Barbara Bursztynowicz: „Bycie razem to cała gama uczuć: i dobrych, i złych”

W "Klanie" gra od 17 lat i uważa tę rolę za największą niespodziankę zawodową, jaką zgotował jej los. Ale ważniejsi są dla niej córka i mąż.

Dla telewidzów jest Elżbietą z "Klanu". Prywatnie w niczym jej nie przypomina! Z pozoru filigranowa i krucha jak porcelanowa filiżanka, tak naprawdę jest silną góralką z charakterem. Zawodowo nie tylko aktorka, ale i pisarka - ma za sobą debiut książkowy, zbiór felietonów "Jak w życiu".

Reklama

Beata Biały: To prawda, że chce Pani teraz wydać rodzinny komiks?

Barbara Bursztynowicz:- Od lat mam zwyczaj zapisywania zabawnych dialogów, które toczę z mężem. Lubimy się przekomarzać, żartować, choć czasem się też kłócimy, ale i te rozmowy zapisuję. Jeśli moja córka Małgosia zgodzi się te dialogi zilustrować, może powstać z tego komiks: dowcipny, a jednocześnie z ciekawą treścią i puentą.

Gdzie rozmawia Pani z mężem?

- W kuchni, w salonie, na ulicy, w kawiarni, w samochodzie... Bywa, że dialog jest tak przewrotny, że natychmiast go zapisuję. Na serwetce, skrawku papieru... Zależy, co mam pod ręką.

Całe Pani dorosłe życie toczy się na Saskiej Kępie. Jak się zmieniła?

- Kiedyś była spokojną dzielnicą "z klimatem", teraz stała się deptakiem dla turystów. Przed laty, gdy wychodziłam rano po pieczywo, ulicą Francuską spacerowało kilka osób. Dziś pełno tu zatłoczonych kawiarni, banków, sklepów.

Przed laty wprowadziła się Pani jako żona do domu Bursztynowiczów na Saskiej Kępie...

- Czułam się speszona. Teściowa była wybitną śpiewaczką, teść - dyrektorem opery i operetki, a ja... nieśmiałą dziewczyną z prowincji. Najbliższą mi osobą była babcia Jacka - ciepła, serdeczna, bardzo się lubiłyśmy.

A teściowa jak Panią przyjęła?

- Jak to teściowa (śmiech). Z doświadczenia już wiem, że pokolenia nie powinny razem mieszkać. Moja teściowa była bardzo silną osobowością, ale miała poczucie humoru i tym mnie rozbrajała. Prowadziła otwarty dom, bywało tu mnóstwo znanych ludzi. W rodzinie był podział obowiązków. Mama doskonale gotowała, a mnie przydzielono sprzątanie. Wreszcie w tym artystycznym domu zapanował porządek (śmiech).

Jesteście małżeństwem 40 lat. Jak kochać i podziwiać wciąż tego samego mężczyznę?

- Nie da się ciągle kochać i podziwiać. To cała gama uczuć, dobrych i złych, które składają się na nasze bycie razem.

Pomogła Pani kobieca mądrość

- Trafiłam na człowieka, który jest emocjonalnie stabilny i zawsze był mi wierny. Nigdy więc nie znalazłam się w sytuacji, w której musiałabym sięgnąć do rozsądku, mądrości czy kalkulacji. Może jakieś fascynacje nam się zdarzały, ale nigdy nie musieliśmy podejmować ostatecznych decyzji. Nie było w naszym życiu żadnych ekstremalnych przypadków - takich, że musielibyśmy się krzywdzić. Jacek daje mi zawsze poczucie bezpieczeństwa.

Przeczuwała to Pani od początku?

- Któż to mógł przewidzieć, jak potoczą się nasze losy? Gdy się pobieraliśmy, myślałam: "Jeśli się okaże inny, niż myślałam, najwyżej się rozwiodę" (śmiech).

I co Panią w nim wciąż fascynuje?

- Cenię go za inteligencję, szczerość, życzliwość, poczucie humoru... Za urodę, wiersze, sposób myślenia o świecie. Także za jego poglądy i ogromną wiedzę. Bardzo lubię też na niego patrzeć, jak się zamyśla... On właściwie myśli przez cały czas! I nigdy o nikim nie mówi źle. Oczywiście, zdarzają się też między nami nieporozumienia, czasem brakuje mi cierpliwości. To chyba z powodu wieku. Ale ciągle robimy rzeczy, których pewnie już nie wypada.

Co takiego robicie?

- Na przykład idziemy ulicą, trzymając się za ręce. W naszym wieku?! (śmiech)

No i mąż pisze dla Pani wiersze...

- Zawsze daje mi jakiś wiersz w prezencie, na urodziny, imieniny... Teraz napisał utwór na moje sześćdziesiąte urodziny.

A jak wygląda proza życia? Czy poeta naprawi kran, powiesi obraz albo żyrandol?

- Ależ skąd! Nic z tych rzeczy. Jacek może raczej napisać wiersz na ten temat. Bardzo zresztą nad tym ubolewa, że nie jest złotą rączką. Ale potrafi włożyć szklankę do zmywarki, robi zakupy, nawet prasuje.

Kiedy patrzy Pani na upływający czas - córka, Małgosia dorosła, wyprowadziła się z domu - co Pani o tym wszystkim myśli?

- Chciałabym już mieć wnuka. Czasami z Jackiem tak sobie marzymy, ale Małgosia, choć ma trzydzieści lat, nie spieszy się do macierzyństwa. "Już jestem za stary" - wzdycha mój mąż. "Mogę za chwilę nie mieć siły, żeby podnieść wnuka, nie nadążę za rowerkiem" - mawia.

Często odwiedza Pani Małgosię?

- Bardzo rzadko. "Mamo, mam straszny bałagan, nie przychodź, bo będziesz się denerwować" - mówi. Ale tak naprawdę moja córka jest dla mnie autorytetem. Lubię znać jej zdanie, często się jej radzę. Zabieram ją, gdy idę na zakupy. Małgosia wybiera ubrania z wieszaków i mówi: "Przymierz". A potem decyduje: "W tym świetnie wyglądasz, w tym okropnie, to oddajemy, to bierzemy". Dzięki niej robimy błyskawicznie zakupy. Małgosia skończyła Akademię Sztuk Pięknych, jest kostiumografem i scenografem, więc po prostu zna się na tym.

W listopadzie wspominamy zmarłych. W Zaduszki, wraz z innymi aktorami, co roku kwestuje Pani na warszawskich Starych Powązkach.

- To może żebranina, ale w szczytnym celu - na odrestaurowanie pięknych pomników. Chodzę też tam trochę z próżności (śmiech), bo słyszę tyle ciepłych słów. Oczywiście żartuję, nie idę tam po komplementy, lecz w ważnej sprawie. Jestem dumna, gdy moja puszka szybko się wypełnia. Przy okazji odwiedzam też groby bliskich i przyjaciół. Zawsze jestem na grobie Aleksandry Śląskiej. Ukształtowała mnie zawodowo, była też moją najwierniejszą powiernicą. Jeszcze dziś lubię z nią rozmawiać, żalę się, radzę. To mój Anioł Stróż "od wszystkiego".


Tekst pochodzi z magazynu

Tina

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje