie, podszedł do mnie nieco podchmielony pan i powiedział: "Norek, ale się z ciebie szuja zrobiła!" (śmiech)

I jak pan zareagował?

- Uśmiechem. Zawsze reaguję uśmiechem. To dla mnie dowód na to, że moja praca ma jakiś oddźwięk.

Wspomniał pan wcześniej o warunkach fizycznych i o tym, że jednak nie one były najważniejsze, bo szybko zaczął pan dostawać role.

- Ja z kompleksów wyleczyłem się dosyć szybko. Właściwie w szkole teatralnej. W trakcie studiów bardzo w siebie wierzyłem, w to, że coś potrafię, że mam dar, który nie tylko mogę, ale wręcz muszę, wykorzystać. Gorąco wierzyłem w to, że jeżeli będę się odpowiednio zachowywał, był punktualny, uczył się tekstu na pamięć, przykładał się do tego, co robię, to przyniesie mi to sukces. Nie musiało tak być, bo aktorstwo to jest zawsze loteria, ale widocznie poskutkowało.

Po tylu latach bycia aktorem nadal się panu chce?

- Oczywiście. Ja uprawiam taki zawód, że przejście na emeryturę w wieku 67 lat byłoby tragedią. Dlatego dbam o zdrowie i liczę na to, że będę pracował do końca życia.

To jak pan dba o zdrowie?

- Na tyle, na ile mogę (śmiech). Tak naprawdę prowadzę bardzo niehigieniczny tryb życia. Bywają dni, że gram po 3 spektakle dziennie, w trzech różnych teatrach, co bywa męczące, poza tym, jak każdy, czasem łapię jakieś przeziębienia, a i tak muszę wyjść na scenę. Widza nie interesuje, czy coś mi tam dolega. Generalnie badam się (śmiech). W moim wieku, należy się badać.

Podobno bardzo dobrze pan gotuje.

- Miałem nadzieję, że pani o to nie zapyta (śmiech).

Ok, to następne pytanie. A rzeczy, ubrania, które szył pan żonie za komuny?

- To jest drugie pytanie, które wszyscy mi zadają. Te ubrania to już historia. A wracając do gotowania, to lubię kucharzyć, choć ostatnio kompletnie nie mam czasu. Lubię też jeść, jestem żarłokiem! A wracając do szycia, to dawno z tym skończyłem. Bawiłem się w to, kiedy w sklepach nie było fajnych ciuchów, właściwie nic na półkach nie było. Wyżywałem się wtedy plastycznie. Szyłem, z różnych kawałków materiałów, jakieś fajne kreacje czy płaszcze dla mojej żony, co sprawiało mi wielką przyjemność. Kiedy byłem młodym człowiekiem, to mama nauczyła mnie szyć. To była konieczność wtedy i w czasie stanu wojennego czy zaraz po. Kiedy chciałem zrobić komuś przyjemność, to siadałem do maszyny. Teraz już nie muszę tego robić.

O jakiej roli pan marzy?

- Zawsze powtarzałem, że przestałem marzyć, ponieważ zawsze, kiedy o jakiejś marzyłem, to nigdy jej nie dostawałem. Na przykład zawsze marzyłem, żeby zagrać Chlestakowa w "Rewizorze" Gogola, ale nigdy tej roli nie dostałem. Podobnie było z rolą Papkina, o której marzyłem od liceum. Rok temu zadzwoniła do mnie Krystyna Janda z taką propozycją. To była ogromna przyjemność zagrać Papkina. Miałem rację, że o tym marzyłem!

W jakim repertuarze się pan lepiej czuje, w komediowym czy dramatycznym?

- Nie ma to żadnego znaczenia. Znaczenie ma rola jaką mam zagrać, czy ona jest dobrze napisana. Czy sztuka, w której biorę udział, czy inny projekt, ma scenariusz, który jest mądry, wiarygodny, zaskakujący, przejmujący, ciekawy, prawdziwy, itd. Jeżeli mam materiał do stworzenia ciekawej postaci, to jest to dla mnie bez znaczenia czy to jest dramat czy komedia. Tym bardziej, że ja komedii nie gram tak naprawdę. Komedia to jest dla mnie tragedia, tylko wydarzyła się komuś innemu.

Jeśli mógłby pan wybierać spośród aktorów polskich i zagranicznych, to z kim chętnie stanąłby pan na scenie?

- Jest bardzo wielu takich aktorów. Na przykład Wojciech Pszoniak. Jest dla mnie wzorem, przykładem takiego aktora, który jest niezwykły, niekonwencjonalny. Wojciech Pszoniak jest znakomitym aktorem i jednocześnie wspaniałym człowiekiem. Chciałbym zagrać z Krystyną Jandą! Znamy się od wielu lat, wielokrotnie grałem w jej reżyserii, ale dotychczas na scenie spotkaliśmy się tylko raz, bardzo dawno temu, w Teatrze Ateneum.

One man show Artur Barciś.

- Bardzo to lubię, choć praktykuję tylko kiedy mam czas i terminarz teatralny pozwala. To jest spotkanie z moimi widzami. Oni wiedzą, na co przychodzą, wiedzą, kto tam będzie, przychodzą dla mnie, bo na tym "one man show" polega. Skoro przychodzą to znaczy, że mnie lubią, że mnie cenią, a ja daję z siebie wszystko. Muszę powiedzieć, że nie wszystko w takim występie jest śmieszne, ja pod płaszczykiem zabawnych sytuacji staram się zachęcać ludzi do przyjścia do teatru. Te żarty, które prezentuję, często związane są z tym, co się dzieje za kulisami, na scenie, co nie powinno się dziać, a dzieje się przypadkowo, śpiewam piosenki związane z tremą, dykcją, śpiewam o tym, że aktor musi grać, żeby żyć.

Swego czasu grał pan w serialu "Doręczyciel". Czy była to dla pana ważna rola? Pytam o to, ponieważ grał pan tam osobę niepełnosprawną intelektualnie.

- Takie role zazwyczaj są wyzwaniem dla aktora, bo my gramy charaktery. Ludzie niepełnosprawni intelektualnie inaczej chodzą, mówią, patrzą, itd. Cała fizyczność jest inna od tej u zdrowego człowieka. Nie ćwiczyłem tego przed lustrem. Ja mam zasadę, że ufam reżyserowi, w tym przypadku był to Maciej Wojtyszko. Operator, który był na planie, jest moim przyjacielem i prosiłem go, żeby obserwował, czy ja nie przeginam w którąś stronę. Oczywiście, przygotowywałem się do tej roli dosyć długo. Chodziłem np. na warsztaty terapii zajęciowej, gdzie obserwowałem tych ludzi, patrzyłem, jak się zachowują, itd. Oni nie wiedzieli, że ja się przygotowuję do roli. Może nie było to do końca uczciwe, ale bałem się, że jak im powiem, to będą się zachowywali inaczej, a chciałem, żeby byli jak najbardziej naturalni.

Czy jest pan w stanie wskazać najważniejszą rolę w swoim życiu?

- Ale ja jeszcze żyję (śmiech)!

Ja się z tego bardzo cieszę!

- Nie robię takich podsumowań, ale oczywiście są role, które są ważniejsze od innych. Zapewne taką rolą jest ta w Dekalogu Kieślowskiego. Ten cykl filmów jest w kanonie kina światowego, a być jego częścią, jest ogromnym zaszczytem. W ogóle spotkanie z Krzysztofem Kieślowskim było jednym z najważniejszych artystycznych spotkań w moim życiu. Ten Papkin, którego bardzo kocham, to jest dla mnie bardzo ważna rola.

Muszę zapytać o pana rolę w "Znachorze", którego jestem wielką fanką.

- To chyba leci zwykle na Wszystkich Świętych?

Tak, a poza tym często również na Boże NarodzenieWielkanoc.

- O proszę! Skoro widzowie chcą to oglądać.

Jak się panu pracowało na planie "Znachora"?

- Cudownie. Byłem młodym aktorem, dopiero po szkole, to był mój debiut kinowy, a pracowałem ze znakomitymi aktorami, których uwielbiałem, z Anną Dymną czy Jerzym Bińczyckim. Oni zresztą przyjęli mnie cudownie, bez żadnego dystansu. No i Jerzy Hoffman, który mnie zaangażował! To było coś wspaniałego. Bardzo miło wspominam ten czas.

Czy szukał pan sobie na planie mentora? Starsi aktorzy udzielali panu, jako młodemu adeptowi sztuki, dobrych rad?

- Na planie najważniejszy jest reżyser. Aktorzy starają się nie wchodzić sobie w paradę, po prostu nie przekraczać pewnych granic. Zresztą przy takim reżyserze, jak Jerzy Hoffman, nawet by nie wypadało. Poza tym, ja dobrze wiedziałem, jak mam zagrać Wasylko.

Często w wywiadach podkreśla pan, że bilans życiowy wychodzi panu na plus.

- Jestem optymistą, dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pełna. Wolę widzieć w ludziach to, co jest fajne, dobre, sympatyczne, miłe, a nie to gorsze. Uważam, że tak się po prostu lepiej żyje, świat jest wtedy piękniejszy, kiedy patrzy się na niego choć trochę przez różowe okulary. To nie znaczy jednocześnie, że nie jestem realistą. Ja wiem, jak ten świat naprawdę wygląda. Ale tak, jak myślę, jest po prostu sympatyczniej.

Jednym ze składników tego fajnego świata, który pan sobie zbudował, w którym żyje, jest długoletni związek z żoną. Jaka jest recepta na udany związek?

- Najważniejsze jest ryzyko! Najpierw trzeba się zakochać, potem trzeba się dobrze poznać, polubić swoje wady i zalety i zaakceptować je. Dlatego, że w takim związku zalet jest zdecydowanie więcej, te wady nie są aż takie istotne. W związku należy zawsze zakładać, że druga strona ma dobre intencje. Większość awantur, kłótni, nieporozumień, wynika ze źle odczytanych intencji. Na przykład ktoś nie przychodzi na umówione spotkanie. Ja zawsze się martwię, że coś się stało, nigdy nie zakładam, że moja żona mnie lekceważy, ma mnie w nosie czy ważniejsza była jakaś koleżanka. W dzisiejszych czasach jest to łatwiejsze, bo są telefony komórkowe i jest łatwiej się porozumieć. Dobre intencje są bardzo ważne! Ktoś sobie pomyślał jedno, druga osoba dołożyła do tego ideologię i już jest problem. A tak naprawdę wystarczyłoby pomyśleć, ten ktoś nie chciał wcale tak zrobić, tylko tak akurat złożyły mu się okoliczności, i byłoby wszystko w porządku.

Brzmi jak historia spotkania pana i pańskiej żony, która spóźniła się na pierwszą randkę kilkadziesiąt minut, a pan stał w deszczu, a tymczasem ona stroiła się dla pana, bo chciała się podobać...

- Tak! Gdybym pomyślał wtedy, że mnie lekceważy, po 15 minutach poszedłbym precz i może nie mielibyśmy tak wspaniałego związku.

 Rozmawiała: Anna Chodacka

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.
Dowiedz się więcej na temat: Artur Barciś

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje