Boskie przepisy domowej kuchni

Gdy była dzieckiem, nie myślała o tym, by wstąpić do zakonu. Nie lubiła też gotować. Dziś nosi habit i słynie z pysznych, pachnących kulinariów. Są rezultatem jej miłości do Boga i ludzi.

Kuchnia w klasztorze u jezuitów w Krakowie nie jest duża. Na środku stół do krojenia, obok kuchenka z palnikami na których stoją wielkie garnki. To królestwo siostry Anastazji. Gotuje od 17 lat i robi to tak dobrze, że ojcowie jezuici sami namówili ją, żeby zebrała swoje przepisy i udostępniła je innym.

Reklama

Właśnie wydaje kolejną książkę, tym razem o ciastach. Trudno jej w to uwierzyć, bo kiedyś się śmiała, gdy mama chciała nauczyć ją gotować. - Nie garnęłam się do kuchni. Mama powiedziała mi: "Śmiej się, śmiej. Jak później obcy ludzie będą cię uczyć, będzie dobrze, a jak własna matka chce cię uczyć, to się śmiejesz - wspomina siostra Anastazja. Przypomniała sobie te słowa po śmierci mamy, która zmarła nad ranem, kiedy ona miała 17 lat.

Na gospodarstwie w Dylągowej pod Rzeszowem została sama z bratem. Reszta rodzeństwa założyła rodziny i opuściła dom. Wstali rano i okazało się, że są głodni, a nie ma nic do jedzenia. - To nie były czasy, kiedy można było wyskoczyć za róg po podstawowe produkty. Do Dynowa, gdzie był najbliższy sklep, było 12 kilometrów piechotą. Nie było wyjścia. Wykopaliśmy z bratem ziemniaki, które ugotowałam i popiliśmy je kwaśnym mlekiem. Nic więcej nie potrafiłam zrobić - mówi siostra Anastazja.

Zaczęła gotować, bo musiała. Najpierw wzięli się z bratem do pieczenia chleba. Ona ugniatała ciasto, brat palił w piecu. Ale tak napalił, że chleb stał się czarny jak węgielek. Jednak od tego czasu wiedzieli już, jaka ma być temperatura, żeby nie przypalić pieczywa. Powoli zaczynała sobie przypominać, jak mama robiła ich ulubione potrawy: gołąbki, placki ziemniaczane, pierogi z kapustą czy drożdżowy zawijaniec z owocami i serem.

- Najbardziej lubiłam zawijaniec, bo wtedy słodycze jadło się rzadko. Ludzie na wsi oszczędzali jajka, większość odnosiło się do skupu, żeby zarobić trochę grosza - opowiada siostra Anastazja, która wtedy jeszcze nie miała pojęcia, że wstąpi do klasztoru.

Chciała dorobić, więc pojechała do Czechosłowacji. Po robotników przyjechał do Rzeszowa specjalny autobus. Ona wraz z koleżankami trafiła do huty szkła. Praca nie była łatwa, poza tym po interwencji w 1968 roku niespecjalnie lubiano tam Polaków. Czesi bywali złośliwi, nie chcieli pomagać, gdy zepsuło się jakieś urządzenie. I dziwnie patrzyli, kiedy polskie dziewczyny w niedzielę szły do kościoła.

Pożytek z tej pracy był taki, że udało się jej zarobić jakieś pieniądze. Pierwszy raz w życiu nakupowała sobie sukienek. - Tyle, że za chwilę przyszło powołanie i rozdałam je po rodzinie - śmieje się siostra Anastazja. Wstąpiła do Zgromadzenia Córek Bożego Miłosierdzia. W nowicjacie robiła różne rzeczy. Pomagała w kaplicy, w kuchni, w pralni. Ale gdy przełożona, już po złożeniu ślubów, zadała jej pytanie, czym chciałaby się zajmować, odpowiedziała, że jednak najlepiej jej w kuchni. Nie miała, co do tego żadnej wątpliwości.

Trafiła do zakładu dla dzieci upośledzonych w Jastrzębiu Zdroju. Miała gotować dla maluszków, które mogły jeść tylko przez smoczek. Przecierała zupki, mełła kawałeczki mięsa ręczną maszynką, bo wtedy jeszcze nikt o innych nie słyszał. Żeby sprawić przyjemność dzieciom, które miały problemy z przełykaniem, rozpuszczała dla nich kawałki czekolady.

Jednak kulinarne skrzydła rozwinęła dopiero u ojców jezuitów. Oni sami opowiadają, że takiego barszczu z uszkami, niedzielnego rosołu i brokułowej z groszkiem nikt nie umie ugotować. Tylko ona.

- W niedzielę zawsze muszę podać ojcom przynajmniej dwa rodzaje ciast. No i obowiązkowo ugotować rosół, bo niedziela bez rosołu, to niedziela stracona. Choć ojcowie tak naprawdę nigdy nie grymaszą. Jedzą, co zrobię - mówi siostra. Nic dziwnego, kucharką jest wyjątkową.

Duża w tym zasługa produktów, z jakich korzysta. Gdy robi ciasta, nie stosuje ulepszaczy. Wszystko jest naturalne, a jajka prosto ze wsi. U zaprzyjaźnionego gospodarza pod Krakowem ojcowie zamawiają też mleko i sery. Siostra już się cieszy, że niebawem będzie można kupić świeże owoce: śliwki, maliny, wiśnie, porzeczki.

Jest jeszcze jeden warunek, żeby wszystko się udało. - Kiedy wsadzam coś do piekarnika, to zawsze odmawiam "Pod Twoją Obronę". Bo przecież trzeba łączyć pracę z modlitwą - podkreśla siostra.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje