Brak obecności

Ascetyczny i wysmakowany gabinet rektora Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych. Profesorowi towarzyszy córka, Basia, jego prawa ręka na uczelni. Oboje niezwykle wyciszeni, jakby krok poza rzeczywistością. A jednocześnie mocno stąpający po ziemi. „Jak to możliwe” – myślę, kiedy patrzę na człowieka, który stracił w wypadku również pierwszą żonę, siostrę Izabeli, Barbarę. Współczesny Hiob ma wiele wcieleń…

"Jerzy jest osobą wielkiej dobroci, łagodności, ale i mądrości" - mówiła o mężu druga z sióstr - Izabela. "Nigdy mnie nie krytykuje, ale jeśli pytam go o ocenę moich działań, jest skłonny podzielić się refleksją. Natomiast jest skory do gratulowania, jeśli coś mi się uda. Jest ciekawy świata, dużo czyta. Jego wiedza prawie codziennie mnie zaskakuje. Myślę, że Jerzy, który założył jedną z pierwszych w Polsce szkół uczących praktycznego wykorzystywania wiedzy komputerowej, zostawi na ziemi trwalszy ślad niż ja, która piastowałam urząd wicepremiera".

Reklama

Joanna Racewicz: Panie profesorze, pytam pana jako matematyka: co rachunek prawdopodobieństwa mówi o katastrofie 10 kwietnia 2010 roku?

Jerzy Paweł Nowacki: - To się nie da ułożyć. Nie łączyłbym tego z matematyką. Chociaż ja też wtedy pomyślałem, że prawdopodobieństwo katastrofy było znacznie większe niż w przypadku zwykłego lotu. Przecież zdarzały się wypadki przy lądowaniu na nieprzygotowanych lotniskach, gdy leciały ważne osoby. W związku z tym, wbrew pozorom, latanie VIP-owskimi samolotami na pewno jest bardziej niebezpieczne niż rejsowymi.  

Czy pańska żona miała obawy przed lotami państwowymi tupolewami? 

JPN: - Państwo Kaczyńscy często nimi latali, więc wydawało się to bezpieczne. Gdybyśmy mieli tego rodzaju obawy, żona na pewno nie poleciałaby do Katynia. Ja bym się na to w żadnym wypadku nie zgodził. Wie pani, ja chyba nawet zdawałem sobie sprawę, że tym razem istnieje trochę większe ryzyko. Nie dlatego, że był to akurat tupolew. Przecież CASA to bardzo bezpieczny samolot, trudno o bezpieczniejszy, a jednak runął na ziemię i to z takimi fachowcami za sterami. A więc nie chodziło o samolot, tylko o nierutynowy lot. Jednak myślę, że nikt z pasażerów nie zdawał sobie sprawy, że jest jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Nawet piloci... do pewnego momentu.  

Ludzki błąd? Nieprzewidywalny jak błąd statystyczny?  

JPN: - Nie wiem. Z reguły to jest splot różnych technicznych problemów. Raport komisji Millera czytałem dość pobieżnie, ale zorientowałem się, że on też nie zawiera odpowiedzi na wszystkie pytania. To chyba był błąd ludzki, ale nie mam tu pewności.  

Czy mają państwo w sobie potrzebę postawienia kropki nad i - i poznania prawdy o katastrofie do końca? I nie mówię tu o transparentach, które pojawiają się na ulicach przy różnych okazjach.  

Barbara Nowacka: - Ja rozumiem ludzi z transparentami. Przecież widać, że w ten sposób szukają ukojenia i wyjaśniają sobie rzeczywistość. Nic w tym złego, choć nie podzielam tych haseł. Natomiast czy ta sprawa kiedykolwiek będzie do końca wyjaśniona? I właściwie, co byłoby wyjaśnieniem? Czy zła pogoda, czy nieodpowiednie lotnisko, czy to, że ktoś podał nie ten, co trzeba, komunikat? To już chyba nie ma znaczenia. Nie czytałam raportu, nie śledziłam akt w Prokuraturze Wojskowej, niezbyt uważnie śledziłam kolejne doniesienia w mediach. Te mniej i te bardziej sensacyjne. Bo to już niczego w życiu nie zmieni. Dla mnie ważniejsze jest oswojenie pustki i pogodzenie się z codziennością niż zgadywanie, co i jak się stało. JPN: Ja też myślę, że to był zbieg nieszczęśliwych okoliczności.  

Jeden z pilotów z 36. Specpułku powiedział mi, że w ich języku z katastrofą, każdą katastrofą, to jest tak, jak z układającą się serią dziur w serze. Kiedy w każdym kolejnym plastrze dziura pojawia się w tym samym miejscu, to ich suma daje jakieś nieszczęście. Dlatego pytałam pana jako matematyka o rachunek prawdopodobieństwa. Nie daje mi spokoju myśl, że tych "dziur w serze" było tak wiele, że w tak nieprawdopodobny sposób nałożyły się na siebie... 

JPN: - Ja bym powiedział inaczej - było wiele dziurawych serów, o których nikt nie pomyślał. A nawet nie zawsze zdawał sobie sprawę z ich istnienia. Skoro wiele razy skończyło się szczęśliwie, nikt się tym dalej nie zajmował. Skoro tyle razy "jakoś to było", problem w sferze świadomości - nie istniał.

BN: - Mama z racji wykonywanych funkcji często latała. Nieraz były nerwowe lądowania, nieraz zdarzały się awarie samolotów. Choćby miesiąc wcześniej: leciała do Gdańska, wystartowali i samolot zaraz zawrócił.  

(...)
Co państwo sądzą o powtarzanych z bardzo wielu stron argumentach, które są też elementem śledztwa: że państwo polskie zawiodło, bo nikt nie sprawdził, czy lotnisko jest przygotowane, że samolot był w takim stanie, w jakim był, że piloci oszczędzali na szkoleniach i tak dalej? Wreszcie, że wrak wciąż leży na płycie lotniska, ledwie przykryty wiatą i nikt się o niego nie upomina?  

BN: - To jest wielki wstyd, że szkolenia pilotów były w ten sposób prowadzone i że na wiele lat odkładano zakup porządnych samolotów. Wiadomo też, że gdyby je kupiono, natychmiast podniosłyby się głosy na temat wygodnictwa klasy rządzącej.

Samoloty wciąż nie zostały kupione.  

JPN: -  Natomiast to, że ten wrak tam leży, stało się elementem walki politycznej. Jedna strona uważa, że to jest symbol, a druga strona... BN: Druga strona na wszelki wypadek uważa, że to jest nic.

JPN: - Czyli walczy z symbolem. To jest zawstydzające. W tej sprawie miałbym nawet większy zarzut do rządzących, bo oni mają siłę i możliwości, żeby wrak sprowadzić. Tego się spodziewałem. Właśnie tego.

BN: - To bardzo przypomina sprawę krzyża.  

W jakim sensie?  

BN: - Dla wielu ludzi krzyż pod Pałacem Prezydenckim był ważnym symbolem, dla innych pretekstem do wyrażenia sprzeciwu wobec dominacji Kościoła w życiu publicznym. W związku z tym mieliśmy nieustający cyrk przed Pałacem Prezydenckim. Nie mam żalu do obrońców krzyża ani do protestujących, ale do władzy - o to, że go w odpowiednim momencie nie przeniosła. Podobnie sprawa ma się z wrakiem. Uważam, że byłoby o wiele lepiej, gdyby on był w Polsce.

Mają państwo żal do Kościoła, że nie dość mocno zabrał głos w tej sprawie?  

BN: - Kościół jest tak samo podzielony jak społeczeństwo czy klasa polityczna, więc tych Kościołów na dobrą sprawę mamy kilka. I stąd kilka różnych zdań - w pewnym momencie krzyż miał być przeniesiony do kościoła św. Anny. Ale jak można coś proponować i odstępować od tego? Więcej szkody niż pożytku. A skoro pyta pani o wrak, to myśmy go nie widzieli. Ani razu nie pojechaliśmy do Smoleńska i może dlatego mamy do niego mniej emocjonalny stosunek niż osoby, które go widziały.  

Ten widok zwala z nóg.

BN: - Między innymi dlatego nie pojechałam go zobaczyć.  

Od wielu miesięcy konsekwentnie nie biorą państwo udziału w publicznej dyskusji na temat katastrofy. Dlaczego? Jestem pewna, że pański głos, panie profesorze, byłby niezwykle ważny. Proszę mnie dobrze zrozumieć - nie ma w tym wyrzutu, pytam tylko o powody. 

JPN: -  Nie unikamy publicznych wypowiedzi na temat tego, co dotyczyło działalności Izy. Założyliśmy fundację jej imienia, w marcu po raz pierwszy wręczyliśmy "Okulary Równości" nagrodę, którą do Polski wprowadziła Iza jako pełnomocniczka rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn. Natomiast ta dyskusja stała się sprawą polityczną, prawda?

BN: - W pewnym momencie zaczęto próbować polaryzować rodziny pod względem politycznym. Zapraszano reprezentanta jednej "strony",którego zadaniem było atakowanie reprezentanta drugiej strony. To jest bardzo przykre i o tyle nieuczciwe, że wykorzystywane były emocje, które towarzyszyły naszemu wspólnemu bólowi. Nie chcemy brać udziału w politycznej przepychance na ten temat. Poza tym ja się nie znam na katastrofach lotniczych.   

Dowiedz się więcej na temat: Smoleńsk | Joanna Racewicz | Izabela Jaruga-Nowacka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje