Być kobietą to...

W dzisiejszym zabieganym świecie kobieta pełni wiele życiowych i zawodowych ról. Gwiazdy opowiedziały nam, co w ich życiu jest najważniejsze, czym jest dla nich kobiecość.

... być żoną i matką, to najważniejsze role w życiu

Katarzyna Skrzynecka (44) - aktorka teatralna i filmowa, piosenkarka. Ostatnio zachwycała jako uczestniczka, a potem jurorka programu "Twoja twarz brzmi znajomo". Prywatnie żona Marcina Łopuckiego i mama trzyletniej Alikii.

Reklama

Beata Biały: Kobiecość - co to dziś znaczy?

Katarzyna Skrzynecka: - Kobiecość ma trzy filary. Pierwszym jest rodzinność, czyli stworzenie ogniska domowego - nie tylko dla mnie, ale przede wszystkim dla męża i dziecka. Stworzenie takiego miejsca i atmosfery, by rodzina wracała do niego z radością. Dom powinien być bezpiecznym portem, w którym można ponarzekać na to, co się nie udało, poradować się z tego, co się udało.

- Drugim filarem jest bycie kobietą, która jest kobieca dla innych, ale przede wszystkim jest atrakcyjna dla męża. I powinna o tym pamiętać, nawet jeśli jest tą żoną od kilkunastu lat. Trzecim filarem kobiecości jest dla mnie macierzyństwo. Mówię "dla mnie", bo nie każda kobieta ma potrzebę bycia matką i to szanuję, a nie każda też może. I te kobiety też są kobiece.

Ty długo starałaś się o to, żeby zostać matką.

- Długo walczyłam, by spełniły się moje marzenia o dziecku. Dlatego zawsze powtarzam to kobietom, które dobiegają czterdziestki, a do tej pory nie udało im się urodzić dziecka, choć bardzo tego pragną, że dopóki wiek biologiczny na to pozwala, a lekarze nie odebrali ostatniej szansy, warto próbować. Nigdy nie można tracić nadziei, nawet jeśli się kilka razy nie uda. Alikia jest moim szóstym "podejściem". Ale wiem, że gdyby się nie udało, próbowałabym kolejne trzydzieści razy.

Stworzyłaś kochającą się, ciepłą rodzinę...

- Myślę, że dobrze się dobraliśmy. Trochę to kwestia naszych pogodnych i niekonfliktowych charakterów. Przecież jak inni mamy problemy - czasami zdarza się gorszy czas w pracy, słabiej zarabiamy, mamy debet na koncie, a kredyt do spłacenia. Czasem mamy za mało czasu dla siebie, bo trzeba więcej popracować, żeby nadrobić zaległości finansowe. Czasem tego wszystkiego na naszej głowie jest tak dużo, że nie mamy kiedy zająć się domem i go posprzątać, a rzeczy do prasowania uzbierały się już pod ścianą w piramidę, sięgającą sufitu.

Da się udane życie rodzinne pogodzić z karierą?

- Można, jeśli się chce. Praca jest dla mnie bardzo ważna, ale traktuję ją jako środek, a nie cel. Pracuję, żeby żyć bezpiecznie i szczęśliwie z moją rodziną, a nie żyję po to, żeby pracować. Lubię swoją pracę, cenię i czerpię z niej ogromną satysfakcję i radość, ale nie jest całym moim życiem. Bo to jest tylko kreacja - zakładam kostium, gram jakąś rolę, ale potem go zdejmuję i wracam do mojej najważniejszej roli - żony i matki.

- Często powtarzamy sobie taki slogan: "Trzeba się cieszyć z rzeczy małych". Ale ja naprawdę potrafię się nimi cieszyć, doceniam każdą chwilę. To pozwala mi wiele razy dziennie mieć poczucie spełnienia i szczęścia. Dla mnie ogromną radość dają rzeczy zwykłe i codzienne, że się budzimy i uśmiechamy do siebie, potem krzątamy się po domu, przygotowujemy śniadanie.

- Alisia, która ma trzy latka, zawsze robi nam kawę. Pyta: "Zijobić wam kawkę?" I po chwili staje na stołeczku przy ekspresie, podstawia kubeczek, wie, który guzik nacisnąć, pyta tylko "Małą ci duzią?" i po chwili woła: "Juś gotowe", bo wie, że nie może sama nosić gorących kubków. Potem uczymy się razem nakrywać do stołu, rozstawiać talerze. To są te małe radości.

Potrafisz nie rozpieszczać swojej córki?

- Wiem, że późne rodzicielstwo powoduje, że dziecko staje się całym światem. Oczywiście Alisia jest naszym oczkiem w głowie, ale oboje staramy się zachować zdrowy rozsądek. Nie chowamy małej pod kloszem, nie chuchamy na nią w sposób przesadny. Dzieci odizolowane od normalnego życia, potem nie mają odporności. Nie bzikujemy też na punkcie "dogadzania" dziecku, nie zasypujemy zabawkami. Dziecku trzeba dać jak najwięcej miłości, ale też wyznaczać granice - inaczej się gubi. Nasza córka jest maleńka, ale wiem, że będziemy ją wychowywać mądrze. Cierpliwie wszystko jej tłumaczę.

Gdybyś podzieliła swoje życie na czas przed urodzeniem dziecka i po - jaka jest w tobie różnica?

- Kiedyś miałam więcej czasu na krzątanie się w kobiecym świecie, więcej przywiązywałam do tego uwagi. Może kiedyś w mojej kobiecości było więcej kokieterii, dbałości o powierzchowność. Dziś mam mniej czasu, który spędzam przy otwartej szafie. Bo mam do ubrania małą kobietkę. I ten czas wolę poświęcić jej. Zresztą przestałam się wieloma rzeczami przejmować. Mam taką radochę z bycia z nią, że mam w nosie opinie znawców mody, którzy nie potrafią się ubrać, ale szumnie komentują, że kształt czubka buta był gafą towarzyską, bo od 3 miesięcy jest niemodny. Współczuję ludziom, których sens życia sprowadza się do kształtu czubka buta lub marki torebki.

... budować więź przy wspólnym stole

Bożena Dykiel (66) - aktorka, której role na zawsze pozostają w pamięci m.in. w filmie "Wesele", "Ziemia Obiecana" czy w serialach "Dom", "Na Wspólnej". Mąż od 39 lat ten sam - Ryszard Kirejczyk. Mama dwóch córek i dwójki wnuków.

Beata Biały: Dom tworzy kobieta?

- Na pewno wyłącznie od niej zależy atmosfera i klimat domu. Dom musi pachnieć ciastem i konfiturami. Mój rodzinny tak właśnie pachniał. A ciasto musi być maślane, inne się nie liczy. Nie wyobrażam sobie domu bez szarlotki, świeżo zrobionych konfitur czy pachnącego, gorącego obiadu. I choć mam mało czasu na codzienne gotowanie, to obiad zawsze jest na naszym stole. W weekendy, gdy mam więcej wolnego, przygotowuję kilka dań na zapas - robię 40 mielonych kotletów, pakuję do torebek, podpisuję i wkładam do zamrażarki.

Nie prościej byłoby zjeść coś "na mieście"?

- Pewnie prościej, ale to nie to samo. Nic nie zastąpi domowego obiadu, który przygotowuję ze starannością. Jest pyszny i zdrowy. Po moim kotlecie mielonym wszyscy się ze smakiem oblizują. Nie wyobrażam sobie "mielońca" z restauracji.

Ale czasem wraca pani zmęczona...

- Mój mąż czeka wtedy z kolacją. Dzwoni wcześniej i pyta: "Na co masz dziś ochotę?" I kiedy przyjeżdżam do domu, na stole czeka śledzik, sałatka czy ciepła zupa. Pan Rysio nigdy nie je sam, zawsze czeka na mnie, te wspólne posiłki są dla nas niezwykle ważne. Stół to w naszym domu najważniejsze miejsce. Przy nim toczy się życie, odbywają się rozmowy, dzielimy się radościami i smutkami. Stół wzmacnia rodzinne więzi.

- Uwielbiam weekendy, bo wtedy możemy pozwolić sobie na długie, niespieszne śniadania. Wtedy jest jajeczko na miękko, gorące grzanki, wędliny od pana Mariana, twarożek zrobiony przez męża (najpyszniejszy na świecie - ze szczypiorkiem i rzodkiewką). Do tego konfitury i powidła.

O pani spiżarni pełnej przetworów mówi cała Polska.

- Zawsze na zimę kupuję czosnek, żeby był dobry, polski huzar, ma swoją moc, kruchość i wytrzymuje do nowego czosnku. W spiżarni mam też zapas dobrej greckiej oliwy do sałaty, polskiego oleju rzepakowego i kielecki majonez. No i oczywiście zastęp słoików z przetworami własnej roboty. Mam borówki, powidła, dżemy truskawkowe, morele, wiśnie, porzeczkę, aronię. Tego lata mieliśmy dużo gości i trochę mi się ta spiżarnia przerzedziła (śmiech).

Kiedy pani zapełnia spiżarnię setkami słoików?

- Latem nie wyjeżdżamy, bo mój ogród beze mnie umiera. Zbieramy owoce i "zamykam" je w słoikach. W tym roku zrobiłam mnóstwo truskawek, bo moje wnuki za nimi przepadają.

W domu wszystko musi być pod linijkę?

- Lubię porządek. Gdy ma się porządek wokół siebie, to ma się również porządek w sobie. Sama piorę, krochmalę i prasuję. Muszę mieć wykrochmaloną pościel, jest wtedy pachnąca i długo świeża. Czy pani wie, że mam tę samą pościel od 40 lat? Wciąż ma dobry kolor i "szeleści".

Da się to pogodzić z aktywnością zawodową?

- Czasem trudno. Żyjemy coraz szybciej, pracujemy coraz intensywniej, do domu wracamy późno. Ale jeśli chcesz mieć szczęśliwą rodzinę, dom, do którego wszyscy chcą wracać, trzeba się trochę poświęcić. To bardzo ważne. Moi domownicy zawsze wracają do ciepłego, czystego i pachnącego domu.

Gwiazda powinna leżeć i pachnieć...

- Ale ja nie jestem gwiazdą (śmiech). Najpierw jestem żoną, matką i babcią, gospodynią domową, a aktorką jestem przy okazji. Wciąż mam ręce pełne roboty. Ale taki był mój dom rodzinny - czysty, pachnący. Mama i babcia bardzo o to dbały. Pewnie dlatego był taki szczęśliwy.

... dbać o swoje zdrowie, ciało, mądrze żyć

Joanna Koroniewska (36) - aktorka teatralna i filmowa. Popularność przyniósł jej serial "M jak miłość". Ambasadorka wielu akcji charytatywnych, m.in. Kampanii Społecznej "Piękna bo Zdrowa". Tworzy szczęśliwy związek z Maciejem Dowborem. Jest mamą 5-letniej Janiny.

Beata Biały: Zostałaś ambasadorką akcji na rzecz walki z rakiem szyjki macicy?

Joanna Koroniewsk: - W Polsce bez problemu mówimy o raku piersi, a rak szyjki macicy jest wciąż tematem tabu. Byłam w szoku, gdy Ogólnopolska Organizacja Kwiat Kobiecości, organizator Kampanii Społecznej "Piękna bo Zdrowa" powiedziała mi, że mężczyźni nie pozwalają badać się kobietom, argumentując: "Nie jesteś przecież rozwiązła, więc po co?". A u mojej bliskiej koleżanki wykryto raka szyjka macicy, na szczęście w bardzo wczesnym stadium. I tylko dzięki temu żyje. Gdyby nie badanie, za rok mogłoby jej nie być. Zresztą już kilka lat temu miałam myśl, że trzeba kobietom mówić o konieczności systematycznego badania się.

- Zainspirował mnie lekarz ginekolog, u którego robiłam badania profilaktyczne: "Pani Joasiu, pani jest osobą rozpoznawalną, niech pani coś z tym zrobi. Przyjeżdżają do nas lekarze z Europy, żeby zobaczyć raka szyjki macicy w końcowym stadium, bo u nich takiego nie ma. Na Zachodzie jest on wykrywany w początkowym stadium, a my jesteśmy zaściankiem Europy. I trochę smutno, że kobiety tracą życie".

- Poza tym, ja w życiu przez raka utraciłam mamę. Wprawdzie mama zachorowała na raka piersi, i choć był wcześnie wykryty, nie udało się jej uratować. Wszystko potoczyło się szybko. Przegrała tę walkę. Miałam 22 lata, gdy odeszła. Zawalił mi się świat. Ale myślę, że trudne sytuacje są po to, by się uczyć i zbudować siebie. Zresztą przez całe życie musiałam być bardzo silna.

Prawdziwa kobieta jest silna?

- Chyba tak. Tej siły uczyła mnie mama. Kiedyś rozwód nie był tak powszechny i dzieci z rozbitych rodzin były "gorsze". Musiałam nauczyć się sobie z tym radzić. Podobnie potem, gdy zostałam sama na świecie i w wielu innych życiowych sytuacjach. Nawet mój zawód wymaga siły i odporności na stres, na krytykę. I cieszę się, że mimo tej siły, którą każdego dnia muszę znaleźć w sobie, nigdy nie straciłam wrażliwości na innych, dalej jestem empatyczna i czuła. Że jeszcze wszystko mocno przeżywam.

- Kilka dni temu rozmawiałam z kobietami, które przeszły nie tylko przez piekło rodzinnej przemocy, ale też znieczulicę polskiego sądownictwa. Może w ogromie tych spraw, do serc sędziów wdarła się nieczułość. Może musieli się emocjonalnie pozamykać, by nie zwariować od nadmiaru krzywdy, z jaką spotykają się każdego dnia. W każdym razie nikt nie patrzy na pokrzywdzone kobiety przez pryzmat emocji, tylko paragrafów. A tu chyba tak się nie da.

Choroba mamy jest dla ciebie przestrogą?

- Od dzieciństwa profilaktyka była dla mnie ważna. Mama bardzo o nią dbała i wciąż powtarzała mi, jakie to jest ważne. Ale mimo profilaktyki, sama wykryła sobie raka. Po jej śmierci, te badania stały się niemal moją obsesją. Staram się też zdrowo żyć - dbam o to, co jem, zaczęłam żyć mądrzej. Choć nigdy nie byłam typem sportowym, od 3 lat biegam, bo najpierw walczyłam nad "dopracowaniem swojego ciała", szybko jednak zauważyłam, że nie tylko lepiej wyglądam, ale też dużo lepiej się czuję.

A skąd bierzesz siły w trudnych sytuacjach?

- Gdy patrzę na swoje życie z perspektywy lat i doświadczeń, myślę, że człowiek ma w sobie atawistyczną potrzebę walki o przetrwanie. Gdy sięgnie dna, można tylko się od niego odbić. I ja miałam silną potrzebę bycia. Dziś ta potrzeba jest jeszcze większa, bo mam dziecko, za które jestem odpowiedzialna i któremu chcę zapewnić wszystko. Taka kobiecość zrodziła się we mnie wtedy, gdy urodziłam Janinę. To dla mnie poczucie spełnienia i własnej wartości. Kobiecość to dla mnie również siła i to dbanie o siebie - o zdrowie, nie tylko o urodę. Uważam, że dbać o siebie trzeba od środka. I jeszcze jedno - warto żyć dobrze i podawać pomocną dłoń potrzebującym.

...być świadomą swojej wartości

Tamara Arciuch (39) - aktorka teatralna i filmowa, znana z seriali "Ojciec Mateusz", "Niania", "M jak miłość". Partnerka Bartłomieja Kasprzykowskiego, mama dwóch synów. Ambasadorka Kampanii Społecznej "Piękna bo Zdrowa", której organizatorem jest Ogólnopolska Organizacja Kwiat Kobiecości. 

Beata Biały: Czym dla ciebie jest kobiecość?

Tamara Arciuch: - Kobiecość to dla mnie dbanie o siebie. Ale nie takie egoistyczne, skoncentrowane na urodzie, ale dbanie o zdrowie, kondycję fizyczną i psychiczną, które są nam, matkom potrzebne, by móc wychować dzieci. Jesteśmy za nie odpowiedzialne i dlatego musimy dbać też o siebie. To przede wszystkim dla dzieci muszę być zdrowa, silna i szczęśliwa.

Uroda też jest ważna?

- Gdy czujesz się piękna i atrakcyjna, inaczej funkcjonujesz w świecie. Jesteś pewna siebie, radosna, nie masz zaciśniętych ust i pięści. Dlatego uważam, że warto też dbać o ten wygląd zewnętrzny. On dodaje pewności siebie.

A figura? Katujesz się czy tak masz?

- Zawsze odżywiałam się zdrowo. Nie stosuję specjalnych diet, oprócz jednej - nie łączę białek z węglowodanami. Ale nie odmawiam sobie przyjemności. To nie jest tak, że nie wypiję lampki wina, bo może nie jest zdrowe. Przeciwnie, kiedy mam ochotę imprezować, robię to. Jeśli mam ochotę na pajdę chleba ze smalcem, po prostu wcinam z apetytem. Oczywiście staram się zachować rozsądek. Kamera jest bezlitosna, a czas bezwzględny.

Kobieta powinna być zawsze perfekcyjnie zadbana?

- Ja nie jestem. Na co dzień nie mam makijażu, chodzę w wygodnych ubraniach. Czasem nawet chciałabym być taka... idealna.

Beata Tyszkiewicz powiedziała, że jesteś jak z okładki "Vogue’a".

- Kiedy pani Beata powiedziała mi to w "Tańcu z gwiazdami", oczywiście było mi miło. Komplement z ust takiej kobiety na pewno jest ważny. Ale na co dzień wyglądam inaczej. I niespecjalnie się tym przejmuję. Lubię natomiast na wyjście wyglądać wyjątkowo. Chyba to jest fajne - bo wtedy widzisz różnicę i cieszysz się, że wyglądasz świetnie. Gdybym była codziennie "zmalowana" od rana do nocy, nie miałabym radości z tego, że wyglądam wyjątkowo.

Zmarszczki, dziś podobno nie wypada ich mieć?

- To jest wkurzające. Patrzę na ten temat głębiej. Moim zdaniem w ten sposób odbiera się godność starości. Kiedyś starsi ludzie byli otaczani ogromnym szacunkiem z racji doświadczenia. Starość była nierozerwalnie związana z mądrością. Była jej synonimem. Dziś starszych ludzi się nie słucha, to młodość ma na wszystko monopol. Te ponaciągane twarze, które kobiety robią ze strachu, że ktoś im powie: "termin przydatności minął". Boją się, że świat je odrzuci. To takie smutne. Że kobiety rzadko mogą pozwolić sobie na to, by starzeć się z godnością.

Dasz sobie przyzwolenie na operację plastyczną?

- Na pewno w wieku 50 lat nie będę udawać, że mam 20. Nie potrafię dziś powiedzieć, co będzie, gdy zrobię się pomarszczona. Na pewno jednak nie pójdę po urodę do chirurga, za bardzo boję się bólu. Mam też taki stres, że po zabiegu nie tylko nie poznają mnie bliscy, ale sama siebie nie poznam. Boję się, żeby nie wyglądać groteskowo. Jest coś smutnego w kobietach, które rozpaczliwie starają się zatrzymać młodość. Chciałabym się zestarzeć jako ja, a nie kobieta-maska.

Więc jak dbasz o siebie?

- Systematycznie chodzę na zabiegi upiększające, np. na laserowe złuszczanie skóry, po którym masz cerę jak noworodek. Robię też inne nieinwazyjne zabiegi. Na razie los obchodzi się ze mną łaskawie. Zawdzięczam to mamie, która w wieku 72 lat wciąż ma piękną twarz, mimo zmarszczek.

Atrakcyjna kobieta - co to dziś znaczy?

- Świadoma swojej wartości, ale nie zarozumiała. To kobieta ciepła i czuła, dbająca o swego mężczyznę i dom. Ale też kobieta, która nie zapomina o sobie. Jest dla siebie dobra.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje